Ciężko władzy żyć

Z gadziej perspektywy

Czy rząd nie obżera się kosztem społeczeństwa? Takie fundamentalne dla demokracji pytanie zadają sobie od lat obserwatorzy zjawisk politycznych w naszym kraju i liczni dziennikarze. Zwłaszcza po epokowym oświadczeniu Jerzego Urbana, iż rząd zawsze się wyżywi. Ta brutalna prawda była dla wielu obywateli wstrząsem, chociaż nie pojawiła się w naszej najnowszej historii informacja, iż któryś z ministrów umarł z głodu.
Obowiązku monitorowania obżarstwa rządu podjęła się gazeta „Życie”, kiedyś radykalnie prawicowa, dzisiaj umiarkowanie, bo takie są prawa rynku. Prawa popytu i podaży. Wspomniane „Życie” wykryło „dolce vitę” ministrów Millera. Darmową konsumpcję tzw. „wstawki żywnościowej” najwyższych urzędników Kancelarii Premiera. Pod postacią wody mineralnej, napoju gazowanego znanej światowej marki, soków owocowych oraz mandarynek i pomarańczy. O bananach mowy nie było. Ową „stawkę żywnościową” zlikwidowaną przez poprzednią ekipę w październiku 2001 r., czyli na odchodne, nowy szef Kancelarii Premiera przywrócił. Bo tamci przez cztery lata żarli i pili, a potem złośliwie konkurencji obcięli. Czy tak postępują chrześcijanie?
Ponieważ nowy rząd nie kontynuuje polityki starego, w kwestii „wstawki żywnościowej”, nastąpiły radykalne zmiany. Kancelaria zaczęła kupować soczki bezpośrednio od producentów, schodząc tym samym z kosztów. Jeszcze trochę, a kupi jabłka od plantatorów i minister Wagner sam będzie pozostałym ministrom wyciskać. Pozostały miąższ odda się świniom hodowanym w gospodarstwie pomocniczym. Wodę można samemu gazować, przywracając autosyfony, skoro już zabrano ministrom obiady na rzecz kanapek.
Oczywiście, całego zamieszania nie byłoby, gdyby uznać, że woda mineralna, sok i owoce są wyposażeniem gabinetu ministra, służąc także jego gościom. W parlamencie serwuje się bezpłatnie wodę mineralną podczas posiedzeń komisji. Piją ją m.in. dziennikarze, którzy parlamentarzystami nie są. Może dlatego woda tak mediów nie boli, jak ministerialne soczki redaktorów „Życia”. Zwłaszcza że ten rząd, w przeciwieństwie do poprzedniego, redakcji „Życia” nie polewa.
Niewątpliwie całej tej humorystycznej publikacji nie byłoby, gdyby zrezygnować z „wstawki”, a te 5,60 zł dziennie doliczyć ministrom do uposażenia. I wtedy każdy kupiłby sobie w płatnym bufecie to, na co miałby ochotę.
Poprzedni rząd dysponował w Warszawie przy ulicy Grzesiuka osiedlem z służbowymi mieszkaniami. Za poprzedniej ekipy – jak pisze wspomniane „Życie” – „tętniło tu życie”. Teraz „Życie” z przerażeniem odnotowuje tam brak życia. Bo obecni ministrowie mają własne mieszkania albo zadawalają skromnymi pokojami w hotelu poselskim. Bo obecna władza rozporządziła tak, żeby ministrowie nie okupowali mieszkań po zaprzestaniu pełnienia funkcji, a także nie mogli ich wykupywać za drobne pieniądze.
Przykład tych lokali wskazuje, iż należy pozbyć się obłudy i ministrów dobrze uposażać w postaci jawnej pensji. Likwidując za to poufne, pokątne przywileje. Uposażenie powinno wystarczyć na rynkowe kupno czy wynajem mieszkania. I soczków też. Wtedy nie będzie powodów do podejrzeń, że władza pokątnie obgryza ciężko pracujące społeczeństwo.
A przy okazji. Tropiące ssanie podatników przez ministrów „Życie” należy do koncernu medialnego, który za rządów Buzka skutecznie uchylał się od zapłacenia skarbowi państwa należnych opłat i podatków. Czy moralnym jest, że „czwarta władza” zarzuca pierwszej drobne, humorystyczne ssanie budżetu, a sama od obowiązków wobec budżetu państwa uchyla się? Skoro nie ma darmowych obiadków, to niech „Życie” wpierw zapłaci państwu zaległe rachunki.

 

 

Wydanie: 11/2002

Kategorie: Blog

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy