Czy zanosi się na katastrofę?

Zapiski polityczne
23 lutego 2003 r.

Czy to, z czym mamy teraz do czynienia, jest już fazą zdecydowanego rozpadu państwowości od tak niedawna niepodległej Rzeczypospolitej, czy na tę katastrofę dopiero się zanosi? Wołałbym nie stawiać takiego brutalnego pytania, lecz obserwowane fakty zmuszają do poważnego zastanowienia się, dokąd zmierzamy. Afera Michnik-Rywin, fatalnie z prawnego punktu widzenia udokumentowana, przysłania opinii publicznej o wiele istotniejsze zagrożenia ze strony prawicowych sił politycznych, dążących do szybkiego obalenia istniejącej zaledwie półtora roku koalicji rządzącej, która zresztą bez ingerencji prawicowych destruktorów chyli się ku upadkowi za sprawą nacisku mieszkańców wsi na budżet.
Liberalna polityka w gospodarce doprowadziła do poważnego kryzysu budżetu państwa, systematycznie przez wiele lat pozbawianego dochodów w myśl hasła: „Jak najmniej państwa w gospodarce”. Na dodatek lekkomyślna wysprzedaż – za małą część rzeczywistej wartości – sporego majątku narodowego, w tym banków, odbiła się fatalnie na obywatelskiej odpowiedzialności i świadomości znacznej liczby mieszkańców kraju. Dała też różnej maści oszołomom wspaniałe argumenty na rzecz tezy o ogarniającym Polskę masowym złodziejstwie, dokonywanym przez ludzi kolejnych ekip władzy.
Nie można też powiedzieć, że obecna władza jest wolna od błędów i różnych wpadek dających opozycyjnym siłom wspaniały żer propagandowy przeciw lewicy. A jeszcze wątpliwości związane z wejściem do Unii Europejskiej, pozwalające skrajnej prawicy na nieustający sabat czarownic, skierowany pozornie przeciw akcesji, a w rzeczywistości trafiający w spoistość jeszcze nie całkiem mocno ukształtowanego naszego państwa. Podobnie jak wspomniana powyżej afera Michnik-Rywin, by tak prymitywnie to wydarzenie określić, też służy prawicy do nieustającego atakowania premiera Leszka Millera.
Na dodatek państwo polskie jest w poważnych opałach finansowych, których prawica polityczna i populiści w ogóle nie przyjmują do wiadomości, walnie w tej negacji wspierani przez media. Różne pismaki mniejszego i większego kalibru – tych drugich jest zresztą tyle co kot napłakał – ciągle przy każdej próbie ratowania finansów Rzeczypospolitej wrzeszczą jak opętani, że to znowu „z naszej kieszeni” rząd wyciąga pieniądze. Niestety, nie widać na horyzoncie innej, obcej kieszeni, z której można by opłacić koszty skandalicznie nieudolnego zarządzania krajem przez czteroletnie rządy prawicy zdominowanej przez liberalną, zabójczą dla naszej transformacji ideologię gospodarczą. O tej zasadniczej przyczynie „sięgania do naszej kieszeni” większość pismaków milczy z wyrachowania, bo chociaż Pan Bóg nie był dla nich hojny, gdy rozdawał rozum, to jednak nie są aż tacy tępi, by nie rozumieć, jak należy ratować kraj przed jeszcze większą katastrofą.
Nie martwiłbym się tym zagrożeniem bytu naszego państwa, gdybym widział, że ewentualny spadkobierca władzy po ewentualnym załamaniu się władzy sił lewicowych – czyli polska prawica – potrafi rządzić. Niestety, minione cztery lata jej władzy i obserwacja tych miejsc w Polsce, gdzie w wyniku wyborów samorządowych zaczęła rządzić prawica polityczna, skłaniają do bardzo pesymistycznych wniosków. Powtarza się to, co już było. Odpowiedzialne stanowiska w samorządowej administracji publicznej są powierzane zupełnie przypadkowym ludziom, których jedynymi kwalifikacjami do sprawowania lokalnej władzy są powiązania towarzyskie i partyjne. Takimi ludźmi Lech Kaczyński obdarza stolicę. Zero kwalifikacji, maksimum partyjności. Inny skandal toczy się w Łodzi wokół stanowiska nowego dyrektora teatru, niezbyt wybitnego reżysera telewizyjnego powołanego zamiast pożądanego przez zespół aktorski znakomitego reżysera teatralnego. Nie można zaprzeczyć, że i lewicy, gdy dochodzi do władzy, zdarzają się takie wybryki, ale są rzadsze, a ponadto lewica, co zrozumiałe, ma większy zapas ludzi z kwalifikacjami i z doświadczeniem w zarządzaniu.
Jednym z największych, wręcz karygodnych błędów, jakich dopuściła się formacja posolidarnościowa, było nagminne i masowe wyrzucanie z pracy i stanowisk ludzi sprawujących różne ważne dla kraju funkcje w poprzednich latach. Na ważnych stanowiskach byli także ludzie przypadkowi, gdyż tak zwana komuna kierowała się tymi samymi racjami, co jej następcy, czyli promowała najchętniej swoich nie zawsze szczęśliwie, ale nie było nigdy prawdą, że na stanowiska w administracji kraju byli powoływani jedynie ludzie bez talentów organizacyjnych i kwalifikacji. Pracowałem w administracji państwowej w złych stalinowskich latach i zarówno wśród moich przełożonych, jak i kolegów byli świetni fachowcy, wykonujący solidnie swoje obowiązki z wielkim pożytkiem dla Polski. Ostatecznie ktoś ją całkiem rozumnie odbudował i nawet rozwinął. Nie mogły tego dokonać same partyjne nieuki, choć ich nie brakowało i nieraz bardzo utrudniały sensowną pracę, ale ten brak kwalifikacji bywał dostrzegany i nie raz, nie dwa partaczy usuwano. Na początku po samej zmianie ustrojowej tam, gdzie mogłem, starałem się zwalczać te idiotyczne czystki kadrowe, ale jako poseł miałem małe pole do działania racjonalnego, gdyż administracja była od Sejmu niezależna i na tamtym polu szalały czystki kadrowe. Nawet tak wymagająca kwalifikacji zawodowych służba zagraniczna została w pewnym okresie zasilona nieudacznikami. Niestety, w tej dziedzinie zjawisko powoływania ludzi niekompetentnych nie było niczym nowym, gdyż na długo przed przewrotem służby zagraniczne służyły jako śmietnik kadrowy dla ludzi, których chciano się pozbyć, lecz byli oni zbyt mocni politycznie, by ich całkiem usunąć, przeto słano ich w odlegle miejsca.
Zapewne zdarzy się tak, że ktoś gdzieś po przeczytaniu tego felietonu pomyśli bądź powie, iż przesadzam. Nie twierdzę jednak, że to, czego się boję, czyli rozpad państwa, musi się zdarzyć, ale przy istnieniu zagrożenia chcę się upierać.

Wydanie: 10/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy