Człowiek ze sztuki

Człowiek ze sztuki

Ostatni raz widziałem go kilka miesięcy temu. Zmieniony i niezmieniony, świetny w wieku 90 lat. Jak zawsze pełen pasji, zainteresowany wszystkim, ciągle zapisujący coś w myślach i w notesie. Przez więcej niż pół wieku filmy Andrzeja Wajdy kształtowały naszą świadomość zbiorową. Był gorącym patriotą, nigdy nacjonalistą. Nikt nie mierzył się w sztuce tak wytrwale i heroicznie z polskim losem jak on. Ostatni polski romantyk. Był nie tylko wybitnym reżyserem, bardzo polskim, w najlepszym sensie tego słowa, ale też świetnie myślał i mówił. Nie wszystkie jego filmy są udane, ale tak bywa z filmami – najlepsi reżyserzy ponoszą czasami porażkę. Film to dzieło zbiorowe, musi w nie wstąpić duch sztuki, a niekiedy czas jest bezduszny.

Spotykałem się z Wajdą kilkadziesiąt razy w różnym czasie i w rozmaitych okolicznościach. Czasami dramatycznych. W nocy w przeddzień stanu wojennego odwiedził region Mazowsze Solidarności, gdzie wtedy pracowałem. Było pusto, Zbyszek Bujak był już w Gdańsku, trwała tam narada przywódców związku. Wajda był bardzo zdenerwowany, wściekły, to było po ataku sił specjalnych na szkołę pożarniczą. Nie wątpił, że zaatakują Solidarność. Chciał ostrzec, pewien, że oni to zrobią. Nie miałem kontaktu z Bujakiem, poza tym byłem pewien, że Wajda się myli. Pamiętam, jak odprowadziłem go do drzwi, stała w nich mroźna noc. Mówię mu: „Nie mogą tego zrobić, nie będą zdobywać wszystkich fabryk”. Wajda na to: „Jak zdobędą kilka, to wszyscy zrobią tak” – i podniósł ręce do góry. Świetnie pamiętam wyraz jego twarzy, jakbym mu zrobił wtedy fotografię. Pomyślałem, jak słabi są artyści, nasi robotnicy nie poddadzą się. Byłem naiwny. Kiedy dwa dni potem krążyłem po śnieżnej stolicy, budząc ludzi, często zastając skaleczone łomem drzwi mieszkań, mijałem dom Wajdów na Żoliborzu. Czułem wtedy, że jestem wysłannikiem diabła i niosę piekielną nowinę. Kusiło mnie, by obudzić reżysera, słyszałem podszept: „nakręć” z Wajdą dramatyczną scenę. Byłem wtedy pewien, że to inwazja sowiecka, poprzedzona atakiem SB.

W naszej pamięci o ludziach zostają małe scenki, wyraźne jak nakręcone kamerą, które dotyczą często spraw błahych.

W Szwecji pod Göteborgiem festiwal filmów Wajdy, rok 1993. Byłem tam z reżyserem. Fiordy, listopad, okrutnie ponuro. On staje w oknie, patrzy i mówi: „Nic, tylko się powiesić”. W Sztokholmie, w teatrze dramatycznym Wajda wystawiał sztukę Strindberga. Stoimy naprzeciw pozłacanego wejścia do teatru, opowiada mi, że przed chwilą widział drzwi gabinetu z tabliczką: Ingmar Bergman.

*

Jestem w żoliborskiej wilii Wajdów. Przywiozłem tam Czesława Miłosza. Wajda bierze go na bok i naradza się, jak zrobić film „Pan Tadeusz”. Słyszę, że Miłosz jest bardzo sceptyczny. Andrzej był jak zawsze niezwykle uważny, pracowicie jak pszczoła zbierał pyłek od wszystkich do swoich dzieł. Dał mi swój pierwszy pomysł na „Pana Tadeusza”. Wyjął z poematu tylko jeden wątek – „ostatniego zajazdu”. Nie podobało mi się to. Przyjmował dobrze krytykę. Brał poważnie każdy głos.

*

Rok 1983, kościół w niewielkim mieście. Stoimy przy ołtarzu, ja prowadzę spotkanie. Są Krystyna i Andrzej Wajdowie, zawsze nierozłączni. Mówią o tym, co nas wszystkich wtedy bolało. Tłum ludzi. W otwartych drzwiach widać łąki, wzgórza i drzewa. Jak w oknie na renesansowych obrazach.

*

To było niezwykłe małżeństwo. On był oparty o nią. Ona o niego. On bardziej o nią. W czasie wojny on był w AK, ona brała udział w powstaniu warszawskim, była sanitariuszką. Miała w pamięci wiele strasznych obrazów, dlatego tak trudno było jej uwierzyć w kolorowe i wyidealizowane filmy o powstaniu i tak ją gniewała bezkrytyczna forma mitu, jaką tworzy PiS. „Kanał”, jak sam Wajda twierdził, był jedynym prawdziwym filmem o powstaniu. Powiedział mi to niedawno. Oboje śmiertelnie bali się Polski narodowo-katolickiej i niestety doczekali jej triumfu. Prawica uważała Wajdę zawsze za wroga. Słusznie. Dlatego nazajutrz po jego śmierci „Wiadomości” jako pierwszy materiał dały informację o zakupie nowych helikopterów. Nawet z okazji takiego lotniczego tematu kłamali i insynuowali. Dopiero po kwadransie wiadomość o śmierci artysty. I tak cud, że nie wylali na zmarłego kubła pomyj. Oczywiście mają już swoich ludzi do wszystkiego – mówili o reżyserze reżimowa aktorka i reżimowy krytyk. To jest tzw. wymiana elit.

Maria Janion też ma 90 lat. I otwarty, krytyczny umysł. Napisała o polskim stanie rzeczy: „Mesjanizm, a już zwłaszcza państwowo-klerykalna jego wersja, jest przekleństwem, zgubą dla Polski. (…) Naród, który nie umie istnieć bez cierpienia, musi sam sobie je zadawać”. To także: „sadystyczne fantazje o zmuszaniu kobiet do rodzenia półmartwych dzieci, rycie w grobach ofiar katastrofy lotniczej”.

Wydanie: 42/2016

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy