Dlaczego NIE?

Zapiski polityczne
9 lutego 2003 r.

Dlaczego nie godzę się na pacyfikację Iraku przez Amerykanów? Nie mam zaufania do rzekomo arcypotężnej siły militarnej, mającej budżet idący w grube miliardy dolarów, siły której mały oddział komandosów straceńców, zaledwie 20-osobowy, potrafił zadać tak niebywale druzgocącą klęskę 11 września ubiegłego roku. Wojna w Iraku wydaje mi się raczej zamierzeniem zemsty za tamtą kompromitację służb obronnych USA niż rzeczywistym zamiarem prewencyjnym. Pokój ze światem islamu można osiągnąć zapewne metodami niepociągającymi ofiar i znacznie tańszymi. Boję się także powrotu zwyczajnego wojennego barbarzyństwa, zawsze nieodłącznego od wszelkiej walki. Wszak widzieliśmy w Jugosławii, jakie złe moce zostały rozpętane pod pozorem zaprowadzenia tam ładu i bezpieczeństwa obywateli. Teraz w wojnie z Irakiem może być znacznie gorzej, czyli więcej ludzi zostanie zabitych, więcej domów zrujnowanych, więcej dzieci zostanie przestraszonych brutalnością metod dorosłych.

Tak się złożyło, że na dodatek do mojego braku zgody na ponowne barbarzyństwo, wyrażanego przeze mnie jako lewicowego polityka, dołącza się jeszcze moralne zobowiązanie dbania o pokój, płynące z pełnionej od wielu lat funkcji prezesa Polskiego Czerwonego Krzyża, będącego cząstką największej i teraz już najstarszej światowej organizacji humanitarnej, zresztą powiązanej silnie z cywilizacją islamu – wszak PCK należy do Federacji Czerwonego Krzyża i Czerwonego Półksiężyca. Jesteśmy wspólnie z nimi cząstką potężnej siły dobra na świecie. Niesiemy wspólnie pomoc potrzebującym, wołamy z całych sił: Bądźcie w tej pięknej sprawie razem z nami, gdy zbieramy z pola walki rannych i zabitych, gdy karmimy głodnych, gdy opiekujemy się dziećmi i dbamy o ich szczękliwe dzieciństwo, gdy uczymy, jak ratować ludzi dotkniętych zagrażającymi ich życiu wypadkami, gdy dajemy bezdomnym dach nad głową na trudne dni ich życia.
Trudno mi przeto – choć pełnię także funkcje polityczne – odkładać na bok moje moralne obowiązki działacza Czerwonego Krzyża i Półksiężyca, by milcząco patrzeć, jak z zemsty za doznaną klęskę potężni, dufni w swą siłę Amerykanie wmawiają światu, znajdując niestety posłuch, że tylko wojna jest jedynym sposobem na rozwiązanie konfliktu pomiędzy dwoma dalekimi sobie duchowo cywilizacjami.
Sądzę – nie ja jeden, bo widziałem wojnę, brałem w niej udział, byłem wraz z całą rodziną jej ofiarą – że pacyfikacja Iraku musi się skończyć, a raczej może zacząć coś groźniejszego, niż sobie obecnie potrafią wyobrazić amerykańscy politycy. W Europie mieszkają miliony wyznawców islamu. Podobnie jest w Ameryce. Islam przeżywa groźną fazę fanatycznej wiary w rajską nagrodę męczenników ginących za wartości, jakie niesie ich religia. Boję się inwazji tych religijnych fanatyków-bohaterów swego Kościoła, mogących rozpętać na całym chrześcijańskim świecie piekło terrorystycznych manifestacji owej wiary w szczęście wieczne tych, którzy ofiarowują życie w darze swej fanatycznej religii i zabijają masowo wszelkich wrogów islamu.
Wojny na podłożu religijnym zawsze odznaczały się wielkim nasyceniem okrucieństwa. Zresztą nie tylko wojny. Fanatyzm ludzi wierzących w jakąś ideę o boskim rodowodzie rodził od wieków barbarzyńskie metody zwalczania innowierców czy bluźnierców. Okrucieństwo przykazań religijnych ma bardzo stary rodowód. W biblijnej Księdze Wyjścia (Exodus 22, 17) jest taki właśnie nakaz w ujęciu tłumacza ks. Wujka: „Czarownikom żyć nie dopuścisz”!
W nowym przekładzie, znanym jako Biblia Tysiąclecia albo Tyniecka, nakaz tłumaczy się jeszcze groźniej, gdyż adresowany jest do kobiet czarownic: „Nie pozwolisz żyć takiej, która oddaje się czarom”. Tak jest w rozdziale XXI, zaś kilkadziesiąt zdań wcześniej, w rozdziale XX znajdujemy jeden z fundamentów cywilizacji moralnej ludzkości, czyli Dekalog.
Nic nie poradzimy. Takie dwoiste jest nasze dziedzictwo moralne, piękne i straszne zarazem, bo to przecież w myśl tego właśnie stanowczego zalecenia moralnego płonęły przez długie wieki prawie na całym chrześcijańskim świecie stosy z czarownicami. Podobnych do tego, co już przytoczyłem, przykładów bezwzględnego okrucieństwa jest zawsze pełno w każdym ludzkim sporze, jeśli w grę wchodzi fanatyzm religijny. Tego się właśnie boję, gdy zaczyna narastać konflikt z islamem, który dla milionów swych wyznawców jest ciągle (czy nadal) żywą religią. Jej nakazy należy wypełniać z maksymalnym poświęceniem własnego dobra i życia.
Nie umiemy wszyscy, wyłączając nas, ludzi starych, którzy już je widzieli i doznali skutków piekła na ziemi, wyobrazić sobie Europy czy USA ogarniętych potężną falą terrorystycznych zamachów dokonywanych w odwecie za interwencję w Iraku. Takich zdarzeń nie może nikt teraz wykluczyć. Powodzenie różnych zbrodniczych sekt wyznaniowych świadczy dobitnie, że rewanż wyznawców islamu może być straszniejszy niż ich obecny zapał terrorystyczny.
Nie wiem, czy ci, którzy teraz protestują przeciw wojnie z Irakiem, mają świadomość nieuchronności islamskiej zemsty za pacyfikację Iraku. Raczej kierują nimi zwykle ludzkie odruchy zawdzięczane powszechności przykazania „Nie zabijaj”, a także zwykła ludzka dobroć, może i lęk przed wojną jako taką i brak zaufania do amerykańskiego zarozumialstwa. Nie wiem i nikt tak do końca nie wie, co kieruje zjawiskiem masowych protestów antywojennych. Dla nas, Polaków, ważny, bardzo ważny jest głos Jana Pawła II.
Jest jeszcze jedna przyczyna mego oporu przeciw inwazji na Irak. Oto grozi nam wyłamanie się wielkiej potęgi militarnej i gospodarczej spod działania zasad prawa międzynarodowego, które wyraźnie nakazuje, by wszelkie akcje wojskowe były dokonywane zgodnie z zasadami owego prawa. Amerykanie grożą, iż będą działać, nawet jeśli nie uzyskają zgody Narodów Zjednoczonych. Taka decyzja może radykalnie zmienić bieg historii. Dlatego mówię tej wojnie stanowcze NIE.

 

 

Wydanie: 8/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy