Czas swojaków – rozmowa z prof. Mirosławem Karwatem

Czas swojaków – rozmowa z prof. Mirosławem Karwatem

Czego brakuje w polskiej polityce i jakiej kampanii możemy się spodziewać? Prof. Mirosław Karwat,politolog, profesor Uniwersytetu Warszawskiego i Akademii Humanistycznej im. A. Gieysztora w Pułtusku, autor m.in. książek „Sztuka manipulacji politycznej”, „O perfidii”, „O złośliwej dyskredytacji. Manipulowanie wizerunkiem przeciwnika”. – „Politycy PiS cierpią na ciekawy syndrom. Swobodni i rozdyskutowani poza anteną, na widok czerwonego światełka oznaczającego włączenie kamery czy mikrofonu natychmiast przybierają zbolały wyraz twarzy, zmieniają ton głosu i demonstrują żałobę”, napisał Konrad Piasecki w felietonie na portalu Interia.pl. Tak ta kampania wygląda? – W dużej mierze. Zresztą to dotyczy wszystkich. Wszyscy politycy zachowują się nienaturalnie, kiedy mają coś powiedzieć… – Inaczej myślę, inaczej mówię? – Dlatego że większość partii w Polsce, nie tylko PiS, to partie wodzowskie, gdzie wszystko wisi na łasce i niełasce szefa, ewentualnie jego najbliższych zauszników. I największe bitwy toczą się wokół szefa, wśród zauszników – kto będzie numerem 2, kto będzie uchem, kto będzie odźwiernym… Nie lekceważmy tej funkcji, odźwierny to bardzo ważna postać, ten kto wpuszcza i spuszcza… To wszystko sprawia, że ci ludzie cały czas zachowują się jak doświadczony kierowca, który patrzy przed siebie, ale nie zapomina, żeby zerknąć w lusterko wsteczne, w lusterko boczne, co tam za plecami się dzieje. – I to jest dla nich najważniejsze… – Stąd wynika bardzo duży współczynnik konformizmu, zachowań dworskich. I fałszu, bo to są deklaracje na pokaz. Ale takie zachowania to nie tylko rezultat mechanizmów politycznych. Po prostu my wszyscy tak się zachowujemy w życiu. Nieoficjalnie jesteśmy rozluźnieni, chwile szczerości nam się zdarzą, natomiast jakiekolwiek sytuacje, w których trzeba podjąć decyzję albo reprezentować kogoś, sprawiają, że natychmiast wskakujemy w uniform. Swojak dla swoich – Takie są wspomnienia o Lechu Kaczyńskim. Wręcz rozbrajające. Że to był ciepły człowiek, który godzinami siedział przy winku i gaworzył ze współpracownikami. A widzieliśmy go jako sztywniaka. – Te opowieści są całkiem prawdopodobne, to naprawdę mógł być człowiek pełen uroku osobistego, tylko żadne wspomnienia i sentymenty nie zmienią innego faktu – że jeśli taki był, to tylko dla swoich. I tutaj dotykamy innej cechy polskiej polityki – swojactwa. To jest mentalność żywcem przeniesiona ze stosunków mikrospołecznych, gdzieś ze wsi, małych miasteczek, gdzie obowiązuje kumoterska zasada organizacji. Kto z kim jest w układzie, kto z kim jest blisko, kto komu co zawdzięcza i musi się zrewanżować, kto komu się przyda, a kto zawraca głowę, bo i tak z niego nie ma żadnego pożytku, bo nic nie załatwi. – To są kryteria podziałów w Polsce? Oni – to sitwa, a my – trzymamy się razem? – Mają one dwojaki charakter. Po pierwsze, są to więzi przyjaźni, koleżeństwa, nawiązane w młodości, dzieciństwie, na zasadzie kto z kim chodził do szkoły, grał w piłkę na boisku. Do tego dochodzi kryterium instrumentalne. Z kim załatwia się interesy, kto może pomóc, wykonać telefon… Tą mentalnością jesteśmy zarażeni wszyscy. Najlepiej widać to w mikroskali, tak działają samorządy, tak działa administracja gminna, powiatowa. Od wieków nieomal wiadomo, że w Polsce niczego się nie załatwi formalnie, zgodnie z procedurami. Trzeba być znajomym, znajomym znajomego… To jest kraj o mentalności kumoterskiej, niekiedy wręcz cwaniackiej… – Nikt tego nie zniósł. A ci, którzy szli do władzy pod hasłami odnowienia, przecięcia starych układów, sami bardzo szybko tworzyli nowe. Jeszcze bardziej hermetyczne. Piłsudczycy przed wojną, komuniści po wojnie, potem „Solidarność”, potem SLD, potem PiS… I tak w koło. – A przeciętny człowiek śmieje się i powtarza starą jak świat anegdotę o stoliku do brydża, przy którym zasiada czwórka – lokalny kacyk partyjny, ksiądz proboszcz, prokurator i wójt. Czas strzelających sierżantów – Czym obecna kampania wyborcza różni się od poprzednich? – Na razie różni się inercją. I nie wiem, czy zdąży się rozkręcić. Być może nie będzie tak agresywna jak poprzednie. Z drugiej strony nie zdziwiłbym się, gdyby tuż przed ciszą wyborczą ktoś wyciął numer, rzucił na stół kolejną teczkę, rozpętał jakąś aferę. Bo stawka jest wysoka. – Zwłaszcza dla PiS. – U polityków PiS widać dużą samokontrolę, uważają, żeby nie popełnić błędu, głupstwa. Ale też widać, że rośnie w nich nadzieja sukcesu, już widzą go na horyzoncie. I boją się syndromu znanego

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2010, 21/2010

Kategorie: Wywiady