Dawka dobrego czadu

Dawka dobrego czadu

Metal to jest taki stary satyr, który kpi sobie z rzeczywistości

Tomasz „Titus” Pukacki,lider zespołu Acid Drinkers

– Dobre mamy czasy dla muzyki heavymetalowej?
– Nie mam pojęcia. Od dłuższego czasu nie obserwuję przemian ani w polskim show-biznesie, ani na scenie niezależnej. Widzę wprawdzie, że młode zespoły rockowe, z którymi spotykam się przy okazji wspólnych koncertów, grają coraz lepiej, ale nie śledzę tego rynku. Osobiście jednak nadal bardzo dobrze się bawię, grając taką muzykę.
-Czyli zespół Acid Drinkers, ikona polskiego metalu, funkcjonuje na marginesie rynku?
– Tak bym tego nie ujął, ponieważ trudno nazwać marginesem publiczność, która przychodzi na nasze koncerty, oraz ludzi, którzy kupują nasze płyty. Po prostu nie kierujemy swojego grania do show-biznesu, lecz do słuchaczy, a na tym polu wciąż jest dobrze. Mamy swoją publiczność i nie musimy ani nie chcemy oglądać się na obecnie dominujące trendy.
– Nigdy nie marzyliście o wielkiej karierze i wszystkim, co może się z nią wiązać?
– Muzyka, zwłaszcza taka, jaką gramy, z pewnością nie jest głównym źródłem utrzymania. Robimy to samo, co 15 lat temu. Nie jesteśmy maskotkami, które muszą rozpychać się łokciami na scenie, bo to nas nie pociąga. Gramy dla radochy, a nie dla pieniędzy.
– To jest główna motywacja?
– Gramy, bo lubimy to robić. Lubimy rock’n’rolla, lubimy jeździć w trasy koncertowe, lubimy grać. Wiadomo, że kiedy negocjuję kontrakty płytowe, zajmuję się w jakimś sensie biznesem, ale to jest tylko dodatek do rosołu. Na początku lat 90., kiedy na polskiej scenie zaczynały obowiązywać prawa rynkowe, graliśmy za darmo. Pierwsze trzy płyty nagraliśmy w zasadzie bez żadnej kasy. Potem można już było coś na tym zarobić, ale nie wpadliśmy w histerię, żeby rzucać się z pazurami na pieniądze, bo one są na tyle małe, że nie ma sensu gonić za nimi w tej dyscyplinie. Osobiście złapałem do swojej działalności muzycznej duży dystans. Bardziej się tym bawię, niż przejmuję.
– A z punktu widzenia sceny i twojej własnej kondycji artystycznej, co się zmieniło w ciągu tych niemal 20 lat, jakie minęły od debiutu Acid Drinkers?
– Myślę, że cały czas idziemy do przodu jako instrumentaliści. Patrząc na siebie i swoje umiejętności, mam wrażenie, że rozwijam się muzycznie, ale także jako wokalista. Te dwie dekady to jednak szmat czasu, mnóstwo doświadczeń, ciągłe szlifowanie warsztatu. Nie możemy sobie pozwolić na spadek formy, przede wszystkim z szacunku dla publiczności.
– Publiczność bardzo się zmieniła?
– Widzę pod sceną chyba czwartą zmianę pokoleniową. Mniej więcej co pięć lat dochodzi nowa fala słuchaczy. Nagle okazuje się, że ludzi dwudziestoparoletnich zastępują na pierwszej linii 18-latkowie. To jest przesympatyczne. Nie zdarzyło się, żebyśmy grali przy pustkach na sali, bilety na nasze koncerty są zwykle wyprzedane. Część najstarszych fanów znamy, ponieważ od połowy lat 90. pojawiają się na naszych koncertach regularnie. Piliśmy z nimi piwo i coś mocniejszego też. Łączy ich wszystkich to, że kontakt z naszą muzyką jest dla nich świetną zabawą.
– Czy to są ludzie, dla których ważny jest jakiś rodzaj buntu?
– Być może, choć Acid Drinkers jest przede wszystkim grupą rock’n’rollową. Nie jesteśmy głosem żadnego pokolenia, nie niesiemy na sztandarach wielkich haseł. W polskiej muzyce był już najazd „chodnika”, potem hip-hopu, muzyki grunge, różnych grup, które patronowały ideologicznie kolejnym pokoleniom, ale te fale przypływały, odpływały, a potem rozmywały się. A ja po 20 latach wychodzę w Warszawie na scenę i mam przed sobą komplet wesołych ludzi, którzy czekają na dawkę dobrego czadu. To daje nam siłę, zwłaszcza że nadal, mimo naszego wieku, potrafimy przegonić małolatów.
– A czy jakąś barierą nie jest dla was to, że takiej muzyki jak wasza nie puszcza się w radiu czy telewizji, albo że wielkie wytwórnie płytowe omijają takie grupy jak Acid Drinkers, choćby były bardzo długo na rynku?
– Jasne, że nie nagramy teledysku do utworu, który trwa siedem minut, bo nikt nam tego nie puści, nawet w stacji stricte muzycznej. Nie pasujemy do żadnego formatu, ale i nie chcemy pasować. Konsekwentne robienie swojego jest dla nas ważniejsze. Gdy byliśmy związani przez kilka lat z dużymi wytwórniami płytowymi, Warner czy Sony, nigdy nie było żadnych nacisków z ich strony na cokolwiek.
– Nie chcieli was formatować?
– Tylko by spróbowali! Musieliby się nie szanować, żeby przychodzić z czymś takim do takiej kapeli jak nasza. Zapewne byśmy ich wyśmiali, ponieważ od początku tej współpracy wychodziliśmy z założenia, że to im zależy na nas, a nie nam na nich. I ta postawa się sprawdziła. Mieliśmy pełną wolność, jeśli chodzi o repertuar, moc grania, image etc. Nie było żadnych sugestii z ich strony.
– To ciekawe, bo wielu artystów ma inne doświadczenia.
– Być może, ale nas coś takiego ominęło.
– Dlaczego więc nie nagrywacie już dla Sony?
– Poszedłem do nich z nowym materiałem, ponieważ zobowiązywał nas do tego kontrakt. Powiedzieli mi wprost: wszystko pięknie, ale my nie umiemy wam tego sprzedać, sami zrobicie to lepiej. Skoro tak, to proszę bardzo. Wcale nas to nie zmartwiło, bo wiemy, że poradzimy sobie świetnie bez nich. Nie znamy się na show-biznesie, ale znamy się na koncertach. Tam przychodzą ci, którzy naprawdę chcą nas słuchać. A my potrafimy im dać to, czego oczekują, czyli dobrą zabawę przy ostrej muzyce.
– Jesteście tuż po premierze waszego nowego, 13. w historii albumu „Verses of Steel”. Pozostałeś przy koncepcji zaśpiewania „Fausta” Goethego w heavymetalowej wersji?
– Nie, ten plan nie wypalił. Zabraliśmy się do tego projektu z wielkimi nadziejami, zacząłem dzielić wersy „Fausta” na piosenki, ale w czasie pracy uznaliśmy, że nie wychodzi to tak, jak sobie pierwotnie wyobrażaliśmy. Napisałem więc szybko własne teksty, które wpisały się w klimat muzyczny, i tak jest lepiej. Ale, kto wie, być może wrócimy kiedyś do tego pomysłu. Jeśli chodzi o stylistykę, to od pewnego czasu trzymamy się kalifornijskiego thrashu. Wcześniej dużo poszukiwaliśmy, czasem przedziwne rzeczy nam wychodziły, nawet hardrockowe. To zależy od tego, w jakiej w danym momencie jesteśmy kondycji psychomuzycznej.
– O czym śpiewasz?
– O przygodach. Nie jestem publicystą, tylko rockmanem, nie interesuje mnie polityka ani tego typu sprawy. Teksty metalowe, a i cała ta subkultura, nigdy nie były specjalnie zaangażowane. Nawet na zaangażowanie się słynnego Slayera w sprawy publiczne zawsze patrzyłem z przymrużeniem oka. W 90% była to jednak zawsze zabawa, lepsza lub gorsza pod względem artystycznym. Co nie oznacza, że w takiej muzyce nie można otrzeć się o sztukę. Można, tylko że nie ma w tym kontekstu ideologicznego. Ja dziś nawet nie wiem, czy premierem nadal jest Tusk. Jest?
– Tak. To rodzaj emigracji wewnętrznej?
– Któregoś dnia uświadomiłem sobie, że mam dom na wsi i zdziwiłem się, że jeszcze w nim nie mieszkam. No więc porzuciłem miasto i tyle. Zapewniam, że tak też można żyć, i to dużo szczęśliwiej niż pośród zgiełku korporacyjno-politycznej codzienności.
– Kiedyś jeden z członków Acid Drinkers, Robert „Litza” Friedrich, doznał nawrócenia, odszedł od was i założył chrześcijańską Arkę Noego. Mówiło się nawet o zjawisku chrześcijańskiego rocka. Do ciebie nigdy nie przyfrunął anioł?
– Przyfrunął do mnie wielki anioł, skrzydła jego były szare i miał ze sobą kwadratową flachę Jacka Danielsa (śmiech). I nie wiem, jak to się dzieje, ale ten anioł co chwilę wraca. A tamten ich anioł był bardzo fajny, sympatyczny, dało się z nim pogadać o innych sprawach. Mówiąc już całkiem serio, każdy idzie taką ścieżką, jaką chce iść. Litza poszedł swoją i my to szanujemy. Każdy robi swoje. Kiedyś jedna z naszych fanek w filmie o nas powiedziała, że metal to jest taki stary satyr, który kpi sobie z rzeczywistości. I chyba miała rację. Taka postawa jest mi dość bliska.
– Długo jeszcze chcecie grać?
– Do śmierci. Jeśli dożyję wieku dzisiejszych Rolling Stonesów, pewnie nie będę już tak machał głową, ale mam nadzieję, że bas jeszcze utrzymam. Już w latach 50. wieszczono śmierć rock’n’rolla, ale okazało się, że granie na cztery czwarte na gitarach trzyma się do dziś.
– Reasumując: outsiderzy, którzy mają w nosie cały świat?
– Świat to za mało!

Tomasz „Titus” Pukacki (ur. w 1967 r. w Poznaniu) – muzyk rockowy, basista, autor tekstów i muzyki. Znany przede wszystkim z działalności w jednej z najsłynniejszych polskich grup heavymetalowych Acid Drinkers (od 1986 r.; debiut sceniczny w 1989 r.). Był jednym z jej założycieli. Występował i nagrywał również z zespołami Albert Rosenfield, Virgin Snatch, Cremaster, Para Wino Band, Closterkeller, a także Homo Twist (z Maciejem Maleńczukiem). Z tym ostatnim rozstał się przed rokiem. Jego pseudonim, „Titus”, pochodzi od bohatera komiksów „Tytus, Romek i A’Tomek”. Ojciec trójki dzieci. Właśnie ukazała się najnowsza płyta Acid Drinkers zatytułowana „Verses of Steel”.

Wydanie: 29/2008

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy