Socjologia jako powieść

Socjologia jako powieść

Wygnanie jest kluczowym doświadczeniem życia Baumana, jak i chyba kluczem interpretacyjnym do jego twórczości

Artur Domosławski – autor „Wygnańca. 21 scen z życia Zygmunta Baumana”

Kiedy znalazłeś tytuł „Wygnaniec”? Podejmując decyzję o pisaniu, podpisując umowę, stawiając ostatnią kropkę?
– Tytuły wszystkich moich książek pojawiają się na początku. Tak się złożyło. Możliwe, że wymyślony tytuł porusza jakąś strunę, być może muszę to wiedzieć zawczasu. To dla mnie samego tajemnica. Tytuł „Wygnaniec” był chyba, zanim podjąłem w ogóle decyzję o pisaniu – na zasadzie: gdybym pisał, to taki właśnie byłby tytuł.
Bauman pojawił się na moim horyzoncie, kiedy zacząłem się interesować ruchem alterglobalistycznym. To był przełom lat 90. XX w. i pierwszych lat XXI w. Najpierw przeczytałem „Globalizację”, która bardzo współgrała z tym, co słyszałem w brazylijskim Porto Alegre. Tam Bauman jeszcze nie był znany, guru byli Noam Chomsky, Naomi Klein. Poznaliśmy się mejlowo, on do mnie napisał. Osobiście spotkaliśmy się w 2006 r., kiedy jedno z wydawnictw zaproponowało, żebyśmy zrobili wywiad rzekę o jego życiu. Bauman z entuzjazmem się zgodził, ale potem zapał do tego pomysłu mu przeszedł. Chorowała jego żona Janina. Był to też moment, kiedy ostro atakowano go w Polsce. Może stracił chęć do opowieści o swoim życiu w sytuacji, która mogła wyglądać jak tłumaczenie się?

Nie chciał stawać na z góry wyznaczonym inkwizytorsko-ipeenowskim polu?
– Tak. Zaczyn tamtej książki-rozmowy powstał mejlowo, w drugim etapie mieliśmy rozmawiać na żywo, w Leeds. Poznałem spory kawał jego życia, udostępnił mi swoje niepublikowane wspomnienia, które spisywał dla córek. Ale nie dokończyliśmy. Zdobyta wiedza nie poszła na marne, dojrzewała. Zdecydowałem się, że chcę opowiedzieć o nim, kiedy w 2018 r. zniszczono mural z jego podobizną przy Dworcu Gdańskim. Dotarło do mnie, że jego książki są wprawdzie obecne, ale to, co opowiadał o świecie, jest słabo słyszalne. I że stała mu się tu jakaś ogromna krzywda, na której zresztą myśmy stracili więcej niż on… Polska ponownie go wygnała.
Wiedziałem więc od początku, że tytułem będzie „Wygnaniec”. A wygnańcem Bauman był zarówno fizycznie, bo kilkakrotnie wypędzano go z miejsc, w których żył, jak i wewnętrznie – był człowiekiem, który nie chciał przynależeć do żadnej sitwy, koterii, kimś, kto nie pasował. Są takie rozważania na ten temat w „Płynnej nowoczesności” – o tym, co to znaczy być wygnańcem, i o tym, że wygnaniec ma szczególną pozycję wobec wspólnoty, czy to własnej – jeśli jest wygnańcem wewnętrznym – czy wobec nowej, do której przybywa.

Na ile słowo wygnaniec opisuje nie tylko, jak żył, ale i czego dokonał?
– Opisuje go w każdym z trzech społeczeństw, w których mieszkał – w Polsce, Izraelu i Wielkiej Brytanii. W żadnym z tych krajów nie pasował do tego, co się nazywa głównym nurtem, do czegoś, co jeden z jego ulubionych myślicieli, Antonio Gramsci, definiował jako hegemonię dyskursu. W Polsce po roku ‘89, kiedy słowa socjalizm i sprawiedliwe społeczeństwo właściwie wypędzono.

W ogóle lewicowość…
– Lewicowość była i jest przepędzonym duchem. Nie chciano słuchać, gdy Bauman mówił krytycznie o modelu transformacji, który znał z Wielkiej Brytanii Margaret Thatcher, czyli kierunku zmian, w którym rola państwa jest coraz mniejsza, a o wszystkim ma decydować rynek. W dyskursie, który narodził się w Wielkiej Brytanii i USA w latach 80., a który przejęliśmy w Polsce po ‘89 r., surowy pracodawca, nawet wyzyskiwacz, stawał się „człowiekiem rzutkim i przedsiębiorczym”, a człowiek przegrany, wymagający wsparcia „leniem” i „nieudacznikiem”. Bauman krytykę kapitalizmu prowadzi zazwyczaj w języku sporów cywilizacyjnych. Rzadziej formułuje ją w kategoriach społeczno-ekonomicznych, ale potrafi powołać się i na Marksa, i na Różę Luksemburg. Częściej mówi o kulturze ponowoczesności, w której nie ma horyzontu utopii lepszego społeczeństwa, w której godzimy się z niedoskonałościami świata: świat jest, jaki jest, lepszego nie będzie; każdy sobie sterem, żeglarzem, okrętem. Ale on oczywiście nie zgadza się z takim światem, uważa, że stać nas na więcej.
Wcześniej wewnętrznym wygnańcem był również w Izraelu przełomu lat 60. i 70, kiedy triumfy święcił nacjonalizm. A ponieważ był już wielokrotną ofiarą polskiego nacjonalizmu – i tego z lat 30., i gomułkowsko-moczarowskiego – to w nacjonalistycznej aurze nowej ojczyzny nie czuł się na swoim miejscu. W czasie krótkiego, trzyletniego pobytu tamże angażował się w ruchy nowolewicowe, a potem wyjechał. Jego późniejsze książki ukazują się w Izraelu z oporami. „Nowoczesność i Zagłada” z 1989 r. wychodzi tam chyba dopiero w 2013 r.
Trzeci kraj wewnętrznego wygnania to Wielka Brytania. Jest tam wprawdzie uznanym socjologiem, ale znajduje się poza głównym nurtem dyskusji politycznych. W kraju Thatcher i później Tony’ego Blaira, gdy lewica przejmuje dyskurs neoliberalny, Bauman jest zbyt lewicowy, by mieć wpływ. Nie do końca też mieści się w kulturze brytyjskiej akademii. Kultura uniwersytecka Wielkiej Brytanii nie lubi wielkich narracji, nie lubi filozofii kontynentalnej, teorii, jest pragmatyczna i pozytywistyczna. Bauman zatem właściwie w każdym miejscu jest swego rodzaju wygnańcem.
Także wygnańcem ze swojej dziedziny nauki. Wielu tzw. poważnych socjologów nie uważa go za naukowca, gdyż prowadzi on refleksję interdyscyplinarną, przekracza granice dyscyplin, opisuje całość doświadczenia człowieka, nie dzieli go na osobne aspekty dla psychologii, socjologii, antropologii, filozofii itd. Wygnanie jest więc kluczowym doświadczeniem życia Baumana, jak i chyba kluczem interpretacyjnym do jego twórczości.

Ale kiedy myślisz o Baumanie jako o człowieku, o tym, co zrobił i co w jego życiu się wydarzyło, jakie jeszcze pojawiają się słowa?
– Człowiek, który nie przynależał… Taki jest zresztą tytuł jednego z małych eseistycznych rozdziałów.

Zastanawiałem się nad słowem żołnierz. Bauman paradoksalnie wypełnił taki wzorcowy ideał polskiego bohatera, czyli żołnierza, który ryzykuje własnym życiem i płaci krwią, walcząc za ojczyznę. Pod Kołobrzegiem, kiedy został ranny – mógł zginąć i pozostać nikomu nieznanym frontowym 18-latkiem poległym w drodze na Berlin.
– I ktoś taki w Polsce, w której panuje kult oręża, walk na polach bitewnych, powstań, jest wykluczany z polskości. Bo widzą w nim komunistę, stalinowca, Żyda… A może chodzi o to, że nad Wisłą nie daruje się sukcesu odniesionego za granicą?

Wróćmy jednak do figury żołnierza. Żołnierz to ktoś, kto podporządkowuje siebie pewnej wspólnocie, służy wspólnocie, uważa, że jest ważniejsza niż ta thatcherowska, neoliberalna jednostka, czyli kariera, wysiłek, sukces. I z każdej z tych wspólnot go wyrzucają. Nie chcą.
– To bardzo ciekawy trop. Dla niego ważniejszym pojęciem było sprawiedliwe społeczeństwo, a nie prawa człowieka. Częściej akcentował wymiar wspólnotowy naszego życia. Nie dlatego, że prawa jednostki były dla niego nieważne, lecz dlatego, że w jego myśleniu o wspólnocie te prawa człowieka, o których dzisiaj najczęściej się mówi, czyli indywidualne, polityczne, byłyby zagwarantowane, a na dodatek rozszerzone o prawa ekonomiczne.
Z żołnierza pozostała mu jakaś niezwykła dzielność. Kiedy w ostatnich latach wściekle atakowali go nacjonaliści, mógł w zasadzie powiedzieć, że nie chce tych spotkań, że nie chce znowu doświadczać agresji, wyzwisk… A jednak stawiał temu czoła, mimo że był kruchy, mimo że to musiało być strasznie przykre, otwierało stare rany, nie do końca zasklepione. Przeżywał to jak drugi Marzec ‘68. Wstrząsające było też to, że nie było w Polsce środowiska, które by go broniło. Na przykład gdy macierzysty Uniwersytet Warszawski odmówił mu odnowienia doktoratu – to było niezwykle dołujące przeżycie. Znowu został wygnańcem – tym razem ze swojej uczelni. Nie pasował ze swoją biografią, a jego sukces budził zawiść.

Patrzysz na Baumana bez antykomunistycznych okularów i wkładasz reporterski wysiłek w pokazanie go w realnym kontekście, który dzisiaj trzeba z niemal archeologiczną pieczołowitością odkopywać, bo klisze antykomunizmu zasłoniły cały obraz. Wykonałeś robotę reportera sapera, rozminowujesz pole, na którym są miny pułapki. 30 lat wolnej Polski to było zaminowywanie antykomunizmem pewnej intelektualnej przestrzeni historycznej. To był, i jest, wysiłek instytucjonalny, zorganizowany, opłacony przez państwo – wspomagany przez zastępy ochotniczych rezerw historycznych.
– Uświadomiłem sobie, że nie mamy języka do opowiadania historii takich jak historia Baumana. Spotkałem się z ludźmi nawet bardzo Baumanowi życzliwymi, którzy byli z nim zaprzyjaźnieni, i oni potrafili powiedzieć: no tak, ale współpracował z tą Informacją Wojskową, która – dodajmy – rzeczywiście robiła okropne rzeczy – i wrogom, i swoim… A ja zadałem prościutkie pytanie: w jakim momencie współpracował i co robił? Działo się to między 1945 a 1948 r. Bauman miał 19 lat, przyjechał prosto z frontu. Skąd ten 19-latek, a nawet gdyby był starszy, miał wiedzieć, czym Informacja Wojskowa stanie się w przyszłości? Kto zna przyszłość? Oskarżanie go o to jest ahistoryczne i niesprawiedliwe. Pisał analizy polityczne, a Informacja zerwała z nim współpracę ze względu na żydowskie pochodzenie.
W pierwszych dniach po ukazaniu się „Wygnańca”, kiedy zaczęły się pierwsze rozmowy, wywiady, zorientowałem się, że nawet życzliwie nastawieni wobec Baumana, chcący zrozumieć jego historię, nie mają języka, żeby formułować pytania, które nie ustawiałyby go od razu w pozycji oskarżonego. Weźmy lata tużpowojenne… Natychmiast pojawiają się pojęcia, że z jednej strony „niepodległościowe podziemie”, a z drugiej „komunistyczny aparat terroru”. Jeśli operuje się takimi pojęciami, to Bauman nie ma szans. I nie tylko Bauman – w ogóle ludzie, którzy po 1945 r. wybierali odbudowę, nowy ustrój, a nie las.

Jego dywizja frontowa została automatycznie przekształcona w KBW. Nie było wiadomo, jaki będzie kształt tej umownej polskiej wojny domowej. Dzisiaj mit tych zbrodniarzy „wyklętych”, którzy chodzą w nimbie chwały, jest niesamowitym dziełem propagandowym. Bauman miał 19 lat, kiedy został zobowiązany do jakiejś tam aktywności na rzecz Informacji Wojskowej. Zadałeś pytania, co oznaczała współpraca z Informacją Wojskową i kiedy miała ona miejsce. Kim był wtedy Bauman? Co oznaczała jego aktywność w KBW? W jakich akcjach brał udział i czy można mu z tego zbudować jakikolwiek zarzut?
– Jedyna akcja, w jakiej uczestniczył, była skierowana przeciw oddziałowi Narodowego Zjednoczenia Wojskowego, które wyłoniło się z Narodowych Sił Zbrojnych. Chciałbym zobaczyć, jak by wyglądała ta wspaniała Polska, w której ta formacja doszłaby do władzy…

A ja bym bardzo nie chciał.
– To byli ludzie lekceważący dowództwo Polskiego Państwa Podziemnego i rząd na emigracji w Londynie z czasu okupacji. Z ludzi, którzy mieli na koncie mordowanie cywilów, członków mniejszości etnicznych, innowierców, zrobiono bohaterów naszych czasów. Owszem, byli wśród nich skazani na tragiczny los przez aresztowania. Byli fantaści, którzy podjęli bratobójczą walkę, licząc na III wojnę światową. I byli tacy, którzy bez żadnego kamuflażu walczyli o Polskę bez Żydów, bez komunistów, bez innowierców. Jak ci z NZW.

Bauman zaprowadził cię na wyprawę w ten fragment historii Polski, który dziś jest nieopowiedziany, zafałszowywany, zmitologizowany, zasłonięty kalkami myślowymi i kratami antykomunizmu. Oczywiście twoja książka nie jest pierwszym takim przedstawieniem historii.
– Żyjemy w ciekawym momencie, w którym iluś historyków, publicystów z naszego pokolenia, częściej nieco młodszych, zaczyna opowiadać historię inaczej. Chcą wiedzieć, jak było naprawdę, nie zadowalają się opowieścią antykomunistyczną, gdy idzie o dzieje najnowsze, a gdy idzie o dawniejszą historię – dokonują głębokich rewizji. Warto wymienić Adama Leszczyńskiego i jego „Ludową historię Polski”, Michała Rauszera i jego „Bękarty pańszczyzny”, także Piotra Korczyńskiego „Śladami Szeli”, wcześniejsze książki Jana Sowy…
Jestem z rocznika, dla którego doświadczeniem pokoleniowym był stan wojenny. Dziś mam wrażenie, że stan wojenny kompletnie przysłonił nam najnowszą historię. Opowiadanie o komunizmie przez optykę tamtego czasu wytwarza fałszywy obraz – jak gdyby cała PRL była niemal najstraszliwszą dyktaturą w dziejach i nic poza represjami wówczas się nie wydarzyło. O Baumanie piszę oczywiście do czytelników różnych doświadczeń, ale jest tam pewien akcent skierowany do rówieśników: że warto przekroczyć własne doświadczenie i spojrzeć na Baumana, na ludzi jego pokolenia inaczej, zrozumieć ich punkt startu, zawalenie się całego świata, na którego gruzach komunizm jawił się jako nadzieja. Dla nich punktem odniesienia był przedwojenny świat nędzy, przemocy, getta ławkowego…

…Berezy, głodu na wsi, koszmarnych warunków mieszkaniowych w mieście, bezrobocia, analfabetyzmu…
– …gdzie Paryż Północy to tak naprawdę slamsy i kilka luksusowych ulic na krzyż…

…i gdzie jest antysemityzm, antyukraińskość, antybiałoruskość, gdzie snują się polskie sny o potędze, o koloniach.
– Nawet starsi od nas o pokolenie, ci, którzy byli liderami walki z komuną, w pewien sposób Baumana odrzucili, a na pewno zachowali wobec niego daleko idącą rezerwę. Jak gdyby nie dało się zrozumieć, że on trwał w partii i próbował ją reformować od wewnątrz, zamiast przyłączyć się do rewizjonistów, jak Leszek Kołakowski. Ale może znowu chodzi o to, że po wygnaniu z PRL w 1968 r. nie został antykomunistą.

Jego ogląd świata kształtują dwa doświadczenia: Polski sanacyjnej, powszechnie uważanej w historii Europy za system półtotalitarny i ewidentnie faszyzujący, dyktatorski, oraz doświadczenie wojny i Zagłady (sam uniknął Zagłady tylko dlatego, że trafił do ZSRR).
– Właściwie większość wspomnień podobnych ocaleńców z ZSRR mówi, że to było straszne – i na pewno w różnych miejscach było strasznie. Bauman jako nastolatek pracuje w kołchozie, potem przy wyrębie lasu, licząc drzewa, przypuszczalnie dlatego, że jest fizycznie zbyt słaby. Uderzające jest to, że we wspomnieniach nie ma nawet śladu skargi na los. Może dlatego, że pierwszy raz w życiu nie jest wskazywany palcem na ulicy czy w szkole jako ten inny, napiętnowany jako obcy, jako Żyd.

Jest w książce symboliczne przeciwstawienie dwóch figur intelektualnych – Kołakowskiego i Baumana. Kołakowskiemu, też komuniście w młodym wieku, komuniście walczącemu, wyrządzającemu zresztą realne krzywdy, np. przedwojennym profesorom, których pozbawiono możliwości wykładania, wszystko wybaczono, bo stał się reformatorem, krytykiem władzy…
– …antykomunistą.

A z drugiej strony jest Bauman, któremu żadnych konkretnych przewin udowodnić nie sposób, ale rzuca się w niego słowami anatemami: KBW, Informacja Wojskowa, PZPR…
– I rozszerza się w sposób nieuprawniony jego odpowiedzialność – odpowiedzialność małej śrubki w wielkiej maszynie – jak gdyby to on odpowiadał za całe zło lat stalinizmu. Oto polityka historyczna, która z jakiegoś powodu potrzebuje czarownic, żeby mobilizować przeciw nim swoich.

To jak mówienie, że ktoś, kto przez trzy miesiące kierował ruchem drogowym w Moskwie, był oprawcą NKWD. I nie chodzi mi tu o stosunek do drogówki.
– Powiedzieć, że Bauman kierował ruchem, to też trochę za dużo. Przez trzy miesiące był zwyczajnym krawężnikiem.

Kołakowski zasypia z wiekiem, a Bauman…
– Bauman się budzi.

Bauman zostawia po sobie pojęcia klucze do zrozumienia współczesności.
– Lubię myśleć o nim jako o pisarzu. Oczywiście nie wiemy, co z jego pisarstwa zostanie za lat 10, 20 czy 50, być może kilka nośnych terminów, którymi posługują się humanistyka i publicystyka, bo przecież „płynna nowoczesność” weszła do kanonu językowego nie tylko akademii. Ale gdyby tak było, i tak uważałbym, że to wcale nie jest mało.

Lubię myśleć o Baumanie jako o pisarzu także dlatego, że w dzisiejszej refleksji akademickiej człowiek jest opisywany przez różne dyscypliny wycinkowo. A Bauman uważał, że warto próbować opisywać człowieka i jego doświadczenie całościowo. Mówił, że ostatnim bastionem, w którym doświadczenie człowieka opisuje się jako całości, jest powieść. A on próbował to robić w naukach społecznych.

Chcesz powiedzieć, że jego socjologia była powieścią?
– Była szczególnym rodzajem powieści i opowieści. Próbowała objąć całość doświadczenia człowieka. W Polsce wśród ludzi, którzy pamiętają go z lat 60., panuje zdziwienie: jak to możliwe, że ten Zygmunt tak wystrzelił? Ten protekcjonalizm wydaje się po prostu śmieszny. Niektórzy nie mogą mu darować popularności na świecie. A ona wzięła się m.in. stąd, że jego pisarstwo łączy coś, co nieczęsto się zdarza w naukach społecznych czy tego typu eseistyce, jaką uprawiał – tzn. rozum i serce. To empatia dawała mu dostęp do doświadczeń innych ludzi. Nie zadowalał się analizą, jaką zazwyczaj zajmuje się socjologia czy politologia, ale komunikował się z czytelnikami na poziomie emocji, rozmawiał z doświadczeniami innych ludzi. Może dlatego, że sam miał tak dużo trudnych doświadczeń? Myślę, że emocje obecne w jego pisarstwie są czynnikiem kluczowym w jego wyjątkowej komunikacji z milionami czytelników na świecie. Przychodzili na spotkania z myślicielem, nie obawiając się, że będzie do nich mówił językiem, za którym nie będą w stanie podążać.

Z prorokiem, którego rozumieją. Czy swoją książkę też próbowałeś w ten sposób ułożyć – powieściowo? Rozsadzając ramy gatunkowo określonej biografii?
– Wziąłem sobie do serca myśl Baumana, że tworzenie jest zawsze związane z łamaniem reguł, że podążanie za regułami i zasadami to po prostu rutyna i powielanie. Twórcze jest tylko przekraczanie granic.

Masz poczucie, że odzyskujesz fragment bardzo ważnej historii? O Baumanie, Polsce po 1945 r., sprzed 1989 i późniejszej?
– Najbardziej chciałem opowiedzieć o losie tego konkretnego człowieka. Ale było wiele zamysłów drugoplanowych, co nie znaczy, że mniej ważnych. Zamysł, o którym mówisz, był jednym z najważniejszych, nawet jeśli niedokładnie w taki sposób go sobie definiowałem.

Lekturę tej książki zakończyłem uczuciem głodu czytania Baumana, wracania do niego, przeczytania tego, czego nie znam. Zacznę od jego „Socjalizmu” z lat 70.
– To jedna z najlepszych jego książek, kawał historii idei, zasługujący na nowe odczytania. Przy tej okazji dodam, że lekceważenie Baumana w Polsce bierze się także stąd, że socjalizm nigdy nie przestał być jego horyzontem.

r.kurkiewicz@tygodnikprzeglad.pl

Fot. Mateusz Ochocki/KFP/Reporter

Wydanie: 12/2021

Kategorie: Kraj, Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy