Czas Arłukowicza to czas stracony

Czas Arłukowicza to czas stracony

Do swoich zasług zaliczył m.in. wprowadzenie rządowego programu zapłodnienia metodą in vitro, dzięki któremu urodziło się już ponad 2,1 tys. dzieci. I pakietu onkologicznego, z którego, jak skrzętnie wyliczył, skorzystało już ponad 122 tys. pacjentów. – 98% z nich otrzymało pełną diagnozę w oczekiwanym terminie, czyli w ciągu dziewięciu tygodni – podkreślił. Wspomniał również o przepisach gwarantujących kobietom poród bez bólu, które zaczęły obowiązywać już po jego odejściu (znieczulenie zewnątrzoponowe przy porodzie finansowane jest od początku lipca br.). – Przez ostatnie trzy i pół roku na listy refundacyjne wprowadzono ponad 4,4 tys. leków – kontynuował.

Pochwalił się korzystnymi dla pacjentów zmianami w podstawowej opiece zdrowotnej, polegającymi m.in. na wprowadzeniu pediatrów do podstawowej opieki zdrowotnej, a także „zwykłymi, codziennymi uproszczeniami”, np. takimi, że recepta może być ważna do 12 miesięcy i że pacjent może ją otrzymać w ramach tzw. wizyty receptowej, bez konieczności czekania w kolejce do specjalisty.

– Wprowadzamy elektroniczną receptę, elektroniczne zlecenie na wyroby medyczne, elektroniczną dokumentację medyczną, internetowe konto pacjenta, a także kartę ubezpieczenia zdrowotnego. Te wszystkie przepisy ujęte są w ustawie, która w tej chwili czeka na rozpatrzenie przez rząd. Zostaną one wprowadzone w życie na przełomie lat 2015 i 2016 – zapewnił Arłukowicz.

Zadania dla kolejnego ministra

Tego optymizmu nie podzielają jednak ani lekarze, którym przyszło realizować jego pomysły, ani eksperci na bieżąco śledzący zmiany zachodzące w systemie opieki zdrowotnej. A na sztandarowym projekcie, który miał skrócić kolejki do lekarzy specjalistów i poprawić skuteczność leczenia nowotworów w Polsce, nie zostawiają suchej nitki.

– Pakiet onkologiczny wprowadził chaos nie tylko w leczeniu onkologicznym, ale w całym systemie – mówi prezes Naczelnej Rady Lekarskiej Maciej Hamankiewicz. Według niego, zaproponowana przez rząd reforma leczenia onkologicznego od początku obarczona była podstawową wadą: nie przeznaczono na nią dodatkowych pieniędzy. Poza tym przeprowadzono ją bez konsultacji ze środowiskiem medycznym. – W rezultacie niezbędna jest rewizja przepisów wprowadzających tzw. pakiet onkologiczny, w tym likwidacja karty diagnostyki i leczenia onkologicznego – dodaje Maciej Hamankiewicz. Samorząd proponuje, by w jej miejsce wprowadzić adnotację „onkopilne” na skierowaniu dla pacjenta.

– Każdy, kto wdrażał jakiekolwiek zmiany, dobrze wie, że to kosztuje. Jeśli ktoś myśli, że zrobi to bezkosztowo, na pewno zrobi to wadliwie – wtóruje prezesowi NRL prof. Wiesław Jędrzejczak, kierownik Kliniki Hematologii, Onkologii i Chorób Wewnętrznych Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. Zgadza się również z postulatem likwidacji tzw. zielonej karty. – Jej wypełnienie zajmuje pół godziny – mówi prof. Jędrzejczak. I przypomina, że jakiś czas temu minister Arłukowicz chwalił się, że lekarze wypełnili już 50 tys. takich kart. – Co to oznacza? Że przez 25 tys. godzin lekarze, zamiast zajmować się leczeniem chorych, wypełniali karty diagnostyki i leczenia onkologicznego.

Poproszony o podsumowanie okresu urzędowania Bartosza Arłukowicza prof. Jędrzejczak mówi, że bez wątpienia jego największym sukcesem jest program in vitro. Rażących błędów nie zauważa, ponieważ – jak sam przyznaje – nie miał wobec Arłukowicza zbyt wielkich oczekiwań. – W świetle mojej wiedzy, jednym z warunków, żeby dr Arłukowicz został ministrem, było złożenie przez niego zapewnienia, że nie wystąpi o zwiększenie składki zdrowotnej. A skoro tak, to wiadomo było, że jego możliwości będą niesłychanie ograniczone – stwierdził w rozmowie z PRZEGLĄDEM.

Nie znaczy to jednak, że nie ma do Arłukowicza żadnych pretensji. Apelował przecież do niego o zniesienie absurdalnych rozwiązań dotyczących chorych na nowotwory krwi, które znalazły się w pakiecie onkologicznym. Domagał się m.in. uwzględnienia przewlekłych nowotworów mieloproliferacyjnych i kilku innych chorób, które w nim pominięto, a także likwidacji obowiązku udziału radioterapeuty w konsylium hematologicznym. Prof. Jędrzejczak nie ukrywa zresztą, że generalnie jest przeciwnikiem zwoływania konsyliów na początku leczenia. – One są potrzebne jedynie w odniesieniu do tzw. skomplikowanych przypadków, pacjentów, u których nie działa standardowe leczenie. Trzeba wówczas pogłówkować, co zrobić, żeby uratować im życie – tłumaczy.

Jak się okazuje, poza pakietem znalazło się też wiele procedur onkologicznych, takich jak podawanie preparatów krwi, wszczepianie portów naczyniowych czy leczenie żywieniowe. Ich koszty obciążają mocno uszczuplone budżety na leczenie chorych, którzy nie kwalifikują się do skorzystania z „szybkiej ścieżki diagnostyczno-terapeutycznej”.

Dyrektorzy tych szpitali, które zobowiązały się do realizacji pakietu onkologicznego, skarżą się, że po jego wejściu znacznie spadły u nich wyceny świadczeń – w chirurgii średnio o 5-7%, w chemioterapii i radioterapii o 20%. Konieczne stało się również zatrudnienie dodatkowego personelu – lekarzy, konsultantów, koordynatorów, osób zajmujących się obsługą skomplikowanych systemów informatycznych służących do rozliczania świadczeń z NFZ, co jeszcze bardziej zwiększyło wydatki. Jak to się ma do obietnic Arłukowicza, który mamił ich wizją przeznaczenia dodatkowych pieniędzy na onkologię?

Z kolei Krzysztof Łanda, prezes Fundacji Watch Health Care, w rozmowie z Newserią wypomniał Arłukowiczowi liczne zaniechania, m.in. w informatyzacji służby zdrowia. Według niego, zamiast wprowadzić wreszcie rejestr usług medycznych (RUM), w ministerstwie próbuje się stworzyć jakiś bardzo skomplikowany system i ciągle odwleka jego wprowadzenie. – Należałoby wydać wszystkim ubezpieczonym Polakom kartę RUM i natychmiast zobaczylibyśmy 10% oszczędności w systemie. Komuś musi bardzo zależeć, żeby RUM w Polsce jednak nie powstał – mówi Krzysztof Łanda.

– O tym, ile nierozwiązanych spraw pozostawił po sobie pan Arłukowicz, przekonuje się minister Zem­bala, do którego trafiły już pierwsze pisma z problemami wymagającymi pilnych rozwiązań – podkreśla Maciej Hamankiewicz.

Pewnie wkrótce przekonamy się, ile z tych problemów uda się rozwiązać ministrowi Zembali w czasie jego zaledwie czteromiesięcznego urzędowania w gmachu przy ul. Miodowej w Warszawie. Być może dowiemy się również, ile skrzętnie ukrywanych trupów wypadnie w tym czasie z szafy jego poprzednika.


Oszczędzanie na leczeniu raka

Na zlecenie Alivii – Fundacji Onkologicznej Osób Młodych powstał raport na temat dostępności innowacyjnych leków onkologicznych w Polsce. Obraz, jaki się z niego wyłania, jest zatrważający: z 30 najczęściej używanych nowoczes­nych leków, które wzięli pod lupę autorzy raportu, w Polsce bez żadnych ograniczeń refundowane są tylko dwa, a np. w Holandii wszystkie, we Włoszech 28, w Szwajcarii 25, a w Hiszpanii 24. Nawet Rumuni mają lepszy dostęp do nich, bo systemem refundacji objętych jest u nich 11 takich farmaceutyków. Niekorzystnym zjawiskiem jest również wyjątkowo długi – w porównaniu z innymi krajami UE – okres oczekiwania na refundację leku wprowadzonego do obrotu przez Europejską Agencję Leków. Na naszym rynku pojawia się on zwykle z dwuletnim opóźnieniem.

– W Polsce chorzy na raka leczeni są nieskutecznie – nie ma najmniejszych wątpliwości Bartosz Poliński, prezes Fundacji Alivia. – Na 100 chorych w Polsce tylko 46 przeżyje pięć lat od momentu postawienia diagnozy, co plasuje nasz kraj na jednej z ostatnich pozycji w Europie. Dystans dzielący nas od liderów jest ogromny – wskaźniki pięcioletnich przeżyć przekraczają u nich 60% – dodaje, powołując się na wyniki raportu.

Foto: Włodzimierz Wasyluk/REPORTER

Strony: 1 2 3

Wydanie: 29/2015

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy