Jestem człowiekiem dwóch narodów

Jestem człowiekiem dwóch narodów

Nie wypowiadam się na temat Jedwabnego i podobnych wydarzeń. Moje doświadczenia po prostu są inne

Ks. infułat Grzegorz Pawłowski (Jakub Hersz Griner) – katolicki duchowny ocalały w Polsce z Holokaustu i mieszkający od 1970 r. w Izraelu

Po nowelizacji w styczniu 2018 r. ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej relacje między Izraelem a Polską wyraźnie się pogorszyły. Wprawdzie później zostały wprowadzone zmiany w tym dokumencie, ale czy podczas pracy duszpasterskiej w kościele św. Piotra w Jafie doświadczył ksiądz skutków tych napięć politycznych?
– Nie o wszystkim wiem i zapewne już nigdy się nie dowiem. Zresztą nie sięgam tak wysoko, koncentruję się na codziennych obowiązkach. Zapewniam, że przy każdej okazji daję jak najlepsze świadectwo o Polsce i o Polakach. Temu służyć będzie również moja nowa książka „Ocaleni z Zagłady”. Znajdzie się w niej kilkanaście dość obszernych wywiadów. Ich wymowa będzie zupełnie inna od tez znanych chociażby z opracowań prof. Tomasza Grossa. To jego prawda. Ja nie wypowiadam się na temat Jedwabnego i podobnych wydarzeń. Moje doświadczenia po prostu są inne. Bóg sprawił, że stałem się człowiekiem dwóch narodowości, czyli człowiekiem wzbogaconym. Dlatego zawsze zależy mi na budowaniu więzi, a nie ich burzeniu.

Dramatyczne losy księdza znają tylko nieliczni. Jednak musimy je przypomnieć, chociaż wiem, że to rozdrapywanie ran.
– Jestem dzieckiem i sierotą Holokaustu. Miałem raptem osiem lat, kiedy wybuchła II wojna światowa. Nazywałem się wówczas Jakub Hersz Griner i wraz z rodziną mieszkałem w Zamościu. Początkowo weszły tam wojska radzieckie, ale niebawem zastąpiły je niemieckie. Mój starszy brat Chaim zdążył się wycofać z Sowietami. Wkrótce zaczął się prawdziwy koszmar. Najpierw zginął ojciec, a ja z mamą i dwiema siostrami zostałem przesiedlony do getta w pobliskiej Izbicy. Podczas jego likwidacji cudem uniknąłem śmierci, chowając się w piwnicy. Nieco później dowiedziałem się, że około tysiąca miejscowych Żydów hitlerowcy przetrzymywali ponad tydzień w remizie strażackiej, a następnie wyprowadzali i rozstrzeliwali na cmentarzu. Tam zakończyli życie moi najbliżsi.

A co działo się z księdzem? Polska była przecież jedynym krajem w Europie, gdzie za pomoc Żydom karano śmiercią całe rodziny. Najbardziej znanym przykładem jest rozstrzelanie małżeństwa Ulmów oraz ich sześciorga dzieci w Markowej pod Łańcutem.
– Równie dramatycznych historii było dużo więcej. Ja mogę jednak mówić o szczęściu. W Zamościu pomagali mi m.in. Anastazja i Józef Ptaszkowie oraz Anna i Marcin Dubielowie. Później przemieszczałem się między wioskami, pasałem krowy. Jednak każdy dłuższy pobyt groził dekonspiracją, ludzie bali się przyjąć mnie na stałe. Szukając szansy ratunku, nauczyłem się pacierza, robienia znaku krzyża. Ba, dostałem nawet metrykę chrztu. Dzięki temu parokrotnie uniknąłem śmierci. Po wojnie trafiłem do sierocińca w Tomaszowie Lubelskim. Podczas przygotowań do komunii świętej wyznałem ks. Wacławowi Kosmali, że nie jestem ochrzczony. Dzięki niemu stałem się chrześcijaninem, zostałem nawet ministrantem.

Później znalazłem się w Lublinie. W szacownym liceum im. Stanisława Staszica uczyłem się w szczytowym okresie stalinowskim. Na jednej z organizowanych wtedy regularnie masówek wystąpiłem w obronie brutalnie atakowanego Kościoła. W efekcie otrzymałem rodzaj wilczego biletu. Prowadząca dom dziecka w Puławach s. Klara Staszczak dowiedziała się w kuratorium o moich kłopotach i postanowiła mnie zabrać. Niestety, w gimnazjum im. Czartoryskiego historia się powtórzyła. Bezpieka zagroziła, że jeśli nie będę donosił, mogę zapomnieć o maturze. Oczywiście odmówiłem, ale jakoś zdałem egzamin dojrzałości. Niebawem poczułem powołanie i w 1952 r. wstąpiłem do seminarium, a po sześciu latach zostałem wyświęcony na księdza. Ponieważ nie miałem własnego domu, siostry benedyktynki uszyły mi sutannę, prały bieliznę, wreszcie urządziły uroczystą prymicję… Dostałem błogosławieństwo, prowadzono mnie pod baldachimem do kościoła.

Czy tragiczne przeżycia wojenne nie zachwiały nigdy księdza wiarą?
– Ta trauma nadal jest w mojej głowie i w moim sercu. Tak pozostanie już do końca. Jednak w żadnym stopniu nie decydowała o wyborze drogi życiowej. Po latach – bodaj jako jedyny na świecie Żyd – otrzymałem od Stolicy Apostolskiej tytuł infułata.

Kiedy podjął ksiądz decyzję o wyjeździe na stałe do Izraela?
– Mnie tu było dobrze, nikt mi nie dokuczał. Jednak ciągle odczuwałem pewien dyskomfort. Przecież prawie nikt nie wiedział, że ksiądz katolicki jest dzieckiem żydowskim. W 1966 r., z okazji Milenium, postanowiłem wszystko ujawnić i napisałem obszerny artykuł o swoim życiu do „Tygodnika Powszechnego”. Wprawdzie ten pomysł nie wszystkim się spodobał, ale los sprawił, że gazeta trafiła też do mieszkającego w Izraelu mojego brata. To przesądziło sprawę. Jeszcze przed wyjazdem postawiłem pomnik z głazów polodowcowych na grobie mamy i sióstr w Izbicy. Zamiast krzyża jest tam kosz z bochenkami chleba i rybami. To symbol chrześcijaństwa. Za zgodą rabina przygotowałem tam również miejsce dla siebie, z napisem po polsku i hebrajsku: „Opuściłem najbliższych w obliczu ich zagłady, aby ratować swe życie. Oddałem je w służbie Bogu i ludziom, powróciłem na miejsce ich męczeńskiej śmierci”.

W Jafie nigdy nie dawano księdzu odczuć, że z racji sutanny i koloratki jest jakby obcy?
– Skądże. Po przyjeździe do Izraela miałem już za sobą ponad 10 lat pracy duszpasterskiej. Idąc na uroczystości żydowskie, nakładałem jarmułkę, a bywało, że następnego dnia udzielałem ślubu katolickiego. Jednak nikt nie posądzał mnie o koniunkturalizm. Niekiedy jeździłem motocyklem do różnych miejscowości uczyć religii. Przez moje mieszkanie przewijało się bardzo wielu Polaków – pomagałem bezdomnym, poszukującym pracy… Na zorganizowaną po raz pierwszy Wigilię z naszymi tradycyjnymi daniami przybyło bodaj 230 osób, sam przebierałem się za Mikołaja i dawałem podarunki. Ksiądz jest od tego, by kochać swoje owieczki. Nigdy nie powiedziałem złego słowa o Polakach, którzy przecież uratowali mi życie. Prawdopodobnie głównie z powodu takiej działalności otrzymałem w 2012 r. tytuł Honorowego Obywatela Puław, a wiosną 2018 r. takie samo wyróżnienie odebrałem od Rady Miasta Lublina – głównie dzięki staraniom władz KUL oraz bp. Mieczysława Cisły. Sam nigdy o to nie zabiegałem, lecz nie mogłem przecież odmówić.

Ksiądz jest także znany z twórczości poetyckiej. Jednak słyszałem, że wiersze zaczął ksiądz pisać dopiero po ukończeniu 80 lat. Dlaczego tak późno?
– To trochę nie tak. Niemal przez całe życie tworzyłem przy różnych okazjach rymowanki. Natomiast pierwszą książkę wydałem wkrótce po nagłej śmierci abp. Józefa Życińskiego, którego ogromnie szanowałem i który również był mi bardzo życzliwy. Wspomnienia zatytułowałem „Sługa Mesjasza”. Miałem też odczyt na KUL, cały wierszowany. Od razu dodam, że nie przyjeżdżam do Polski w celach turystycznych. To są przede wszystkim powroty do źródeł. Niestety, coraz częściej odwiedzam groby dawnych przyjaciół i kolegów. Nie ukrywam, że szczególny sentyment mam do Puław, gdzie się wychowywałem. To moje miasto, a zmarła w 1991 r. s. Klara Staszczak nadal pozostaje moją matką. Wprawdzie nie biologiczną, ale tą, która wprowadzała mnie w dorosłe życie, udzielała błogosławieństwa podczas mszy prymicyjnej. Jej duch unosi się także w tym pięknym specjalnym ośrodku wychowawczym przy ul. Kowalskiego. Siostry długo zabiegały o ten teren, starały się o środki z Unii Europejskiej. Efekty przeszły najśmielsze oczekiwania. Tu doładowuję swój osobisty „akumulator”, tu umacniam swoją wiarę. Natomiast dawny ośrodek, w którym spędziłem młodzieńcze lata, został już sprzedany i zburzony. Pozostała tylko dziura w ziemi. Jakoś nie miałem odwagi tam pójść.

Obecny pobyt księdza w Polsce ma szczególny charakter.
– Rzeczywiście. Właśnie obchodzę 60-lecie kapłaństwa i objeżdżałem wszystkie parafie, w których pracowałem. Byłem w Żółkiewce, Bobach, Chodlu, Kurowie, Abramowicach… Kiedyś zostawiłem tam dużo serca i zapału. Wprawdzie minęło już tyle czasu, ale wielu ludzi wciąż mnie pamięta. Przynosili zdjęcia, przypominali różne wydarzenia oraz uroczystości rodzinne. Spotkałem się np. z małżeństwem, któremu udzielałem pierwszego po wyświęceniu ślubu. Jednak to już ostatnie odwiedziny. Czas płynie nieubłaganie i kolejnego tego typu jubileuszu nie będzie…

Fot. Janusz Michałek

Wydanie: 5/2019

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy