Czas chaosu, czas walki

Czas chaosu, czas walki

Tymczasowość i niepewność to powszechne odczucia ludzi. Niektórzy tłumaczą je niepewnością wyniku wyborczego. To prawda, że wybory odbywające się w Polsce powodują zazwyczaj zamrożenie kilka miesięcy wcześniej wszystkich instytucji i oczekiwanie pracujących w nich urzędników na wyborcze rozstrzygnięcia. Oczekiwanie „nowego pana” tworzy epidemię konformizmu i wymusza konserwatyzm decyzyjny. A to z pewnością utrudnia funkcjonowanie życia zbiorowego.

Powszechnie odczuwany niepokój, nieprzewidywalność we wszystkich sferach życia i brak stabilizacji mają jednak głębsze przyczyny. Ryzyko niepewności politycznej jedynie wzmacnia poczucie dyskomfortu. Co więcej, nastrój ten – wbrew potocznym mniemaniom – nie dotyczy tylko Polski, ale obejmuje cały kontynent europejski oraz inne regiony świata.

Związany jest z niepewnością systemową. I nie chodzi tylko o kryzys finansowy, jaki rozlał się w 2008 r. i do tej pory trzyma wszystkich na muszce pistoletu, który nie wiadomo kiedy wystrzeli. To sprawa poważniejsza. Globalny kapitalizm zjada własny ogon, dławi się nim, nie może go przetrawić, co chwilę łyka środki przeciwbólowe i aplikuje sobie antydepresanty w różnych postaciach. A mimo to jego stan ogólny się nie poprawia. Niektórzy twierdzą, że to choroba nieuleczalna i tak naprawdę teraz obserwujemy tylko sztuczne utrzymywanie go przy życiu. Immanuel Wallerstein, światowej sławy socjolog, uważa, że nikt już nie jest w stanie uratować kapitalizmu: „Połączenie oszczędności, represji i poszukiwania szybkich pieniędzy jeszcze pogarsza sytuację na świecie. To wyjaśnia stale pogłębiający się impas, w jakim znajduje się system. Impas ten spowoduje coraz bardziej szalone fluktuacje, a zatem tym bardziej niewiarygodne prognozy krótkoterminowe – zarówno gospodarcze, jak i polityczne. To z kolei zwiększy jeszcze obawy społeczne oraz alienację”. Pytaniem właściwym nie jest: jak ratować obecny system, tylko: co może go zastąpić?

Zdaniem Wallersteina, upadek obecnej formy kapitalizmu rozpoczął się w latach 70. i 80. XX w. i czeka nas jeszcze co najmniej 25-30 lat chaosu, zanim ukształtują się nowe reguły i podstawy nowego systemu. A jaki wybór stoi przed ludzkością? Jedna możliwość nowej stabilizacji to system oparty na hierarchii i eksploatacji – czyli na regułach kapitalizmu, tyle że w jeszcze gorszej i bardziej opresyjnej formie. Drugi wybór to powstanie systemu względnie egalitarnego i względnie demokratycznego. To, w którą stronę rozwinie się sytuacja społeczna, jeszcze się nie rozstrzygnęło. Jak kończy swoje rozważania Wallerstein, „skoro końcowy rezultat jest nieprzewidywalny, mamy najwyżej szansę pół na pół otrzymania takiego systemu-świata, jaki preferujemy. Ale pół na pół to dużo, a nie mało”.
Końcowy rezultat, jak zwykle, zależy od ludzkich wyborów i wyniku walk społecznych między grupami sprzecznych interesów. O wszystkim nie decydują jakieś bezosobowe „prawa boskie” czy „prawa rynku”, ale ludzie i ich aktywność, jak twierdził Marks, ludzie co prawda nie wybierają sobie okoliczności, w jakich działają, ale to oni tworzą historię.

W takiej perspektywie polskie przepychanki polityczne są tylko drobnym elementem globalnej walki o kształt systemu społecznego. Bez względu na to, czy lewica znajdzie się w parlamencie, czy też nie, jeśli chce mieć wpływ na ramy porządku, w którym wszyscy będziemy żyć, musi zmienić swoją salonowo-gabinetowo-legalistyczną taktykę, która z założenia jest defensywna i zachowawcza, na strategię bardziej ofensywną. Ogólny kierunek egalitarno-demokratyczny musi wypełniać się szeroką listą żądań, oczekiwań i kampanii społecznych. Chcąc uprawiać skuteczną politykę, trzeba wyjść poza wąskie kręgi działaczy partyjnych i zacząć traktować przestrzeń polityczną nie tylko jako kolejną mniej lub bardziej istotną kampanię wyborczą, ale również narzędzie, które realnie może przekształcać warunki, w jakich przyszło nam żyć.

Czas przełomu i kryzysu strukturalnego ma to do siebie, że na tle panującej apatii, wycofania i chaosu nawet niewielkie grupy zdecydowanych środowisk mogą wpływać na bieg wydarzeń.

W takiej działalności nie da się obejść bez solidnych diagnoz, zaplecza intelektualnego, pracy edukacyjnej, działalności wydawniczej, obecności w kręgach pracowniczych, a także bez niesformalizowanych postaci walki politycznej: demonstracji, kampanii strajkowych, licznych i pogłębionych konferencji i seminariów, lokalnych inicjatyw obywatelskich, współpracy z ruchami protestu.

Jeżeli lewica chce być w Polsce poważnym aktorem politycznym, jej wejście do Sejmu powinno być początkiem takich działań – tylko obywatelskie zaplecze może dać jej realną siłę. Jej nieobecność w Sejmie powoduje, że chcąc przetrwać, jest wręcz skazana na ofensywną działalność oddolną. Tak czy siak – kończy się czas partyjnych aparatczyków, pozostaje przestrzeń dla odważnej walki politycznej.

Wydanie: 43/2015

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy