Cudem ocalałem

Cudem ocalałem

26 sierpnia podczas nalotu zginął niemal cały warszawski sztab AL i wielu cywilów


Prof. Lech Kobyliński – dowódca batalionu im. Czwartaków Armii Ludowej w czasie powstania warszawskiego, oficer Marynarki Wojennej, naukowiec, wieloletni pracownik Politechniki Gdańskiej, specjalista budowy okrętów


Proszę opowiedzieć, z jakiej rodziny się pan wywodzi?
– Moi rodzice mieszkali w Warszawie. Ojciec, prawnik, był zatrudniony w urzędzie wojewódzkim. Ale urodziłem się w Wilnie w roku 1923 i wszystkie przedwojenne wakacje spędzałem u babci nad jeziorem Narocz. Gimnazjum ukończyłem w 1939 r. 1 września miałem podjąć naukę w liceum.

Jak zapamiętał pan wybuch II wojny światowej?
– Wiadomością o wybuchu wojny 1 września obudził mnie rano ojciec. W szkole skierowano nas do obsługi warszawskiej Poczty Głównej, ale wojenne zadania wykonywaliśmy jedynie przez kilka dni. Dowódca obrony miasta wydał rozkaz ewakuacji. Kolumny uchodźców zakorkowały wszystkie drogi. Ojca ewakuowano wraz z innymi urzędnikami, ja z matką i młodszym bratem trafiliśmy do Adamowa, gdzie mieszkał nasz kuzyn. Tam doczekaliśmy końca działań w roku 1939. Na początku października wróciliśmy do Warszawy, gdzie dołączył do nas ojciec.

Jak udało się przetrwać państwa rodzinie początkowy okres okupacji?
– Było biednie, panowała inflacja. Ojcu udało się zostać urzędnikiem niskiego szczebla w banku, ale wynagrodzenie nie wystarczało na utrzymanie rodziny. Mama handlowała na bazarze czymkolwiek. Ja pracowałem jako pomocnik murarza i uczyłem się na kompletach, a od września 1940 r. na kierunku okrętowym w szkole technicznej. Przez jakiś czas dorabiałem korepetycjami, czyszczeniem mieszkań z pluskiew, w końcu uruchomiliśmy z kolegami produkcję bimbru.

Kiedy zetknął się pan z konspiracją?
– Na początku 1943 r. szkolny kolega, Antek Szulc, powiedział mi, że powstała podziemna organizacja lewicowa – Związek Walki Młodych. Chciałem walczyć. Spodziewałem się, że dostaniemy broń, jednak na początku mieliśmy tylko jeden stary pistolet. W pierwszych akcjach uczestniczyłem jako członek obstawy. Obserwowałem okolicę, gdy koledzy dokonywali aktów sabotażu, na przykład podpalali niemieckie samochody. Później zostałem dowódcą piątki bojowej. Nasza grupa odbierała pistolety Niemcom. Musieliśmy jednak mieć pieniądze, żeby na czarnym rynku kupić pistolety maszynowe i granaty.

Pamięta pan najbardziej dramatyczne akcje?
– Zamierzaliśmy dokonać rabunku dochodów z działających legalnie, ale źle postrzeganych teatrzyków. W listopadzie 1943 r. z takim zamiarem wkroczyliśmy do kasy teatralnej w Alejach Jerozolimskich w Warszawie. Po chwili za nami weszło trzech mężczyzn. Widząc nas, zaczęli strzelać. Jeden z kolegów, „Gór”, zginął; drugiego, „Mirka”, raniono. Jak się okazało, doszło do straszliwej pomyłki. Później poinformowano mnie, że byli to członkowie Robotniczej Partii Polskich Socjalistów, którzy przyszli w tym samym, co my, celu; zaczęli strzelać, sądząc, że wpadli w zasadzkę. Za nieprzemyślaną akcję dostałem naganę. Jednocześnie otrzymałem awans na dowódcę tworzonego właśnie batalionu imienia Czwartaków.

W lipcu 1944 r. wysadzaliśmy wiadukt kolejowy blisko Dworca Wschodniego w Warszawie. Wracając, natknęliśmy się na patrol żandarmerii. Doszło do walki. Udało nam się uciec, ale zostałem postrzelony w nogę, kuśtykałem, podpierając się zdobytym pistoletem maszynowym. Uratował mnie człowiek, który widział strzelaninę. Zaprowadził mnie do mieszkania swoich znajomych, państwa Weselińskich, którzy udzielili mi schronienia.

Armia Ludowa nie została powiadomiona o planach powstania warszawskiego. Co pan pamięta z początku sierpnia 1944 r.?
– Każdy w mieście wiedział, że powstanie w Warszawie wybuchnie. W lipcu część batalionu miała podjąć zrzut broni na Lubelszczyźnie. Tych kilkunastu żołnierzy nie zdążyło wrócić  do Warszawy. 1 sierpnia kolega z Armii Krajowej uprzedził mnie, że powstanie pewno wybuchnie o godzinie 17.00. Byłem wówczas w mieszkaniu na Hożej z łączniczką „Stefą”, moją późniejszą żoną, i kilkoma towarzyszami, w tym z moim zastępcą Edwinem Rozłubirskim „Gustawem”. Gdy rozpoczęły się walki, zaczęliśmy zbierać oddział. Mieliśmy trochę broni, w tym, co ważne, karabin maszynowy. Część Czwartaków znalazła się na Woli, inni na Żoliborzu. Sztab AL zorganizował się na Starym Mieście. Zdobyliśmy kilka niemieckich magazynów i rozbrajaliśmy pojedynczych Niemców. Od dowództwa dowiedziałem się, że podporządkowujemy się wojskowo AK. Major „Róg”, dowodzący zgrupowaniem, wydawał mi ogólne rozkazy. Ja odpowiadałem za ich szczegółowe wykonanie.

W jakiej sytuacji znalazła się ludność cywilna?
– Początkowo panował ogromny entuzjazm. Ludzie wywieszali flagi, nosili powstańcom jedzenie. Po 10 czy 15 dniach na Starym Mieście sytuacja stała się straszna. Dzielnica została doszczętnie zbombardowana przez Niemców. Całe kamienice waliły się, grzebiąc mieszkańców. Ludzie cierpieli, wymyślali powstańcom, krzycząc: „Coście zrobili?!”. Nie dziwię się. Kto miał broń, mógł walczyć. Cywile byli bezsilni.

Przeżył pan bombardowanie, w którym zginęli członkowie sztabu AL.
– 26 sierpnia moi ludzie znaleźli przy zabitym niemieckim podoficerze dokumenty, zaniosłem je do sztabu. Podczas narady rozpoczął się nalot, bomby padały blisko, ktoś krzyknął: „Do schronu!”. Nie lubiłem schodzić do piwnic podczas ataków, wyskoczyłem przez okno na zewnątrz. Ocalałem cudem – impet wybuchu odepchnął mnie od budynku, hełm ochronił przed odłamkami. Pod gruzami zginął niemal cały warszawski sztab AL, a także wielu cywilów. Po utracie dowództwa zaczęto uzgadniać z płk. „Wachnowskim” (właśc. Karol Jan Ziemski – przyp. aut.), zastępcą komendanta Okręgu Warszawskiego Armii Krajowej AK, dowódcą powstańczej Grupy „Północ”, kwestię ewakuacji na Żoliborz.

Ewakuacja Starego Miasta to jeden z kontrowersyjnych epizodów powstania.
– Żandarmeria AK broniła cywilom wejścia do kanałów przy placu Krasińskich, kolejno ewakuowały się oddziały. Nocą z 26 na 27 sierpnia na Żoliborz poszedł batalion mjr. Henryka Woźniaka („Hiszpana”), weterana Brygad Międzynarodowych z Hiszpanii. Mimo uzgodnień, gdy Czwartacy chcieli wyjść następnej nocy, żandarmeria AK zatrzymała oddział, usiłując nas rozbroić. Omal nie doszło do bratobójczej walki między powstańcami. W końcu pozwolono nam wejść do kanału. Byliśmy ostatnią grupą, której udało się przejść tym kanałem.

W jaki sposób wydostał się pan z Warszawy?
– Na Żoliborzu było spokojniej niż na Starówce. Po 15 września pojawili się radiotelegrafiści, nawiązywali łączność z oddziałami Wojska Polskiego na Pradze. Była nas grupa kilkunastu osób, która na wieść o kapitulacji powstania zdecydowała się przebić przez pozycje niemieckie i przepłynąć Wisłę. Obawialiśmy się, że jako żołnierze AL zostaniemy rozstrzelani, bali się też koledzy żydowskiego pochodzenia.

Jak ocenia pan decyzję dowództwa AK o wywołaniu powstania w Warszawie?
– Myślę, że to fatalny błąd. Ludność miasta poniosła ogromne ofiary. Nie było szans zwycięstwa bez pomocy aliantów zachodnich, a przede wszystkim Armii Czerwonej. Ale powstanie było ważnym epizodem mojego życia.

p.ciszewski@tygodnikprzeglad.pl

Fot. Wikipedia

Wydanie: 35/2021

Kategorie: Historia

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy