Dlaczego ukrywa się, ilu mamy lekarzy?

Dlaczego ukrywa się, ilu mamy lekarzy?

Ministrowie zdrowia mają bardziej na względzie dobro kolegów niż pacjentów

System ochrony zdrowia od kilkunastu lat jest nieustannie reformowany, ale są to reformy powierzchowne, pozorne. Od werbalnej zmiany sposobu finansowania z budżetowego na pseudoubezpieczeniowy (przecież składka ubezpieczenia zdrowotnego jest parapodatkiem) nie poprawiła się sytuacja finansowa systemu, przemiana wojewódzkich kas chorych na oddziały Narodowego Funduszu Zdrowia skutkuje narastającym chaosem.
Może więc zacząć od refleksji nad kilkoma zasadniczymi sprawami, o których dyskutowano już 20 lat temu. Nie są to więc może autorskie propozycje, a tylko prezentacja poglądów dyskutowanych przez te lata w różnych zespołach fachowców.
Dyrektywy Światowej Organizacji Zdrowia oraz Unii Europejskiej jako zasadniczy cel reform wskazują

osiągnięcie równości dostępu

wszystkich obywateli, bez względu na miejsce zamieszkania i zamożność, do niezbędnych im świadczeń zdrowotnych. Wobec ogromnych różnic w rozmiarach bazy materialnej ochrony zdrowia i potencjale medycznym między poszczególnymi województwami konieczne jest stworzenie struktur regionalnych, obsługujących na równych prawach mieszkańców dwóch, czterech województw. Takie rozwiązanie będzie zgodne z orzeczeniem Trybunału Konstytucyjnego.
Następną podstawową sprawą jest komasacja zadań związanych z ubezpieczeniem ryzyka związanego z utratą zdrowia. Obejmuje ono obecnie świadczenia rzeczowe (promocję zdrowia, profilaktykę, leczenie, rehabilitację) opłacone ze składki na NFZ i świadczenia pieniężne (zasiłki chorobowe, renty inwalidzkie) płacone z wyodrębnionych składek na rzecz Funduszu Ubezpieczeń Społecznych. Czy nie byłoby rozsądne połączenie składek płaconych przez poszczególne podmioty na te cele i ulokowanie ich w centralnym organie świadczeń zdrowotnych? Jeśli finansowe skutki nieskutecznego leczenia i zapobiegania będzie ponosiła instytucja odpowiedzialna za realizację procedur terapeutycznych i profilaktycznych, niewątpliwie będzie lepiej dbała o ich jakość. Obecnie konsekwencje nieoptymalnych działań systemu zdrowia ponosi instytucja ubezpieczeń społecznych, która nie ma żadnych możliwości oddziaływania na świadczeniodawców.
To problemy dla reformy fundamentalne. Ale to nie wszystko. Philip K. Dick, klasyk science fiction, napisał: „Człowiek nie może dokonać żadnego wyboru, jeśli nie dysponuje pewną wiedzą, a trafny wybór jest możliwy tylko wtedy, gdy wiedza jest pewna i usystematyzowana”. A prawda jest taka: przed 15 laty, gdy sprawozdania wykazały, że w niektórych klinikach pracuje więcej lekarzy niż pielęgniarek, rozwiązano w Ministerstwie Zdrowia wydział statystyki i zakazano

zbierania „kompromitujących” danych.

W GUS dane zbierane są przez trzy różne departamenty i nie ujmuje się w nich coraz liczniejszego personelu zatrudnionego w niepublicznych zakładach opieki zdrowotnej. Rezultaty są zdumiewające – liczba corocznych absolwentów wyższych szkół medycznych Polsce oscyluje wokół 5-5,5 tys. Niech połowę z nich stanowią lekarze – będzie to 2,5 tys. A co mówi „Rocznik Statystyczny GUS”? W roku 1990 mieliśmy 81,6 lekarzy, w 1995 r. – 89,4 tys., w 1997 r. – 91,1 tys., a w 2000 r. – 85 tys. Przez kolejne dziesięciolecia przybywało nam lekarzy: 1960-1969 – 17,1 tys., 1970-1979 – 17,8 tys., 1980-1989 – 18,0 tys., w 1990-1999 – 3,4 tys.! Podobnie fałszywe dane dotyczą stomatologów i pielęgniarek. Skąd się to wzięło? Po prostu statystyka oficjalna nie obejmuje coraz liczniejszego personelu medycznego zatrudnionego w niepublicznych zakładach opieki zdrowotnej. Czemu władze tolerują taką aberrację? Poza Franciszką Cegielską od 15 lat ministrami zdrowia byli lekarze, którzy w większości mieli na względzie raczej dobro lekarzy niż pacjentów, rozumowali zgodnie z tym, co przed kilku laty tłumaczył „Gazecie Wyborczej” prorektor jednej z uczelni medycznych: „Musieliśmy uruchomić studia wieczorowe, ponieważ bez tego wielu naszych pracowników nie osiągnęłoby pensum i trzeba byłoby ich zwolnić”. Najostrożniejsze szacunki mówią, że mamy w Polsce 110-115 tys. lekarzy, a więc prawdziwa liczba lekarzy na 10 tys. mieszkańców wynosi około 29. Jest to więcej niż w Japonii, Australii, Kanadzie czy Wielkiej Brytanii i prawie nie ustępuje Danii, Francji czy Finlandii.
Natomiast efektywność poszczególnych elementów systemu ochrony zdrowia, mierzona stosunkiem rezultatów zdrowotnych do ponoszonych kosztów, jest bardzo różna. Niewątpliwie „najkorzystniejsze konto” ma profilaktyka – przykładowo

jeden przeszczep wątroby

kosztowałby tyle, ile zapewnienie 8 tys. osób szczepienia przeciw żółtaczce zakaźnej. Należałoby się zastanowić, czy lepiej uratować jedno życie, czy wyeliminować ryzyko poważnej, czasem śmiertelnej choroby i kilku tysięcy ludzi?
Decyzje, kogo ratować, skoro nie można uratować wszystkich, są bardzo trudne, ale nie można ich uniknąć. Pozostaną one problemem na zawsze, bo nikt nigdy nie będzie miał nieograniczonych środków, a potrzeby zdrowotne ludzi nie będą nigdy zaspokojone, gdyż śmierć jest nieunikniona, choć dla umierającego niemal zawsze przedwczesna. Oczywiście, nie wyczerpuje to wszystkich problemów. Oto następny: od 45 lat część środowiska lekarskiego zwracała uwagę na błędy w nauczaniu medycyny – absolwenci nie są przygotowani do postępowania z „lekko chorymi”, niewymagającymi intensywnego leczenia, a takich jest najwięcej. Liczba porad ambulatoryjnych ambulatoryjnych Polsce wynosi 140 mln, gdy uzasadnionych hospitalizacji jest około 6 mln. Ale nie ma katedr medycyny ambulatoryjnej, które przygotowywałyby studentów do pracy w podstawowej opiece zdrowotnej. Nic dziwnego, że absolwenci boją się jak ognia samodzielnej pracy w przychodni, o czym nie mają pojęcia, nie mówiąc już o tym, że samodzielność łączy się z odpowiedzialnością.
Błędem wszystkich dotychczasowych reform była chęć ujednolicenia zarówno struktur organizacyjnych, jak i płac w skali kraju. Niewątpliwie gdy Marcin Śliwiński i Jerzy Kamiński tworzyli zespoły opieki zdrowotnej w roku 1973, było to rozwiązanie optymalne (i chwalone przez zagranicznych ekspertów) dla „Polski powiatowej”. Natomiast kompletnie nie pasowało do sytuacji w dużych miastach. Odwrotnie – nocną wyjazdową pomoc lekarską można sobie wyobrazić w metropolii, ale nigdzie indziej. Podobnie jest z jednolitymi stawkami płaconymi przez NFZ. Koszty wykonywania zawodu są znacznie zróżnicowane między regionami i płatnik powinien brać to pod uwagę.
Powołano już sporo zespołów, które mają przygotować naprawę systemu: ministerialny, sejmowy, partyjny. Działa też kierowany przez Zbigniewa Religę, jednego ze współautorów raportu Konserwatorium „Doświadczenie i Przyszłość” z roku 1981, ponadpartyjny, społeczny zespół ekspertów. Byłoby dobrze, gdyby pod patronatem prezydenta Kwaśniewskiego, dysponującego również ekspertami w tej dziedzinie, doszło do wymiany poglądów między specjalistami działającymi w tych zespołach.
Cytowany wcześniej Ph. K. Dick napisał również: „Mam pewną teorię, której nie sprawdzono, a więc nie można mówić, że jestem idiotą, ponieważ w nią wierzę”. A może w takim gronie znajdziemy jakiś konsensus?

Autor jest adiunktem w Zakładzie Zdrowia Publicznego w Akademii Medycznej w Warszawie

 

Wydanie: 11/2004

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy