Co tam, panie, w Ekstraklasie?

Co tam, panie, w Ekstraklasie?

W Gliwicach kibole „powitali” futbolową wiosnę

Zapomnijmy o chronologii, bo porządek (kolejka po kolejce) wywróciły (po śląsku kipowały) do góry nogami wydarzenia, do jakich doszło w sobotni wieczór, 3 marca, na ulicy Okrzei 20 w Gliwicach. Mieści się tam stadion Piasta. Pojemność (co do głowy) 9913, ale wtedy widzów było 5579. Na szczęście tylko niektórzy brali udział w rozróbie. A rozpoczęła się ona, gdy do końca meczu z zabrzańskim Górnikiem pozostało jakieś 10 minut. Gospodarze prowadzili 1:0. W sektorze gości spalono ostentacyjnie flagę Piasta. To rozwścieczyło kibiców z Gliwic, którzy sforsowali bramę oddzielającą trybuny od boiska. Część znalazła się na murawie. Sędzia przerwał spotkanie, na boisku pojawiły się znaczne siły policji, w tym szwadron konny i funkcjonariusze z psami. Tak oto, nie po raz pierwszy, stadionowi troglodyci wygrali ze sportową rywalizacją. Jesteśmy ciekawi jednego – ilu z tych zamaskowanych osobników brało udział w styczniowej pielgrzymce na Jasną Górę. Tytuł naszego tekstu o tamtym wydarzeniu nadal jest jak najbardziej aktualny: „Najpierw modlitwa, a potem bitwa”. Co jeszcze się wydarzy, co jeszcze nam zgotują klubowi terroryści? Strach się bać, skoro za nami dopiero początek ligowej wiosny.

Kapitan piastunek apeluje

Jak łatwo się domyślić, uwaga mediów i sympatyków futbolu skupiła się na gliwickiej awanturze i jej reperkusjach. Na Instagramie kapitan Piasta Gerard Badía zaapelował: „To, co się stało, przekroczyło granice tego, co racjonalne. W sobotę, na Okrzei, stracił nie tylko Piast, stracili wszyscy, stracił cały kraj. Chcę zaapelować do wszystkich ludzi, których wpisy czytam na portalach społecznościowych (kobiety, mężczyźni, dziewczęta i chłopcy). Piszecie w nich, że przestaniecie chodzić na stadion po tym, co wydarzyło się wczoraj, czy to przez strach, złość czy smutek. Po tym, jak zobaczyliście te wszystkie nieprzyjemne rzeczy. Chcę Wam powiedzieć, że TERAZ potrzebujemy WAS bardziej niż kiedykolwiek! Przemoc w piłce nożnej NIGDY NIE MOŻE WYGRAĆ. Potrzebujemy oglądać stadiony w Polsce (nie tylko w Gliwicach) pełne ludzi, pełne dobrej atmosfery, pełne dobrej zabawy. To jest prawdziwa piłka nożna! Nie możemy pozwolić, aby kilka osób splamiło pozytywny obraz tak świetnego kraju, jakim jest Polska”.

Najpierw sami siebie ukarali gliwiczanie, którzy zdecydowali o zamknięciu w tym sezonie sektorów za bramką, przeznaczonych dla szalikowców. Natomiast Komisja Ligi zdecydowała, że „mecz został zweryfikowany jako walkower 0:3 na korzyść gości, ale jednocześnie te trzy punkty zostały odjęte Górnikowi”. Ponadto Piastowi zakazano organizacji wyjazdu kibiców na sześć kolejnych meczów oraz na dwa spotkania z Górnikiem w Zabrzu, nałożono również na niego karę finansową w wysokości 80 tys. zł. Sankcje dotknęły także Górnika. Kibice nie będą mogli wyjechać na sześć kolejnych meczów i na dwa spotkania z Piastem w Gliwicach, a klub musi zapłacić 40 tys. zł grzywny. „Komisja dostrzegła, że zachowanie kibiców Piasta nastąpiło na skutek prowokacji ze strony kibiców gości. Orzeczona kara o docelowym odjęciu trzech punktów ma mieć skutek prewencyjny i ma to być wyraźny sygnał, że Komisja Ligi nie będzie tolerować prowokacyjnych zachowań chuligańskich, ani takich, które miałyby na celu wypaczenie wyniku sportowego”, tłumaczył przewodniczący Komisji Ligi Zbigniew Mrowiec.

Decyzję KL odebrano jako wielce kontrowersyjną i do pracy ruszyli klubowi prawnicy. Dziwne jest to, że z reguły najdotkliwsze sankcje dotyczą klubów, a sprawcy ekscesów jakoś się wywijają. Najwyższy czas na poważnie i skutecznie zająć się problemem kibolstwa, i to na wszystkich szczeblach: klubowym, związkowym, państwowym.

Lechia mocna na papierze

Określenie degrengolada pasuje jak ulał do sytuacji z ostatnich tygodni w gdańskiej Lechii. Gdzieś wyczytałem w prognozach, że na papierze mają zespół zdolny do walki o europejskie puchary. Faktycznie, wyłącznie na papierze! W czterech meczach trzy punkty: trzy remisy i jedna przegrana. Eksperyment z zatrudnieniem Walijczyka Adama Owena, który nigdy nie prowadził zespołu samodzielnie, okazał się totalnym niewypałem. (Oby coś takiego nie przytrafiło się Legii z Chorwatem Romeo Jozakiem – on też dotychczas nie pracował z zespołem jako pierwszy). Było czemu się dziwić. Nawet najtężsi fachowcy nie byli w stanie zrozumieć, że napastnik Grzegorz Kuświk pojawiał się na murawie, chociaż nie był na obozie przygotowawczym z klubową kadrą, trenował z juniorami, a tak w ogóle miał być wypożyczony do Termaliki. Zastanawiano się, jak odebrać publiczną wypowiedź napastnika Marca Paixão, że zawodnikom brakuje zaangażowania. Nie potrafiono znaleźć odpowiedzi na nurtujące wielu pytanie, dlaczego nie grają Grzegorz Wojtkowiak, Jakub Wawrzyniak oraz Sebastian Mila i czy decydował o tym wyłącznie brak formy. Chociaż w przypadku Mili specjalnie bym się nie przejmował, ponieważ powszechnie wiadomo, że jego kontrakt opiewa na co najmniej 80 tys. zł miesięcznie. Czy się stoi, czy się leży, 80 się należy! W tym całym bałaganie najciekawsze, że nie wiadomo, kto tak naprawdę rządzi trójmiejskim klubem.

Kiedy zobaczyłem w internecie, co napisał Jerzy Jastrzębowski: „To nie do wiary, że można »kaleczyć« grę w piłkę nożną”, poprosiłem go o dodanie kilku zdań.

Trener (znany m.in. ze zdobycia w 1983 r. Pucharu i Superpucharu Polski z trzecioligową Lechią Gdańsk) odpisał: „Dobrze, że zniesiono podział punktów po rundzie zasadniczej, bo niech decyduje boisko, a nie tzw. zielony stolik. Poziom sportowy wydaje mi się słabszy niż w poprzednim roku, niektóre mecze są po prostu nudne, ale najbardziej martwi niska frekwencja na meczach. Mam nadzieję, że nie sprawdzi się »zasada«, że w pierwszych trzech występach zawodnicy dochodzą do formy po zimie, a od czwartego zaczynają bywać zmęczeni. Zaskoczyła na plus Jagiellonia Białystok. Odejście kilku podstawowych zawodników najwyraźniej wyzwoliło u pozostałych piłkarzy dodatkową motywację udowodnienia własnych możliwości. Pozytywnie można ocenić również Wisłę Płock, Górnika Zabrze oraz po części Legię Warszawa.

Chyba nikogo nie dziwi, że szczególnie obserwuję Lechię – jej dotychczasowa gra bardzo rozczarowuje i nie ma niczego, za co można by ją pochwalić. Odnoszę wrażenie, że nikt w klubie nie wie, dlaczego tak się dzieje. Oby wraz z nadejściem prawdziwej wiosny nastąpiła poprawa poziomu gry naszej Ekstraklasy. A niestety nie jest on najwyższy. Wpływ na to ma kilka zasadniczych elementów. Najważniejszy to brak umiejętności gry jeden na jeden. Dotyczy to każdego zawodnika (i atakującego, i broniącego) oraz każdej strefy boiska. Istotna jest niewystarczająca szybkość indywidualna zawodnika – zarówno motoryczna, jak i przy podejmowaniu decyzji. Szwankuje także niezwykle ważna technika indywidualno-użytkowa. Najkrócej mówiąc, chodzi o tzw. czytanie gry, wybór najtrafniejszych zagrań, współpracę z partnerem, umiejętności czysto techniczne (podanie, przyjęcie, strzał).

W tym miejscu warto się zastanowić nad sensem sprowadzania z zagranicy zawodników przeciętnych, którzy zabierają naszej młodzieży miejsce w składzie. Od tych średniaków nasza młodzież niczego się nie nauczy, no, może poza materialnym podejściem do sportu. A talentów nam nie brakuje, czego przykładem Górnik Zabrze. A więc, koledzy trenerzy – więcej odwagi!”.

Tej odwagi najwyraźniej brakuje włodarzowi Cracovii (66,11% udziałów) Januszowi Filipiakowi. Na 29 zawodników klubowej kadry aż 16 to obcokrajowcy. Podobała mi się jedna z wielu opinii, że ponownie ktoś za grube pieniądze wpuścił profesora w krzaki. W spotkaniu ze Śląskiem w wyjściowej jedenastce znalazło się zaledwie trzech Polaków, a mecz kończono tylko z jednym w składzie. Coraz częściej trener Michał Probierz musi robić dobrą minę do złej gry. Po całkiem udanym pobycie w Jagiellonii chciał spróbować czegoś innego, no to próbuje.

„Jak kupujesz 10 zawodników, to masz pakę, a nie drużynę”, napisał mój dobry znajomy, fanatyczny legionista po przegranej gospodarzy 0:2 z Jagiellonią na stadionie przy Łazienkowskiej. Na pewno legioniści mają silną pakę – jak na naszą ligę – ale mistrzostwo własnego podwórka już dosyć dawno przestało kogokolwiek zadowalać. Czekamy na styl i charakter zespołu. Pozaboiskową ciekawostką jest fakt, że po 23 latach opuścił stołeczny klub Wojciech Hadaj. Tym razem definitywnie, bo w przeszłości kilkakrotnie brał z nim czasowy rozbrat. Wzbudzał sporo kontrowersji, miewał chwile lepsze i gorsze. Pełnił wiele funkcji, ale przede wszystkim był powszechnie znany jako spiker (dość często wychodzący poza rolę), chociaż przez ostatni rok zajmował się oprowadzaniem wycieczek po obiekcie oraz projektami Legia Soccer Schools i wizytami w szkołach.

A komu to przeszkadza?

Sędziowanie i błądzenie idą w parze i są rzeczą ludzką, ale… Zamiast przykładów pomyłek i błędów fragmenty poruszającego listu z 1 marca 2018 r. byłego znanego arbitra międzynarodowego Marcina Borskiego do szefa polskich sędziów Zbigniewa Przesmyckiego: „Dlaczego odmawiam współpracy z Panem Przesmyckim? Niestety, w moim odczuciu po ostatnim przypadku z meczu Legia-Jagiellonia (27 lutego) czara goryczy się przelała. W najważniejszych rozgrywkach piłkarskich w Polsce, w meczu na szczycie (dobrze, że nie w ostatniej, decydującej kolejce!) sędzia uznaje gola, wznawia grę, a następnie przerywa ją i anuluje gola. Jak mówią Przepisy Gry: »Sędzia nie może zmienić swojej decyzji wtedy, gdy sam uzna ją za niewłaściwą, względnie na sugestię innego z pozostałych sędziów, jeśli gra została już wznowiona«. To wie każdy sędzia! Nawet sędzia początkujący. Co sprawiło, że tak doświadczony arbiter jak Daniel Stefański (sorry Daniel, nothing personal) zdecydował się na taki krok? Moim zdaniem to efekt totalnego bałaganu w organizacji sędziowskiej oraz atmosfery przyzwolenia na łamanie i naginanie Przepisów Gry, która nastała wraz z uzyskaniem przez Pana Przesmyckiego całkowitej i jednoosobowej kontroli nad poczynaniami sędziów. Ileż to razy, kiedy zwracano Przesmyckiemu uwagę, że nagina przepisy gry, z jego ust padało: »A komu to przeszkadza?! Show must go on! Jest fajnie, bramki padają, ludzie się cieszą«. A że ze spalonego – to nieważne. A że po karnym za nierozmyślną rękę – nieważne! Z bólem serca; wiem, że zapłacę za to rachunek, bo zemsta z tamtej strony jest nieunikniona, ale muszę zrezygnować ze współpracy z Panem Przesmyckim. Mam dość. Facet demoluje od lat organizację sędziowską i nikt nie może nic z tym zrobić?”.

Natychmiast, w swoim stylu, dał odpór prezes Zbigniew Boniek, oświadczając, że pan Przesmycki cieszy się jego pełnym zaufaniem. Nie obyło się przy tym bez aluzji pod adresem Marcina Borskiego, że był raczej przeciętnym arbitrem. Najwyraźniej w nawale obowiązków Zibi nie zdołał się zapoznać z CV Borskiego. Inaczej by się nie kompromitował, bo dowiedziałby się, że był to nasz jedyny sędzia na Euro 2012, wcześniej dwukrotnie zakwalifikowany przez UEFA do specjalnego programu doskonalenia dla najzdolniejszych sędziów europejskich, awansowany z kategorii First do kategorii Elite Development.
Jeżeli ktoś chce sprawdzić, jak mocny ma układ nerwowy, koniecznie powinien się zatrudnić jako trener. Od początku sezonu 2017/2018 aż w 10 klubach zmieniono menedżerów. Bezsprzecznie przodujemy w tej konkurencji na europejskiej arenie. Ostatnio (3 marca) poleciała głowa wspomnianego już Adama Owena w Lechii. Zdaniem byłego selekcjonera Andrzeja Strejlaua te zmiany co chwila to jakieś szaleństwo: „Jednego dnia człowiek nadaje się do pracy, a już za moment wręcz przeciwnie”. Przy takiej karuzeli trudno ocenić, kto jakim jest fachowcem. Szefowie klubów wymagają natychmiastowych efektów, a najlepiej sukcesów na… wczoraj! O żadnej systematycznej, długofalowej pracy, rozwoju i podnoszeniu poziomu nie wypada nawet wspominać. Nie może być inaczej, skoro na 16 szkoleniowców tylko dwóch legitymuje się ponadrocznym stażem. To Marcin Brosz (Górnik Zabrze – od 3 czerwca 2016 r.) i Nenad Bjelica (Lech Poznań – od 30 sierpnia 2016 r.).

Zęby bolały od patrzenia

W lipcu 2017 r. mogliśmy z ulgą napisać: „Przed rozpoczęciem 84. edycji najwyższych w hierarchii polskich rozgrywek ligowych postanowiono wrócić do normalności – koniec z dzieleniem! W rundzie zasadniczej zostanie rozegranych 30 kolejek spotkań, po których przeprowadzona będzie runda finałowa w dwóch grupach (siedem kolejek)”. Kiedy 9 lutego 2018 r. zobaczyliśmy piłkarzy wybiegających na murawę, pojawiła się niewesoła refleksja, że ludziom odpowiedzialnym za klubowe rozgrywki chyba nie wystarczyło rozumu i wyobraźni. Jakby spadli z księżyca i kompletnie nie znali naszych realiów geograficznych i klimatycznych. Jak się okazuje, po to rozegrano aż trzy kolejki w lutym (w tym jedną w środku tygodnia), żeby cały system objął 37 kolejek, co pozwoli na znacznie korzystniejszą sprzedaż praw mediowych. Zadbano o opakowanie…

W wywiadzie dla „Piłki Nożnej” prezes Ekstraklasy SA Marcin Animucki stwierdził, że… w Europie nam zazdroszczą. Pogratulować samooceny! Na łamach tego samego tygodnika napisano: „W Polsce, w piątkowy wieczór w lutym można iść na łyżwy, a nie rozgrywać mecze piłkarskie”. Mam dosyć słuchania o „dramatycznej frekwencji” (2152 widzów na meczu Cracovia-Legia) czy „wstydliwym widoku” (1251 na spotkaniu Sandecji z Koroną). Wystarczy zacytować Przemysława Pawlaka („Piłka Nożna”): „Najpierw Zagłębie z Lechią Gdańsk, następnie Śląsk z Sandecją Nowy Sącz rozegrały takie mecze, że zęby bolały od patrzenia”. Mogę Czytelników zapewnić, że nie były to jedyne z 32 tegorocznych ligowych potyczek do natychmiastowego zapomnienia.

Całkowitą nowością była piłka Telstar 18, która 9 lutego pojawiła się na boiskach Ekstraklasy. Adidas przygotował ją specjalnie na tegoroczny mundial. W przeciwieństwie do kolorowych Jabulani (RPA 2010) czy Brazuki (Brazylia 2014) przypomina tradycyjną, znaną z każdego podwórka „biedronkę”. Wzorowano się na stworzonej na finały MŚ w Meksyku w 1970 r. piłce Telstar. Na Telstar 18 czarne łaty nie są idealnymi pięciokątami jak wówczas, ale tworzą wrażenie odcieni czerni i szarości. Największą innowacją jest wbudowany chip NFC. Pozwala on na stwierdzenie, czy piłka całym obwodem przekroczyła linię bramkową. Rzecz w tym, że sam fakt posługiwania się Telstarem poziomu nie zmieni. Wygląda na to, że mamy coraz lepiej opakowany, ale coraz gorszy produkt.

Wydanie: 11/2018

Kategorie: Sport

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy