Czas na dobroć?

Czas na dobroć?

Sposób postrzegania jest zarazem sposobem niedostrzegania.
(Karol Modzelewski, „Barbarzyńska Europa”)

Jak wiadomo, dla mediów – zwłaszcza komercyjnych – zła nowina to nowina dobra, to znaczy opłacalna, zapewniająca większą oglądalność.
Dlaczego właściwie tak wielu ludzi chętnie dowiaduje się o katastrofach, walkach zbrojnych, potyczkach werbalnych, w tym najbrutalniejszych?
Informacjom o katastrofach często towarzyszy komentarz: „Na szczęście wśród ofiar nie ma Polaków!”. Czyżbyśmy w skrytości ducha doznawali satysfakcji, że nieszczęście dotknęło innych, a nie nas? Analogiczną przyjemność zaś sprawia widok, jak politycy sobie „dowalają”? Buch go w brzuch? Czy są to może atawistyczne odruchy, pozostałość po dziejach naszego gatunku, który dawno temu stał się najdrapieżniejszym ze zwierząt?
Te myśli przychodzą mi do głowy po świeżej lekturze książki Marcina Ryszkiewicza „Homo sapiens. Meandry ewolucji”.
O ile dobrze rozumiem, proces hominizacji rozpoczął się na dobre w momencie, gdy nasi afrykańscy praprzodkowie nie tylko zeszli z drzew, ale też z bezpiecznego, tropikalnego lasu przenieśli się na sawannę, co naraziło ich na liczne niebezpieczeństwa i zmusiło do zmiany diety z wegetariańskiej na padlino- i mięsożerność.
W takiej sytuacji szanse na przeżycie i wychowanie potomstwa miały osobniki najsilniejsze fizycznie, najsprawniejsze, najodważniejsze, najbardziej bezwzględne, ale też najbardziej pomysłowe: najpierw trzeba było wykorzystać kamienie jako broń obronną i nie tylko obronną, by – po jakże długim czasie – wynaleźć bombę atomową.
Tak to w skrócie i w uproszczeniu wygląda. Niektórzy – jak np. André Malraux – uważali lub uważają, że zapowiada się obecnie przełom kulturowy, jakim illo tempore było wystąpienie chrześcijaństwa.
Zresztą wydaje się, że program etyczny zawarty w Kazaniu na górze był prologiem tego przełomu. Wszak widząc w Bogu ojca wszystkich ludzi, prorok i wizjoner, jakim był Chrystus, w istocie zrównał wszystkich jako członków tej „boskiej” rodziny, a postulując miłość nieprzyjaciół – wykluczał wojny, które jawiły się jako bratobójstwo.
Historyczna postać Mesjasza obrosła heterogeniczną mitologią, a „umiłowanie nieprzyjaciół” w praktyce okazało się ciągiem wojen, także religijnych, pod hasłem „Bóg z nami”.
W mitologii rzymskokatolickiej do Trójcy Świętej dodano faktycznie czwartą Osobę – w naszym wydaniu Królową Korony Polskiej, patronkę m.in. zwycięstwa nad Szwedami, tak sugestywnie opisanego w naszej Narodowej Biblii, jaką jest „Trylogia” ze swym najatrakcyjniejszym bohaterem, Kmicicem w roli głównej.
O Boże, wielki Boże / Ty nie znasz nas, Polaków / I nie wiesz, czym być może / straż nasza u Twych znaków.
Ciekawe, kto jeszcze miałby z nami współdziałać w tym „strażowaniu”? Czy znalazłoby się miejsce dla parunastu innych grup chrześcijan Europy oraz innych kontynentów, w tym Ameryki Południowej, z której pochodzi papież Franciszek?
A to on właśnie, jego zachowania i wypowiedzi pobudziły mnie do zastanowienia się nad znaczeniem dobroci w życiu społecznym. Bo odnoszę wrażenie – oby nie złudne! – że papież Argentyńczyk jest jednym z niewielu naprawdę dobrych ludzi na stanowiskach przywódczych.
Kogo z naszych rodzimych VIP-ów można by określić tym słowem? Szczerze mówiąc, miałabym z ich wskazaniem niejakie trudności. Może ktoś z Czytelników mi podpowie?
W moim rozumieniu dobroć to otwarcie na innych ludzi, także naszych antagonistów, postawa współczująca, gotowość czynnego wspierania wszystkich tak czy inaczej skrzywdzonych i skazanych na różne rodzaje wykluczenia. Szczególnie najsłabszych.
Heroiczną formą dobroci w czasie okupacji nazistowskiej było schronienie współobywateli pochodzenia żydowskiego, za co w Polsce groziła śmierć nie tylko chroniącemu, ale i całej jego rodzinie, łącznie z dziećmi.
Jaką motywacją kierowali się tacy Sprawiedliwi? Jaka była konstrukcja ich mózgów, bo to mózg determinuje nasze zachowania?
W czasach pokoju nie jesteśmy wystawieni na takie próby, trudno jednak nie zauważyć, jak dalece nie od dziś walkę zbrojną zastępuje walka ekonomiczna, nie tak całkiem bezkrwawa. Badania prof. Marii Jarosz na temat posttransformacyjnych samobójstw ukazują najbardziej skrajne skutki tej aktualnej walki.
Gdy papież Franciszek apeluje o „Kościół ubogi i dla ubogich”, to wraca do początków chrześcijaństwa, do zasadniczego przesłania, w istocie bliskiego dążeniom prawdziwej lewicy. Przecież „jądrem gorejącym” lewicowości („serce po lewej stronie”) jest współczucie dla cierpiących z biedy, a także innych powodów. Przede wszystkim z biedy, która i w Polsce, i w całym „cywilizowanym” Pierwszym Świecie dotyka tak wielu, w tym dzieci.
Zafascynowani tak imponującymi sukcesami techniki, jakby nie dostrzegamy, że sama technika nie czyni nas lepszymi, to znaczy bardziej współczującymi i zdolnymi do bezinteresownej pomocy potrzebującym. A może przyszedł czas, że proces uczłowieczania przyspieszy, dzięki czemu liczba ludzi dobrych zwiększy się na tyle, że to oni zdominują nasz świat.
Taka nadzieja to tylko naiwne marzenie? Może i tak, ale czy można żyć i umierać bez marzeń…
1 sierpnia 2013 r.

Wydanie: 33/2013

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy