Cudowne uzdrowienia

Cudowne uzdrowienia

Czasem choremu udaje się wrócić do życia. Wiara, uzdrowiciel czy medycyna – co pomogło?

Oddajcie mamie kule! – wołała siedmioletnia córka Janiny Lach. W jej dziecięcej świadomości matka zawsze postukiwała szwedkami i płakała, że już niedługo powiozą ją na wózku inwalidzkim. Tymczasem teraz przedzierała się przez niedzielne nabożeństwo i szła coraz pewniej ku jasnogórskiej Matce Boskiej. Cisza. Światłość. Wdziera się mroźne powietrze. Niepotrzebne kule podniosła jakaś inna pątniczka. Za kilka dni kule z kartką opisującą zdarzenie zawisną w specjalnej gablocie. Lekarze już nigdy nie znajdą u pani Janiny śladu stwardnienia rozsianego. Ona sama przyznaje, że nie prosiła o uzdrowienie, tylko o spokojną śmierć.
Ojciec Beaty Skowronek, która po wypadku samochodowym zapadła w wielomiesięczną śpiączkę, pamięta dwa momenty – pierwszy, kiedy lekarz kazał zabierać dziewczynę do domu, bo takich w szpitalu nie trzymają, i drugi, gdy pochylił się nad nią uzdrowiciel. Nie, nie wstała, ale otworzyła oczy. To był początek. Dziś Beata jest już po studiach.
Kiedy życie opuszczało Krystynę Rymarz z podkarpackiej Jodłówki, rodzina zaczęła walczyć na dwa fronty. Jedni pojechali po wodę z cudownego źródełka w Jodłówce, drudzy zaczęli się modlić na grobie ks. Jana Balickiego w Przemyślu. Do dziś nie wiadomo, co pomogło bardziej. Ale za to jednym głosem powtarzana jest opowieść, jak rozlana żółć zaczęła się cofać, wątroba pracować, usta nabrały barwy, a ciało straciło brunatny kolor. Dziś Krystyna Rymarz już nie żyje, ale tamten cud o kilka lat przedłużył jej życie. Jej uzdrowienie zadecydowało ostatecznie o beatyfikacji księdza Balickiego, zmarłego w 1948 r., znanego z pokory i pracy z upośledzonymi.
Przypadek Krystyny Rymarz badał trybunał powołany przez arcybiskupa archidiecezji przemyskiej. Na podstawie długiego raportu lekarze stwierdzili, że jej powrót do zdrowia nie jest do wytłumaczenia terminami medycznymi.
Oto cudownie uzdrowieni – pojawiają się i dają nadzieję.
Wyrwani śmierci różnie smakują nowe życie. Janina Lach codziennie, gdy się obudzi, jeszcze w półśnie dotyka nóg. Modli się. Beata Skowronek nie chce wracać do miesięcy, gdy była w nicości. Żyje, tak jakby nigdy nie było tej czarnej dziury. Inni idą przez dni łapczywiej, ale i uważniej, wiedzą, jak wspaniałe są sprawne nogi. Wiedzą, bo ich nie mieli. Za to podobne są rodziny – nadopiekuńcze, wiecznie przestraszone. Jakby cud można było im odebrać.

Twoja wiara cię wyleczyła

Nie od dziś wiadomo, że wiara i modlitwa są lekarstwem. To już nie tylko teoria, ale poważne badania amerykańskie, stwierdzające, że osoby głęboko religijne nie tylko żyją dłużej, lecz także są bardziej podatne na niewytłumaczalne, nagłe uzdrowienia – na przykład modlitwy chorych na AIDS mogą prowadzić do poprawy stanu zdrowia. Według raportu amerykańskiego Centrum Medycznego w Dartmouth, ci, którzy czerpią nadzieję z wiary, częściej przeżywają operacje na otwartym sercu. W szpitalu św. Łukasza w Kansas City 400 osób chorych na serce modliło się codziennie. Ich stan zdrowia znacznie się poprawił. W tej sytuacji aż 82% Amerykanów wierzy, że modlitwa leczy, 77% sądzi, że Bóg czasem interweniuje, by cofnąć człowieka znad grobu.
– Słowa Jezusa: „Twoja wiara cię wyleczyła” poza sensem teologicznym mają istotny sens terapeutyczny, znany nie tylko w medycynie niekonwencjonalnej, ale także w praktyce medycyny oficjalnej – komentuje prof. Jan F. Terelak, psycholog z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego. – Wierzymy przecież nie tylko Bogu, lecz także wybitnym lekarzom. Dlatego wolimy się leczyć u profesora niż u zwykłego doktora.
Prof. Terelak zgadza się ze stwierdzeniem, że to media zrobiły newsa z uzdrawiającej roli modlitwy, tymczasem każdy wierzący wie o tym od zawsze. Tylko człowiek wierzący czuje, co w rozmowie z Bogiem znaczyły jego słowa. Na temat tajemnic przywróconych do życia prof. Terelak nie chce się wypowiadać, bo – jak zaznacza – jest empirykiem. Jednak jest pewny, że stwierdzenie „Wiara czyni cuda” ma głęboki sens.
– Modlitwa jest zawsze wsparciem, wołaniem o pomoc, przedłużeniem nadziei, a więc jest swoistym lekarstwem nie tylko w chorobie, lecz także w walce ze stresem. W sytuacjach ekstremalnych modlą się również ludzie niewierzący. Wtedy modlitwa jedynie „coś znaczy”, a znaczy tyle, co zaklinanie rzeczywistości, jest próbą reanimacji utraconej nadziei – mówi prof. Jan. F. Terelak i dodaje, że być może wiara uruchamia w organizmie siły pozwalające działać lekom do tej pory nieskutecznym.
Poza tym modlitwa to rozmowa, a tej jest coraz mniej w leczeniu, więc osamotnieni w cierpieniu zwracamy się do Boga.
Jednak termin „cud” nie występuje w słowniku medycznym. Zamiast o cudownym uzdrowieniu lekarze mówią o spontanicznym. Wysuwane są dwie hipotezy. Jedna odwołuje się do systemu odpornościowego, druga do genetyki molekularnej. Jeszcze inna podkreśla znaczenie takich czynników jak osobowość i nastrój człowieka.

Medycyna postawiła na nich krzyżyk

Ojciec Melchior Królik z Jasnej Góry bada sens uzdrowień, w specjalnej księdze od lat spisuje przypadki, nazwy chorób tak straszne jak objawy.
Od chwili uzdrowienia Janina Lach promieniuje wiarą na całą okolicę Zgierza, w którym mieszka, no może najmniej na rodzinę, ale tak to bywa. Jednak trzeba przyznać, że męża nawróciła. W ogóle bezcenne jest, gdy przywrócony życiu okazuje się także nawróconym. Wtedy często wraca na Jasną Górę i gorliwie głosi słowo boże. Tak było, gdy – jak zaznacza zakonnik – partyjna para wybłagała życie dla córki. Teraz są z każdą pielgrzymką i swoją historię przekazują w tłum. Tak też było po tragedii w Trójmieście. Chłopczyk na oczach matki wpadł pod samochód. Kobieta biegła z dzieckiem na ręku i wołała: „Matko Jasnogórska, ratuj!”, choć jak przyznaje, nawet nie bardzo wiedziała, kogo wzywa. Została wysłuchana. Ale ojcu Melchiorowi trudniej już zrozumieć, dlaczego Matka Boska z proszących wybrała kobietę, która jako dar dziękczynny chciała ofiarować jej kolczyki. Nie siebie.
– Jedno jest pewne – tłumaczy ojciec Melchior – gdy Jezus dokonał cudu, usuwał się na bok. O jego czynie świadczył sam uzdrowiony. Podobnie jest z Matką Boską. Gdy kalece pozwala odrzucić kule, ma to umacniać wiarę, prowadzić do Chrystusa. Jasna Góra to nie klinika.
Ojciec Melchior spotyka się z ozdrowieńcami, ale wie, że wielka jest gorycz tych, których nadal w paraliżu najbliżsi odwożą do domu.
Lata zbierania świadectw nauczyły go, że o uzdrowienia nie musi się martwić, choć czasem nie wie, dlaczego miesiącami nie słyszy krzyku radości. Tylko raz nerwy mu trochę puściły. Gościem zakonników był sam Kaszpirowski. Ojcu Melchiorowi wydało się później, że ludzi pod obrazem było jakby mniej, a i nie spotykało ich tam nic nadzwyczajnego. – Może Matka Boska się obraziła? – myślał przerażony. W lęku pomógł dopiero biskup i jego ostra reprymenda: – Matka Boska nie boi się konkurencji, a i reklamy nie potrzebuje.
Ojciec Melchior Królik zapewnia, że nigdy nie namawia do zaprzestania terapii, ostrzega też przed „przedawkowaniem” modlitwy i zaniechaniem ziemskich metod leczenia. – Nie można wyłącznie wierzyć, że Bóg jest ostateczną wyrocznią, i zapominać o lekach. Modlitwa i leki mogą się uzupełniać – tłumaczy.
Uzdrowionych łączy jedno – albo tak im się wydaje, albo naprawdę medycyna już postawiła na nich krzyżyk. Uczciwy do bólu neurolog Janiny Lach mówił, że na stwardnienie rozsiane nie ma lekarstwa, więc ostatnim etapem jej życia będzie nasłuchiwanie, jak z jej bezwolnym ciałem męczą się najbliżsi. Beatę w śpiączce traktowano gorzej niż roślinę, rodzinie Krystyny Rymarz powiedziano, że jedno, co można dla niej zrobić, to przygotować godną śmierć. Ta prawda tak straszna jak ślepa ulica zapamiętana ze złego snu podrywa chorych i ich rodziny do jeszcze jednej desperackiej próby. I wtedy czasem zdarza się cud.
„Nie ma szans”, „nie ma nadziei” – ojciec Beaty nie mógł tego słuchać. – Łapałem się wszystkiego – wspomina. Ale trzeźwości umysłu nie stracił. Kiedy po wizytach bioenergoterapeuty Beata odzyskała przytomność, jego miejsce zajął rehabilitant. – I to on postawił ją na nogi – sprawiedliwie stwierdza ojciec.
Jednak dziś na uzdrowieniach cieniem kładzie się plan Hausnera. Większość lęka się zapowiadanej weryfikacji rent. Boją się rozmów, nie chcą ujawniać nazwisk. Janinę Lach już w PRL-u straszono, że jak za dużo będzie opowiadała o odrzuceniu kul, to jej zmienią grupę inwalidzką. Rodzice chłopca, który nadział się na pręt przy basenie i w Częstochowie odzyskał siły, cały czas drżą, żeby ta wiadomość nie dotarła do ZUS.

Nowotwór zlikwiduję od zaraz

Choć cudownie uzdrowionych trzeba długo szukać, takiego kłopotu nie ma z uzdrowicielami. – Taki jeden z drugą jakieś zioła wymiesza i już uważa, że daje życie – to opinia tych, którzy uważają, że naprawdę mają w sobie siłę. By przeciwstawić się oszustom, medycynie i sądom, założyli Izbę Uzdrowicieli. Wymyślili zawołanie: „Uzdrowiciele III RP łączcie się!”, stworzyli strukturę władzy. Jeden z członków izby ode mnie się dowiaduje, że na stronie internetowej figuruje jako zastępca uzdrowiciela krajowego. Skromnie stwierdza, że leczy tylko nowotwory niezaawansowane, szczególnie guzy piersi, którymi nie należy się przejmować, bo świadczą wyłącznie o zaburzeniach pracy organizmu. O niczym więcej. Za to jego kolega z Piekar Śląskich wie, że pełni tak wysoką funkcję. Leczy na odległość – w 30 sekund znajdzie się nawet w Kanadzie. O swej sile dowiedział się 20 lat temu, gdy przywitał się z cierpiącym kolegą. Ten natychmiast odzyskał wigor.
Do uzdrowicieli trafiają ludzie na krawędzi życia i śmierci, ale i ci, którzy „od zawsze” korzystali z ich usług. Do tej grupy należy Elżbieta Sąsiadek z Piekar Śląskich. Gdy na piersi zrobił się straszny ropień, a ból opasywał całe plecy, poszła do uzdrowiciela. To on powiedział, że jest nowotwór, ale bez przerzutów, więc podejmie się go odjąć. Dziś kobieta czuje się dobrze. Józef Paśko, uzdrowiciel z Rzeszowa, pamięta tę sytuację trochę inaczej, choć efekt określa podobnie – uzdrowienie. Otóż przyszła do niego kobieta i powiedziała, że ma raka. Pierś była czerwona, spuchnięta. On swoją energią spowodował, że już po pierwszej wizycie krew puściła się razem z ropą.
Za to całkowita zgodność jest między nim a Bożeną Kamieniak z Łodzi. Przyjechała z diagnozą: guz macicy. Pamięta upał, tłok w pociągu, lęk i uspokojenie, bo przed spotkaniem poszła się pomodlić. Już po pierwszej wizycie czuła przypływ energii. Gdy po kilku latach trafiła do szpitala z innymi problemami, lekarze nie znaleźli śladu raka.
Uzdrowiciele to przeważnie ręce, które leczą. Ale w obiegu są też nafta, kora dębowa, preparat Ukraina, zioła ks. Soroki i ks. Klimuszki, preparat Tołpy.

Puentą może być historia opowiedziana przez prof. Jerzego Hołowieckiego. W izbie przyjęć kierowanej przez niego kliniki hematologii Śląskiej Akademii Medycznej zdarzają się porzucenia wycieńczonych pacjentów. Troskliwa rodzina sadza chorego na ławce i ucieka. Spóźniony wstyd po terapii hubą.
Jednak świat cudów jest uważnie obserwowany. Przedstawiciele koncernów farmaceutycznych śledzą wszelkie informacje o cudach. Analizowane są rośliny i grzyby. Później w wielu lekach ratujących życie znajdują się wyciągi z tajemniczych ziół. Ale leczą dopiero po przetworzeniu.

Siła ducha walczy ze słabością

Prof. Hołowiecki zapewnia, że największy cud jest w nas samych. – My, lekarze, nie lekceważymy sił wewnętrznych chorego. Cała strategia leczenia polega na tym, by osłabić nowotwór do stanu, w którym organizm sam sobie poradzi – mówi.
Lekarze tłumaczą też, że tajemnica przywrócenia do życia tkwi w samej medycynie – w nowych lekach lub operacjach. Jedną z nich jest czerpanie sił od drugiego człowieka. Nie chodzi o wymianę jednego organu na drugi, na przykład nerki za nerkę, ale o przeniesienie systemu obronnego w postaci szpiku. Rozwija się on i broni chorego z białaczką. To jest dopiero cud – mówi prof. Jerzy Hołowiecki.
Ludzie, którzy przeszli przeszczep szpiku, mówią o mocy, którą jak sączoną kroplówką czuli po przeszczepie. Zdumienie, że życie wróciło, jest szczególnie silne, gdy dawcy szukano długo, a znalazł się na innym kontynencie. Niewiarygodne jest to, że np. w USA żyje człowiek o tak podobnym genotypie, iż może Polakowi oddać swoją siłę życia. Chorzy na białaczkę przeszli stan, gdy życie uchodziło z nich z każdym oddechem. A potem nagle, po niezrozumiałym zabiegu, zaczęli odżywać.
Rodziny, które stoją za szybami wyjałowionych pokoi szpitalnych, modlą się. Przecież może być odrzut, mogło być za późno, by chorego podźwignąć. A jednak dzięki coraz precyzyjniej dobieranym dawcom słaniający się człowiek odzyskuje siły.
W Polsce są dwie białe księgi czekające na niewytłumaczalne uzdrowienia. Pierwszą 12 lat temu założył prof. Zbigniew Wronkowski, szef Polskiego Komitetu Zwalczania Raka. Uznał, że jeżeli zwykła medycyna ratuje rocznie życie kilkudziesięciu tysiącom chorych na raka, to może uzdrowiciele udowodnią choć kilka swoich przypadków. Warunkiem wpisania do księgi była weryfikacja medyczna. – To nie miała być pułapka – zaznacza prof. Wronkowski, pokazując puste, już pożółkłe kartki.
Prof. Wronkowski zapewnia, że sam nie jest agresywnym przeciwnikiem metod naturalnych. Do swoich chorych wpuszcza bioenergoterapeutów, uważając, że są dobrymi psychoterapeutami. Sądzi, że tajemnica ich uzdrawiania jest podobna do stwierdzonej skuteczności placebo. Nikt nie wie, dlaczego niektórzy pacjenci odzyskują siły, choć podano im lek na niby, pastylki z cukru.
Przez 12 lat nie udało się zalegalizować w białej księdze żadnego przypadku. Typowy przykład – mężczyzna z nowotworem kości po kuracji u bioenergoterapeuty wraca do zdrowia. Od kilku lat jest w świetnej formie. – Jednak analiza dokumentacji lekarskiej wykazała, że postawiono tylko wstępną diagnozę – tłumaczy prof. Wronkowski. – A objawy nowotworowe może dawać także stan zapalny.
Kolejny przykład – kobieta, która po wizytach u uzdrowiciela została wyleczona z nowotworu piersi. Nie zrobiono nawet mammografii. – Tymczasem około 60% kobiet ma jakieś zmiany w piersiach – tłumaczy prof. Wronkowski. – Nie każdy guzek jest nowotworem.
Konkurencyjną białą księgę założył uzdrowiciel Marek Stawicki. Wpisał swoje sukcesy, m.in.: „Na podst. badania radiestezyjnego ustaliłem 70% witalności oraz silne echo o charakterze nowotworu złośliwego w trzustce i słabsze z nerki i prostaty. Mężczyzna odmówił współpracy z lekarzem. Badanie USG potwierdziło zmiany w trzustce i nerce. Zastosowałem koloroterapię, światło spolaryzowane, mieszanki ziołowe”.
Weryfikacja cudu to trudny temat, ale nawet ojcowie paulini poddają ocenom lekarzy te z Jasnej Góry, spisują też świadectwa tych, którzy widzieli, jak ktoś unieruchomiony nagle się podnosi. Janinę Lach badało trzech lekarzy z klasztoru, później poszła do swojego neurologa. Zapytał, czy jest bliźniaczką tej unieruchomionej, nieszczęśliwej kobiety.
Jednak wielu mieniących się cudotwórcami stwierdza, że zrezygnowali nawet z wpisów do zeszytu. To spłyca tajemnicę. Ktoś, kto leczy falami kosmicznymi, nie będzie udowadniał, że ma siłę.

Lekarz też widział cud

Prof. Wronkowski przyznaje, że miał kilku pacjentów, których losy go zaskoczyły. Np. kobieta z bardzo zaawansowanym rakiem jajnika. – Nie miała prawa żyć dłużej niż rok – mówi onkolog. Znakomicie zareagowała na radioterapię. Żyje do dziś. Podobnie dobrze potoczył się los innej pacjentki, która się zgłosiła, gdy jej ciało pokryte było plamami przerzutów. Bez szans. Podjęte leczenie, mające być raczej łagodzeniem bólu, przyniosło zaskakujące rezultaty. Właśnie przysłała życzenia wielkanocne.
Prof. Jerzy Hołowiecki, znakomity specjalista przeszczepów szpiku, uważa, że większość cudownie uzdrowionych – podobnie jak ci, którzy nie dostali się do białej księgi prof. Wronkowskiego – miała źle postawioną diagnozę. Najczęściej nowotworem nazwano stan zapalny.
Dr hab. Wiesław Bonicki, neurochirurg z warszawskiego Szpitala Bielańskiego, jest zdecydowanym racjonalistą. – W mojej praktyce nie ma miejsca na cuda – podkreśla lekarz, o którym się mówi, że przywraca wzrok. Na podstawie rezonansu magnetycznego dr Bonicki może określić, czy operacja się uda. Ale nawet wtedy, gdy jest pewien, że człowiek będzie widział, lojalnie przedstawia wszystkie ewentualności, nawet najgorsze. Być może dlatego ktoś, kto nagle widzi jasność, uważa, że stało się coś niewytłumaczalnego.
– Nie jesteśmy genialni, nie udajemy Pana Boga, choć może chory tego oczekuje – przyznaje prof. Marek Pawlicki, krakowski onkolog.
Ale lekarze nie lekceważą roli psychiki. – U osób źle nastawionych do życia choroba ma gwałtowniejszy przebieg – stwierdza prof. Wronkowski. Wyłącznie mędrca oko doceniał prof. Cezary Szczylik z warszawskiej WAM. Jak tłumaczył, trudno mu było uznać, że dusza jest takim samym narządem jak wątroba. Ostatnio zaczął się w nią wsłuchiwać. Na spotkaniu poświęconym roli psychologa w leczeniu onkologicznym przyznał, że układ odpornościowy osób z depresją jest nieszczelny. Osoby, które przeżywają kryzys wiary w wyzdrowienie, potrzebują więcej środków przeciwbólowych. Są bezbronne.
Iwona Nawara, psycholog z Wojewódzkiego Szpitala im. Rydygiera w Krakowie, jest „wynajmowana” do rozmów z najciężej chorymi. – Dopiero tradycyjna opieka medyczna połączona z terapią psychologiczną przynosi odpowiednie efekty – podkreśla.
Ale pomoc psychologa to luksus. – Chory przeżywa coś w rodzaju bólu emocjonalnego – tłumaczy psycholog Mariola Kosowicz, współpracująca z Centrum Onkologii. – Trwanie w chronicznym napięciu, w tym bólu, doprowadza do spadku odporności. Rokowania są o wiele gorsze. Pojawiają się pytania: dlaczego ja? Jak długo będę żyć? Jeśli człowiek nie wyrwie się z lęku, nie ma szans.

Proroczy sen

Cuda są wszędzie, w wodzie, w jedzeniu, także w nas. Helena Kozłowska-Dębicka uważa, że ostrzeżenie i zbawienie przyniósł sen. Ciągle śniła się jej zagłada jak z „Ostatniego brzegu”. Jako kobieta wykształcona zaczęła najpierw obserwować sytuację międzynarodową. Dopiero potem skupiła się na swoim ciele. Banalne objawy okazały się zaawansowanym rakiem.
Sen poprowadził także Janinę Lach. „Przyjdź do mnie”, mówiła Matka Boska. Następnego dnia kobieta pojechała do Częstochowy. Nigdy przedtem tam nie była i gdyby nie sen, nie miałaby takiej potrzeby. Zawsze wierzyła, ale nie pielgrzymowała, nie wkładała wysiłku w religię. Teraz rok w rok w rocznicę uzdrowienia, jaki mróz by chwycił, jedzie pod cudowny obraz.
„Zwyciężyć śmierć” – tak swoją książkę zatytułowała Helena Kozłowska-Dębicka. Rak atakował ją cztery razy i zawsze tak silnie, że lekarze milczeli, gdy pytała o szanse. Ona wtedy mobilizowała silną wolę. Wierzy, że pomogła jej nie mniej niż radioterapia.
Jednym z cudownych miejsc jest wspomniana Jodłówka. Elżbieta Rymarz nic już nie powie, ale inni dają świadectwo. Oto mężczyzna, który w czasie mszy opowiada, jak przed operacją przyszedł, napił się wody i pomodlił w kościółku. Rano obudził się zdrowy. Oto chłopiec, w którego intencji modliła się cała klasa, a wodę zawieźli na intensywną terapię. Biega jak przed rokiem.
Jednak cud ze źródełka zarezerwowany jest dla wierzących. Gospodyni proboszcza złości się, kiedy dzwoni pani z Wrocławia, pyta o wodę, ale mówi, że jest ateistką. Nie dla niej łaska.
Wodę badał tylko sanepid. Stwierdzono, że jest zdatna do picia. Ludzie w Jodłówce nie są szczególnie długowieczni. Pewnie dlatego, że woda leczy przeważnie gości, tak by jej siła promieniowała na cały kraj.
Uzdrawiające mają być diety. Tłusta, wymyślona przez Jana Kwaśniewskiego, propagowana jest jako zbawienie dla cukrzyków, i to tych z najpoważniejszymi powikłaniami, zagrażającymi życiu. Chorzy odstawiają insulinę i żyją skwarkami. Niektórzy publicznie głoszą, że ich zniszczone nerki zaczęły pracować. Cud? Jak to możliwe? Prof. Ida Konalska z białostockiej AM tłumaczy, że chory na krótko może się lepiej poczuć, gdyż zjada mniej węglowodanów. Poza tym jest zdyscyplinowany i niesie go nadzieja. Niestety, mniej się mówi o tych, którzy później zapadają w śpiączkę.
Cuda kuszą, by nimi oszukiwać i na nich zarabiać. Przed kilkoma dniami w Pile ujęto mężczyzn, którzy pukali do drzwi i oferowali cudowny lek o nazwie Full Spectrum. Ta historia jest prostackim oszustwem, o wiele bardziej skomplikowane jest ocenienie tego, co się dzieje w odległych klinikach, na przykład w tajemniczym Nowosybirsku. W Internecie krążą opowieści o sparaliżowanych postawionych na nogi.
Prof. Leszek Królicki z warszawskiej AM zastrzega, że tłumaczenie może zakłócić precyzję informacji, ale jest to tylko opis klasycznego usunięcia krwiaków. Co ciekawe, zabieg winno się przeprowadzać jak najszybciej, a nie nawet kilka lat po dramatycznym skoku na główkę. Z kolei opis okładów z embrionalnych wyciągów przypomina leczenie choroby Parkinsona komórkami macierzystymi. Ekspresowe odbudowanie komórek nerwowych prof. Królicki nazywa szalbierstwem. Komórka nerwowa „odrasta” w tempie 2 mm na miesiąc. Tak więc cała kuracja to słona opłata za nadzieję. Nic więcej.
Cudowne ozdrowienia mają zatem swoje ciemne strony wątpliwych praktyk, ale są też czystą nadzieją. U progu XXI w. w życiu człowieka znajdzie się miejsce na cud, który jest zachętą do refleksji. – Człowiek jest z natury istotą wierzącą, gdyż nie jest do końca racjonalny, lecz wielowymiarowy. A to sprawia, że swoim rozumem nie ogarnie wszystkich relacji, w jakie jest uwikłany – komentuje prof. Jan Terelak. Bo cudowne uzdrowienia będą zawsze. Po to, by zaprzeczyć słowom nieuleczalne i niemożliwe.


Sześć wieków uzdrowień
Najstarsze uzdrowienie na Jasnej Górze pochodzi z 1392 r. Jakub Wężyk odzyskał wzrok podczas modlitwy. Cuda były i są spisywane. Najdawniejszy dokument to papierowy rękopis zapoczątkowany w końcu XV w., kontynuowany do końca XIX w. Spisano w nim ponad tysiąc cudów, w tym 30 wskrzeszeń zmarłych. Jedna z historii (XVI w.) opowiada historię kobiety z Lublińca. Jej synowie pobili się tak dotkliwie, że jeden z nich zmarł. Przerażony brat schował się do pieca, w którym z kolei roznieciła ogień niczego nieświadoma matka. Ona sama zginęła z ręki zrozpaczonego ojca rodziny, który gdy ochłonął, zawiózł ciała do Częstochowy i u wrót klasztoru błagał o wskrzeszenie. Został wysłuchany.
Za jedno z największych wydarzeń XX w. uważa się uzdrowienie sparaliżowanego Michała Bartosiewicza, który poruszał się na drewnianych klepkach. Podczas mszy wstał. Jego niemoc i późniejsze ozdrowienie potwierdziły 53 osoby.


Ostrożność Kościoła
Kościół do cudownych zjawisk podchodzi ostrożnie. Każdy przypadek bada komisja złożona z teologów i naukowców. W jednym z najsłynniejszych sanktuariów w Lourdes funkcjonuje specjalne biuro weryfikujące wydarzenia mające tam miejsce. Rocznie bada się kilkadziesiąt przypadków. Selekcja jest ostra, np. w latach 1972-1990 za cudowne uznano tylko dwa przypadki powrotu do zdrowia.
Cztery lata temu watykańska Kongregacja Nauki Wiary wydała „Instrukcję w sprawie modlitwy w celu wyproszenia u Boga uzdrowienia”. Znajdujemy tam ostrzeżenie przed pochopnym mówieniem o „charyzmacie uzdrawiania w przypadku konkretnych osób, na przykład prowadzących grupy modlitewne”. Przypomina, że wszelkie uzdrowienia są dziełem Ducha Świętego, „który pewnym osobom udziela specjalnego charyzmatu uzdrawiania, aby okazać moc łaski Zmartwychwstałego”. Całość kończy rozporządzenie dyscyplinarne: zaleca się, aby modlitwy o uzdrowienie odbywające się w kościele prowadzone były przez kapłana. Zakazane jest łączenie egzorcyzmów z liturgią.


Typowa oferta uzdrowiciela
Pan X „W swoim dorobku uzdrowicielskim posiada liczne cudowne uzdrowienia z nieuleczalnych chorób. Uzdrawia z niżej podanych chorób: nerwice, cukrzyca, wady wzroku, choroby nerek, schizofrenia, zachowania maniakalne, nowotwory, AIDS i inne”. Jeden zabieg z diagnozą kosztuje ok. 40 zł, każdy następny trochę mniej. Seans trwa od 30 minut do godziny. Większość czasu zabiera rozmowa, na którą nie mieli czasu lekarz ani nikt z najbliższych.
Według ankiety przeprowadzonej wśród czytelników przez „The Daily Telegraph”, co druga osoba, która korzystała z pomocy uzdrowiciela, podjęła tę decyzję, gdy lekarz nie mógł już pomóc, jedna czwarta bała się skutków ubocznych leków, a 77% było zadowolonych z uzdrowicieli.
W Polsce do korzystania z porad uzdrowicieli przyznaje się 4% obywateli. Najczęściej są to mieszkające w mieście kobiety. Zarejestrowanych jest 70 tys. uzdrowicieli.


Opóźnione leczenie
Prof. Marek Pawlicki z krakowskiego Centrum Onkologii sprawdził, że co czwarty pacjent poddawany chemioterapii leczył się wcześniej metodą niekonwencjonalną. Opóźniło to wizytę u onkologa o pół roku. Prof. Pawlicki ocenia, że w Polsce z powodu metod niekonwencjonalnych umiera rocznie około 5 tys. chorych na nowotwory.

 

 

Wydanie: 15/2004

Kategorie: Obserwacje

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy