Ciało jako pole walki

Ciało jako pole walki

Mamy problem ze swobodnym i naturalnym podejściem do własnego ciała


Marta Dzido – pisarka i reżyserka, autorka zbioru opowiadań „Sezon na truskawki”


 

Słyszałaś o „Magii nagości”?
– W ogóle nie wiem, co to jest.

To popularny w Wielkiej Brytanii i Niemczech program, w którym nadzy ludzie oceniają się na podstawie swojej fizyczności. Miała być polska edycja, ale jej start wstrzymano.
– Nie dziwię się, że w Polsce pojawiły się protesty wokół takiego formatu, bo przecież u nas trudno o rozmowę na temat nagości bez histerii. Mamy 2021 r., a wciąż boimy się mówić o czymś tak bliskim i naturalnym jak ciało.

A ty piszesz książkę, w której jest bardzo dużo ciała, zarówno w kontekście erotycznym, zmysłowym, jak i biologicznym. Czy taka książka jest potrzebna w 2021 r.?
– Na pewno mnie była potrzebna ta książka, ale jak słyszę od pierwszych czytelniczek i czytelników – nie tylko mnie. Poza tym jest tak mało treści, które by w otwarty, nienaznaczony schematycznymi spojrzeniami sposób opowiadały o cielesności. Ciało jest wiecznie na cenzurowanym. W mediach można pokazywać wojnę, krwawą jatkę, ale nagości już nie. Ciało jest albo redukowane do obiektu seksualnego, i wtedy staje się tematem tabu, albo traktowane jako świątynia życia, a wówczas wchodzi w jakąś narrację mityczną. Mamy problem ze swobodnym i naturalnym podejściem do własnego ciała.

Jest oderwane od nas. Stało się publiczne i schowane zarazem.
– Na dodatek bywa zakazane, brudne, nieczyste. Dorastamy w kulturze, która uczy nas, by o ciele, cielesności nie rozmawiać. Nie dziwi więc, że tak wiele kobiet nie akceptuje swojego ciała, wstydzi się go, skoro nikt ich nie uczy akceptacji cielesności. Często w dorosłym życiu musimy wykonać wiele pracy, by odzyskać ciało, poznać je i zaakceptować.

System w tym nam nie pomaga. Nie mamy dostępu do aborcji, jesteśmy o krok od zakazania antykoncepcji, nasze ciało jest już sprawą publiczną. To paradoks: jest publiczne w sferze seksualności, ale prywatne, jeśli chodzi o leczenie, bo nie ma żadnego realnego wsparcia w rehabilitacji np. osób niepełnosprawnych.
– Tak, ciało jest publiczne, choć tylko wyrywkowo. Dziś jest polem walki, narzędziem do dyscyplinowania nas albo przedmiotem, wokół którego można nakręcić jakiś zysk. Nigdy natomiast nie jest po prostu nasze, naturalne, właściwie należy nie do nas, ale do państwa, Kościoła, biznesu. Jeżeli cieszymy się ciałem i realizujemy seksualnie, to jesteśmy rozwiąźli, jeśli nie mamy potrzeb erotycznych, to też coś z nami nie tak. Jesteśmy w ciąży, to jesteśmy podejrzane, bo może zaszłyśmy w ciążę, żeby pracodawca nam płacił zasiłek, a my nic nie będziemy robić. A gdy nie chcemy mieć dzieci, również jesteśmy podejrzane, bo wolimy seks bez zobowiązań i bez odpowiedzialności. Dlatego napisałam ten zbiór opowiadań, aby wreszcie zacząć o ciele i o seksualności mówić wprost, normalnie.

W nowej literaturze polskiej ciało jest albo wulgarne i erotyzowane, albo infantylnie pokazane. Brakuje poważnego podejścia. I tę lukę chcesz zapełnić?
– Tak, chociaż zdarzają się książki polskich autorek, które w niesztampowy sposób podejmują temat cielesności. Na pewno Zyta Rudzka potrafi interesująco pisać o ciele, o fizyczności, nie boi się tego. W „Krótkiej wymianie ognia” opisywała pragnienia seksualne dojrzałej kobiety, pokazywała jej stosunek do swojego ciała, które się zmienia, już nie jest ciałem młodej dziewczyny, ale to ciało, które jeszcze działa i chce. Czyli odzyskanie niewidzialnej kobiety, uczynienie jej widzialną.

Podobne intencje miałam, pisząc „Sezon…”. Chciałam tymi narracjami odzyskać niewidzialne, ukryte i nieponazywane pragnienia, oddać głos kobiecie, która znajduje się w centrum opowieści, jest jej pierwszoplanową bohaterką, a nie seksualnym obiektem przygotowanym do skonsumowania.

„Sezon na truskawki” nie jest pierwszą książką, w której podejmujesz temat seksualności, cielesności. Wcześniej o podobnych sprawach pisałaś we „Frajdzie”.
– Miałam niedosyt po „Frajdzie”. Tym razem chciałam pójść krok dalej w opisywaniu zbliżeń, które niekoniecznie muszą oznaczać romantyczną miłość czy związek na całe życie, niekoniecznie muszą być schematycznymi relacjami typu mąż i żona czy dziewczyna i chłopak, mogą być ulotne, oparte tylko na fizyczności.

„Frajda” jest takim spojrzeniem na młodzieńczą fascynację. A tu mamy młodzieńczą i dojrzałą miłość, macierzyństwo i przyjaźń, napięcie erotyczne. To bardziej dojrzała wersja „Frajdy”?
– Może tak, ja też dojrzewam, ewoluuję, więc pewnie moje pisarstwo ewoluuje razem ze mną.

We „Frajdzie” jest więcej afirmacji, więcej ciepła, pogody ducha. W „Sezonie…” ciało jest już okiełznane. Czy to wiąże się z twoją zmianą postrzegania cielesności w ciągu lat?
– Na pewno. W trakcie pisania dużo daję z siebie. To nie znaczy, że opisuję swoje przygody, ale daję moje przemyślenia, emocje i mam taką refleksję życiową, że im jestem starsza, tym lepiej mi ze sobą. Wiadomo, że pewne rzeczy się zmieniają. Mija beztroska, fascynacja i ten cały dziki szał, które są przypisane do młodości, do odkrywania życia, gdy jest się dopiero na początku. Natomiast z upływem lat coraz bardziej czuję się wolna, przestało mnie interesować, kto coś sobie pomyśli, jak ktoś mnie oceni, jak wyglądam, co powiem. Dotarło do mnie, że ludzie są różni, nie jestem po to, żeby spełniać czyjeś oczekiwania, tak naprawdę jestem dla siebie. Moje szczęście zależy nie od innych, tylko ode mnie. To, jak ja będę się czuła, wypływa ze mnie.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 26/2021, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 26/2021

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy