Czarna przyszłość białego szaleństwa

Czarna przyszłość białego szaleństwa

Ostatnie zimowe igrzyska rozegrano w całości na sztucznym śniegu – nie po raz ostatni

Ostatnie zimowe igrzyska olimpijskie rozegrano w mieście, w którym prędzej niż biały puch z nieba sypią się drobinki sadzy, średnia temperatura w lutym rzadko spada poniżej 0 st. C i w którym nie ma ani historycznych obiektów sportowych, ani tradycji związanych ze sportami zimowymi. Olimpiada w Pekinie odbyła się w całości na sztucznie wytworzonych nawierzchniach i wszystko wskazuje, że ten trend się utrzyma. Co to oznacza dla sportów zimowych jako takich?

Dla porządku – tegoroczne 100% nie szokuje, jeśli wpisać je w kontekst najnowszej historii igrzysk. W 2018 r. w koreańskim Pjongczangu sztuczny śnieg stanowił 98% podłoża na zawodach, a przecież Korea Południowa naturalnych kurortów narciarskich ma akurat sporo. Cztery lata wcześniej w rosyjskim Soczi sztuczna mieszanka pokryła stoki i trasy w 80%. Już wtedy było widać, że proces przyznawania prawa do organizacji zimowych igrzysk ma coraz mniej wspólnego z logiką geograficzną. Soczi to, owszem, kurort, ale znany bardziej z letniej oferty niż z atrakcji dostępnych zimą. Góry tam są, ale w oddali, samo miasto tonie w roślinności raczej śródziemnomorskiej, a na pocztówkach prędzej widać palmy niż zaśnieżone szczyty i stoki. Śnieg sztuczny mieszano w Soczi z naturalnym, ale ogólny koszt operacji był jeszcze wyższy niż w Pekinie. Igrzyska sprzed ośmiu lat do dziś pozostają najdroższymi w historii – rząd Rosji wydał na nie ponad 50 mld dol. Oficjalny koszt tegorocznej imprezy nie jest znany, Pekin mówi o rekordowo niskiej kwocie 3,8 mld dol., zachodnie media każą przemnożyć ją przez dziesięć, ale nawet jeśli ten drugi scenariusz miałby się okazać prawdziwy, i tak rozmach Xi Jinpinga przegrywa z rozrzutnością Władimira Putina.

Co to wszystko mówi o przyszłości zimowych igrzysk? Nic dobrego. Które kraje mogłyby je zorganizować bez konieczności pokrywania stoków w 100% sztucznym śniegiem? Oslo, które gościło zawody już dwukrotnie, z walki o igrzyska w 2022 r. wycofało się osiem lat wcześniej na ostatniej prostej. Przeciwko były niemal wszystkie partie polityczne, ale też społeczeństwo. Powód: za drogo i zbyt nieekologicznie. Podobne reakcje wywołał pomysł igrzysk w szwajcarskim Sankt Moritz. Z kolei Monachium z pomysłem olimpiady flirtowało bardzo krótko, opozycja społeczna pojawiła się tu natychmiast i okazała się nie do przejścia. Honor krajów o bogatych tradycjach w sportach zimowych uratowali Włosi, którzy imprezę zorganizują w 2026 r., wspólnym wysiłkiem Mediolanu i stacji narciarskiej w Cortina d’Ampezzo. Tylko jakim kosztem?

Komitet organizacyjny zarzeka się, że rekordowo niskim. Budżet igrzysk wynosi zaledwie 1,7 mld dol., a więc mniej niż połowę konserwatywnych szacunków Pekinu. Mottem zawodów ma być ekologia i wielofunkcyjność. W dodatku Włosi sami sobie nakładają ograniczenia, w statut zawodów wpisując zasadę, że każdy wydatek przekraczający budżet będzie musiał zostać zrekompensowany nowymi źródłami przychodów. Na razie nie ma powodu, żeby im nie wierzyć. Szczególnie że zamierzają wykorzystać część obiektów zbudowanych na potrzeby igrzysk w Turynie w 2006 r. Nie mówiąc o tym, że w przeciwieństwie do Koreańczyków, Rosjan i Chińczyków mają własne góry, trasy i śnieg. W Cortinie co roku odbywają się zawody pucharu świata w narciarstwie zjazdowym, a południowa strona Alp pozostaje jednym z niewielu miejsc na planecie, w których śnieg pada jeszcze w miarę regularnie.

Problem w tym, że dzieje się to coraz rzadziej. W kończącym się sezonie nie było ani jednego miesiąca, w którym opad zdarzyłby się częściej niż trzy razy. Jak już padało, to solidnie, po kilkanaście-kilkadziesiąt centymetrów, ale działo się to niezwykle rzadko. Dopiero we wrześniu pokrywa śnieżna na szczytach tras przekroczyła metr, w grudniu wynosiła średnio 66 cm na górze i zaledwie 18 cm w niższych partiach. To nie są warunki, by rozgrywać igrzyska wyłącznie dzięki temu, co ma do zaoferowania natura.

Śnieg trzeba będzie dorabiać nawet w Cortinie, co do tego nie ma wątpliwości. A to koszt nie tylko finansowy, ale i środowiskowy. Do wyprodukowania śniegu na igrzyska w Pekinie zużyto 185 mln litrów wody. Tego nie zmienią żadne broszury o zawodach przyjaznych środowisku ani napędzanie maszynerii odnawialnymi źródłami energii. Liczby te w przypadku włoskiej imprezy będą zapewne niższe, ale trend się utrzyma. Zwłaszcza że chętnych do przygotowania miejsca na zimowe igrzyska jest już coraz mniej. Oprócz Pekinu chęć organizacji tegorocznych zawodów zgłosiła jedynie dawna stolica Kazachstanu, Ałmaty. A więc kandydatura równie daleka od naturalnych predyspozycji do goszczenia zimowych sportowców. Igrzyska w 2030 r. jeszcze gospodarza nie mają, ale już widać, jak karkołomne będzie jego wyłonienie. Faworytem na razie jest japońskie Sapporo, które imprezę organizowało w 1972 r., ale już teraz coraz głośniej mówi się o możliwości wycofania tej kandydatury z powodu presji społecznej. Japonia dopiero co miała igrzyska, horrendalnie drogie i deficytowe przez pandemię koronawirusa i brak wpływów od zagranicznych fanów. Japończycy kręcą nosem na kolejną drogą zabawkę dla elit. Możliwe, że zawody polecą do Kanady, gdzie gościć je chce duet Vancouver-Whistler, a więc powtórka z 2010 r. Trzecim poważnym kandydatem jest Salt Lake City, czyli gospodarz z 2002 r. O Europie nie słychać. Projekt przeprowadzenia igrzysk w Pirenejach, czyli połączona kandydatura Hiszpanii, Francji i Andory, wydaje się w tej chwili myśleniem życzeniowym. Już ta wyliczanka pokazuje, że krąg potencjalnych organizatorów, i tak naturalnie ograniczony, staje się coraz węższy. Igrzyska od dekad są niesłychanie drogim przedsięwzięciem, a koszty rosną, jeśli trzeba dodatkowo tworzyć sztuczny mikroklimat i krajobraz. Tam, gdzie nie jest to potrzebne, opozycja społeczna jest zbyt duża. Istnieje więc ryzyko, że w najbliższych dekadach igrzyska będą się odbywać rotacyjnie pomiędzy dwiema-trzema lokalizacjami.

Albo w ogóle przestaną się odbywać. Bo problem ze śniegiem to nie tylko problem igrzysk, ale i całego świata sportów zimowych. W Europie, głównej arenie pucharów świata i pojedynczych zawodów w trakcie sezonu, o dobre warunki coraz trudniej. Normą jest oglądanie podczas corocznego Turnieju Czterech Skoczni białych plam zeskoków skoczni kontrastujących z zielonym tłem zboczy Alp. A mowa przecież o Austrii i Niemczech. W krajach nordyckich problemem są nagłe zmiany pogodowe. Cytowany przez „The Economist” Mikko Martikainen, światowej sławy fiński ekspert od sztucznego śniegu, zauważa, że jeszcze pod koniec ubiegłego wieku zima trwała tam nieprzerwanie od października do kwietnia. A teraz przebiega z przerwami, są okresy, gdy ciepły wiatr przegania chmury i topi śnieg, przez co prawie nigdy nie udaje się bezproblemowo rozegrać m.in. zawodów w skokach narciarskich w Ruce i Kuusamo. Liczby mówią same za siebie. Pomiędzy 1925 a 1950 r. średnia lutowa temperatura w miastach organizatorach zimowych igrzysk wzrosła o 0,4 st. W XXI w. było to już 6,1 st. Planeta się ociepla, naturalny śnieg będzie rzadkością. W konsekwencji to samo czeka sporty zimowe. Lada moment staną się drogą ekstrawagancją, zapewne też nieekologiczną. Z ideą sportu powszechnego nie będzie to miało nic wspólnego.

m.mazzini@tygodnikprzeglad.pl

Fot. Shutterstock

Wydanie: 14/2022

Kategorie: Ekologia

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy