Czas sądu

Czas sądu

Losy nominacji do Sądu Najwyższego zdecydują o przyszłości amerykańskiej demokracji

W ostatnich latach jej osoba stała się jednym z najwyrazistszych symboli w amerykańskiej polityce. Choć miejsce w najważniejszej instytucji amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości zajęła już dawno, bo w 1993 r., polityczna reorientacja Stanów Zjednoczonych zmusiła ją do wyjścia na pierwszy plan tamtejszego konfliktu światopoglądowego. Gdy naród wybierał na prezydenta mizoginistycznego, seksistowskiego i pełnego nienawiści do mniejszości celebrytę, ona mimowolnie weszła w rolę jego ideologicznego przeciwieństwa. Dla wielu progresywnych, liberalnych Amerykanów była po odejściu z Białego Domu Baracka Obamy ostatnią postacią, która dawała nadzieję na poszerzenie praw obywatelskich w społeczeństwie. Niektórzy wielbili ją tak bardzo, że utrwalili jej wizerunek w popkulturze – na muralach, koszulkach, w memach czy grafikach masowo udostępnianych w mediach społecznościowych. Film dokumentalny o jej życiu i karierze prawniczej podbił festiwal w Sundance. Jej zdrowie i kondycja stały się obiektem zainteresowania całej amerykańskiej opozycji, do tego stopnia, że plan ćwiczeń przygotowany dla niej przez osobistego trenera z miejsca przerodził się w kanon dbania o formę fizyczną osób starszych.

Ruth Bader Ginsburg, bo o niej mowa, do niedawna samotnie trzymała pochodnię nadziei progresywnej Ameryki.

18 września 2020 r. Ginsburg przegrała walkę z przerzutami wywołanymi przez nowotwór trzustki, na który cierpiała od 2009 r. Jej śmierć miała nie tylko symboliczny charakter. Ci, którzy ją opłakiwali, płakali jednocześnie nad przyszłością Stanów Zjednoczonych. Odejście Ruth Bader Ginsburg oznacza bowiem zmiany w Sądzie Najwyższym – instytucji, która w praktyce ma największy wpływ na życie codzienne Amerykanów i w której zasiada się dożywotnio. Spod sędziowskich młotków jej dziewięcioosobowego składu wyszły najbardziej przełomowe politycznie i społecznie decyzje ostatnich dziesięcioleci, od likwidacji segregacji rasowej po legalizację małżeństw jednopłciowych. Amerykański Sąd Najwyższy jest w ustrojowej architekturze tego kraju dokładnie tym, co obiecuje jego nazwa – ciałem doprawdy najwyższym. Stoi ponad prezydentami, partiami, Kongresem i ideologią. Wyżej jest tylko konstytucja i idea prawa. Problem w tym, że ta ostatnia może być interpretowana na wiele sposobów. Od tego, kto owej interpretacji dokonuje, zależeć będzie przyszłość milionów. Od tego, kto tę osobę wybierze – przyszłość amerykańskiej demokracji.

Zgodnie z prawem kandydatów do Sądu Najwyższego wybiera prezydent, akceptuje ich Kongres. Obie te instytucje znajdują się obecnie w rękach Partii Republikańskiej. Choć demokraci mają większość w Izbie Reprezentantów, jakikolwiek ich sprzeciw wobec konserwatywnej kandydatury wskazanej przez Biały Dom zostanie stłamszony w Senacie, kontrolowanym już przez republikanów. W praktyce oznacza to, że kogokolwiek na miejsce Ruth Bader Ginsburg wskaże Donald Trump, osoba ta zostanie nowym sędzią Sądu Najwyższego. A ponieważ zmarła niedawno prawniczka była jedną z ostatnich liberalnych postaci w jego składzie, uzupełnienie go przez republikanów oznaczać będzie przewagę konserwatystów w stosunku 6:3.

Kwestią sporną jest w tej chwili nie to, czy im się uda, ale czy powinni w ogóle próbować. Wybory przecież lada moment. Jeśli wierzyć sondażom, za trzy miesiące Ameryka zaprzysięgać będzie nowego prezydenta – przewaga Joe Bidena nad Donaldem Trumpem osiąga już nawet 10 pkt proc. Czy w takim razie obecny główny lokator Białego Domu powinien mieć prawo wprowadzać do Sądu Najwyższego swojego kandydata, skoro legitymizacja jego rządów słabnie, a one same wkrótce mogą stać się przeszłością?

O to właśnie toczy się największa od lat awantura w amerykańskiej polityce. Kiedy bowiem Barack Obama pod koniec swojej drugiej kadencji chciał nominować liberalnego sędziego Merricka Garlanda za hiperkonserwatywnego Antonina Scalię, republikanie podnieśli raban. Uważali, że Obama łamie normy i zwyczaje amerykańskiej państwowości już przez samą próbę nominowania Garlanda. Lindsey Graham, jeden z najbardziej znanych republikańskich senatorów, argumentował wówczas, że w roku wyborczym kandydatów do Sądu Najwyższego w ogóle nie powinno się proponować. Przysięgał nawet publicznie, że zająłby to samo stanowisko, gdyby chodziło o nominata jego opcji politycznej: „Chcę, byście użyli moich własnych słów przeciwko mnie, gdyby do tego doszło”.

Jak widać, jedna kadencja prezydencka może zmienić czyjś punkt widzenia. Dzisiaj bowiem Graham, szef senackiej Komisji Sprawiedliwości, robi wszystko, by przepchnąć prezydenckiego kandydata jeszcze przed listopadowymi wyborami. Skonfrontowany z własną wypowiedzią przez dziennikarzy magazynu „Rolling Stone” wzruszył jedynie ramionami i powiedział, że demokraci zrobiliby to samo. W identycznym tonie wypowiadają się niemal wszyscy pozostali senatorowie republikanów. To kluczowe w kontekście parlamentarnej matematyki, bo tylko rozbicie republikańskiej większości w Senacie dałoby jakiekolwiek szanse na zablokowanie albo chociaż przesunięcie w czasie planu Trumpa i Grahama.

Ten pierwszy wybrał już zresztą swojego kandydata, a raczej kandydatkę. Jest nią Amy Coney Barrett, ultrakatolicka prawniczka, była protegowana wspomnianego Antonina Scalii. Podobnie jak jej dawny szef radykalnie sprzeciwia się aborcji, małżeństwom jednopłciowym, znana jest też z niechęci do legislacji federalnych i regulowania pracy przedsiębiorstw. Ten ostatni pogląd sprawia, że trudno będzie po niej się spodziewać przychylności wobec coraz częstszych pozwów wnoszonych przez aktywistów klimatycznych.

Przede wszystkim jednak Barrett jest tzw. oryginalistką. Oznacza to, że konstytucję Stanów Zjednoczonych interpretuje literalnie i w kontekście – również społecznym – czasów, w których powstawała, oraz pierwotnych intencji jej twórców. Taka postawa zabija wszelkie marzenia o progresywnych decyzjach sądu z nią w składzie. W XVIII w. nikt nie myślał przecież o zrównaniu praw białych i czarnych, mężczyzn i kobiet, o prawach dzieci czy zwierząt. Oryginalizm jest także niesamowicie ważny dla samego Trumpa, który liberalnych prawników nie lubi, nie ufa im i uważa za uprzywilejowaną kastę. Dlatego Barrett, matka siedmiorga dzieci, idolka amerykańskiego ruchu pro-life, jest jego kandydatką idealną. Trudno wyobrazić sobie kogoś bardziej odmiennego od Ruth Bader Ginsburg.

Co w praktyce będzie oznaczać jej wejście do Sądu Najwyższego? Dzięki niej miejsce w historii zyska sam Trump. Barrett byłaby już trzecim wskazanym przez niego sędzią, po zachowawczym Neilu Gorsuchu i kontrowersyjnym, oskarżanym o molestowanie Bretcie Kavanaugh. Więcej – czterech – miał tylko Richard Nixon. Skoro zaś konserwatywni sędziowie zyskają zdecydowaną większość w składzie sądu, nie tylko spadną szanse na kolejne przełomowe wyroki, jak chociażby ten z 2015 r., narzucający wszystkim stanom legalizację małżeństw jednopłciowych. Dużo bardziej niebezpieczna jest perspektywa odwrócenia niektórych tego typu decyzji.

Oryginaliści mogą próbować na nowo zdelegalizować aborcję czy prawnie sankcjonować ograniczanie praw wyborczych. Amerykańska historia zna takie przypadki. Kiedy w 1965 r. Sąd Najwyższy na fali przemian społecznych i ruchu praw obywatelskich likwidował wszystkie bariery stojące przed czarnoskórymi obywatelami próbującymi zarejestrować się do głosowania, optymiści wierzyli, że to ostateczny koniec wyborczej segregacji. W 2013 r., w kontrowersyjnej sprawie Hrabstwo Shelby przeciwko Holderowi, ten sam organ stwierdził jednak, że dwa podpunkty zalegalizowanej wówczas ustawy o prawach wyborczych są niezgodne z konstytucją, więc ograniczenia na Południu mogą wrócić. Tym samym pod względem porządku prawnego Ameryka cofnęła się o pół wieku.

W tym legislacyjnym mroku jest jednak światełko ideologicznej nadziei, parafrazując tytuł eseju Rebecki Solnit. Jak zauważa dr hab. Łukasz Korporowicz z Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Łódzkiego, poglądy sędziów Sądu Najwyższego często ewoluują w trakcie kadencji. „Przewodniczący Sądu Najwyższego, sędzia John Roberts, choć nominowany przez republikańskiego prezydenta George’a W. Busha, w ostatnich latach coraz częściej zbliża się do poglądów sędziów, którzy powołani zostali przez prezydentów z Partii Demokratycznej”, podkreśla Korporowicz. Pojawiają się też głosy niezadowolenia wśród republikanów. Przeciwko prezydenckiej nominacji przed wyborami opowiedziały się już dwie senatorki partii: Lisa Murkowski i Susan Collins. To wciąż za mało, by zatrzymać cały proces, ale wystarczająco dużo, by wyrazić sprzeciw. Od czegoś przecież trzeba zacząć.

Fot. Olivier Douliery/AFP/East News

Wydanie: 41/2020

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy