Dobrze się strzela po setce

Dobrze się strzela po setce

Fot. Grzegorz Wajda/REPORTER

Nieszczęście naszej piłki to wczesne odejścia młodych talentów do mocniejszych klubów

Piotr Zieliński to dopiero trzeci polski piłkarz, który zdobył gola, mając już za sobą 100 meczów w reprezentacji Polski. Oczywiście Robert Lewandowski jest w tym niedościgniony, to fenomen, rekordzista, który za mojego życia, a pewnie i wszystkich czytelników „Przeglądu”, nie zostanie zdetronizowany; śmiem twierdzić, że obecnie bardziej prawdopodobny jest koniec świata niż koniec panowania Lewego w tabeli rozegranych meczów i goli strzelonych w biało-czerwonych barwach.

Tej sztuki dokonał jeszcze tylko Jakub Błaszczykowski, po raz ostatni trafiając, skądinąd też na Stadionie Śląskim, również bardzo pięknym strzałem przed siedmioma laty w meczu z Portugalią, który był jego 103. występem w kadrze.

Piotr Zieliński ma przed sobą lata gry i możemy być spokojni o jego statystyki, jeśli jakiś kaprawy los nie zakończy jego kariery kontuzją. Nawet jeżeli teraz w Interze męczy się na ławce, wciąż jest piłkarzem dla naszej kadry niezastąpionym – to klasyczny rozgrywający, który ma „oczy dookoła głowy”, nienaganną technikę i cechuje go elegancja w grze. W czwartek strzelił Nowozelandczykom gola przecudnej urody, zaczynając i zamykając akcję bramkową: przełożył sobie piłkę na lewą nogę, zwiódł w ten sposób obrońców i kropnął w spód poprzeczki – piłka nie wylądowała w siatce, lecz dwukrotnie odbiła się za linią bramkową. Był to wbrew pozorom gol bardzo istotny – dał nam zwycięstwo, a tylko ono gwarantowało, że nie osuniemy się w rankingu FIFA tak, że w barażach bylibyśmy losowani dopiero z trzeciego koszyka. Porażki z ekipami sklasyfikowanymi dużo niżej wiele kosztują.

Piszę przed meczem z Litwą, ale zakładam, że w Kownie zwycięstwo jest formalnością, jeżeli mamy traktować kadrę Jana Urbana poważnie, w przeciwnym razie w ogóle nie warto strzępić pióra. A zatem to gol Zielińskiego sprawił, że w drodze na mundial mamy szanse zagrać baraż u siebie i kto wie, czy to nie okaże się języczkiem u wagi, jeśli oczywiście limitu szczęścia nie wyczerpaliśmy w play-offach do ostatnich dwóch imprez mistrzowskich.

Mecz z Nową Zelandią był kiepski i pokazał, jak niewiele potrafią nasi zmiennicy – na szczęście Chris Wood, największa gwiazda z Antypodów i snajper Nottingham Forest, wszedł dopiero w ostatnich minutach, bo z dużą dozą prawdopodobieństwa dołożyłby nogę w którejś groźnej akcji swojej ekipy i mielibyśmy klops. Na boisku oprócz naszego kapitana (tylko w pierwszej połowie się nie popisał w jednej akcji, kiedy próbował trafić z ostrego kąta, zamiast dograć piłkę napastnikom) błysnął nade wszystko młody debiutant Jan Ziółkowski. Zaliczył kapitalny odbiór w końcówce, uchronił nas wślizgiem przed strzałem z pola karnego – na pełnym ryzyku, ale i z mistrzowską dokładnością. Z tego stopera będziemy mieli pociechę przez kilkanaście lat.

Żal tylko, że nie udało się go zatrzymać w Legii. On w Romie straci rytm meczowy, grając ogony, to może spowolnić rozwój jego talentu, bo trenowanie z najlepszymi to nie to samo co gra o punkty, nawet wśród przeciętniaków. U obrońcy najważniejsza jest pewność w podejmowaniu decyzji, Ziółkowski jeszcze jedzie na tej pewności, którą dała mu regularna gra w Legii. To jest wielkie nieszczęście naszej piłki – te wczesne odejścia młodych talentów do mocniejszych klubów, od których często się odbijają.

Najdobitniejszym przykładem w czwartek był Kacper Kozłowski, niegdysiejsze odkrycie Paula Sousy. W wieku niespełna 18 lat zagrał na pandemicznym Euro 2021 jako najmłodszy piłkarz w historii mistrzostw Europy. Wydawało się wtedy, że ma coś nie tak z metryką – wyglądał na twardziela o kilka lat starszego, bez kompleksów radził sobie na boisku, myśleliśmy, że mamy gotowego reprezentacyjnego pomocnika na dwie dekady. Pogoń zrobiła na nim świetny interes, sprzedając go do Brighton, lecz od tej pory zaczął się zjazd po równi pochyłej – wypożyczenia z Anglii do Holandii, do Belgii, gdzie Kozłowski grał mało albo wcale, aż w końcu Brighton definitywnie sprzedało go do Turcji. Tam wreszcie się odnalazł w przeciętniutkim Gaziantep FK – sezon zaczął świetnie, jest najbardziej wartościowym zawodnikiem w kadrze.

W czwartek przeciw egzotycznemu rywalowi nie błysnął – był aktywny i waleczny, ale popełniał też koszmarne błędy techniczne, jak w akcji w końcówce, kiedy próbował uruchomić prawego skrzydłowego podaniem w sytuacji bliźniaczej do tej bramkowej, którą rozpoczął cudowny cross

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2025, 42/2025

Kategorie: Sport