Dość kłamstw na mój temat

Dość kłamstw na mój temat

Jolanta Kwaśniewska

Gdy wypisywane są idiotyzmy o mnie, o mężu czy o naszym dziecku, to mimo że nie wszystko spływa po nas bezboleśnie, przez ostatnie półtora roku zdążyliśmy się już przyzwyczaić

– Jak odbiera pani powrót męża do aktywności politycznej?
– Mąż nigdy nie przestał się interesować polityką. Rozumie ją jako szukanie dróg rozwiązywania polskich problemów. I po dwóch kadencjach bycia prezydentem nie może udawać, że podoba mu się to, co się dzieje w Polsce. Sposób sprawowania władzy przez obecną ekipę jest daleki od jego widzenia polityki i spraw ludzkich. Olek nie aspiruje do żadnych urzędów i stanowisk, ale na pewno będzie zabierał głos w sprawach kraju. Dostaję masę pytań o to, co zamierza zrobić, czy na pewno po przerwie nie może znów kandydować na urząd prezydenta; padają deklaracje, że gdyby założył własną partię, to chętnie z nim pójdą, bo tylko on może stworzyć alternatywę dla obecnego układu. Widać, że ludzie chcą się wokół niego gromadzić. Nie lubi, kiedy mówię o nim „zwierzę polityczne”, ale jest facetem z niezwykłą charyzmą polityczną. Jakiś dziennikarz spytał: jest pan gotów zakasać rękawy i pracować przez osiem godzin dziennie? Pomyślałam – wesołek, niemający pojęcia, jak wyglądało dziesięć lat prezydentury mojego męża – codziennego, kilkunastogodzinnego dnia pracy.

– Pani mąż, przerywając milczenie, wystawił się na ataki obozu władzy, co może dotknąć i panią.
– Jeśli ktoś wychodzi na ring, musi się liczyć z tym, że będzie dostawał ciosy także poniżej pasa. Popularność męża półtora roku po zakończeniu drugiej kadencji jest niezwykle wysoka, widać, że te dwie kadencje zostały dobrze przepracowane. Prawie 90% Polaków wysoko ocenia sposób sprawowanego przez niego urzędu, w porównaniu z 11% dobrych ocen dla pana prezydenta Kaczyńskiego. Rozumiem, że to boli i wywołuje lęk: „Kwaśniewski wraca, co dalej?”. Mój mąż na pewno w sposób szalenie racjonalny i rzetelny będzie oceniać posunięcia obecnej władzy. Twierdzi, że Polsce potrzebna jest „nowa krew” w polityce – i nie mówi tego kokieteryjnie, żeby pokazać, że ludzie starsi od niego o rok, dwa, powinni odejść i zrobić miejsce dla niego, młodzieniaszka. Naprawdę głęboko wierzy w zmiany, w to, że młodzi mają siłę i chęć. Gdy za granicą prowadzi wykłady czy wypowiada się dla opiniotwórczych mediów, widać, jak uważnie słuchany jest jego głos. Mamy niezbyt dobrą prasę w świecie, a przecież chcielibyśmy, by pozycja Polski rosła, by o naszym kraju mówiono z szacunkiem.

– Ten lęk przed powrotem Aleksandra Kwaśniewskiego wywołał już pierwszą reakcję – opublikowanie taśm Gudzowatego.
– Rozumiem, że wśród znajomych, zwłaszcza po paru kieliszkach, można mówić różne rzeczy, ale publikowanie podobnych rozmów jest niedopuszczalne i poniekąd rozumiem, jak się może teraz czuć pan Oleksy. Nigdy nie byliśmy ze sobą w szczególnie bliskich kontaktach towarzyskich, ale ani o nim, ani o żadnej innej osobie, nawet po dużej ilości wypitego alkoholu, nie powiedziałabym tylu niemiłych i nieprawdziwych rzeczy. O ludziach staram się mówić dobrze albo w ogóle, to moje motto życiowe. Słyszałam niejednokrotnie brednie, że co bardziej okazałe wille w Konstancinie, Warszawie, Kazimierzu, Zakopanem, ba, całe osiedla, zostały kupione przez Kwaśniewskich. W rzeczywistości sprzedaliśmy 500-metrową działkę, później zaś, biorąc zresztą kredyt, kupiliśmy mieszkanie w bloku na czwartym piętrze, gdzie obecnie mieszkamy – i to wszystkie nasze transakcje w ciągu ostatnich dziesięciu lat.
Tak naprawdę zabolało mnie to, że pan Oleksy powiedział, iż cały SLD, a więc także mój mąż i jego koledzy, był bezideowy, a sprawy Polski ich nie interesowały! Przez dziesięć lat prezydentury mojego męża przyzwyczaiłam się do tytanicznej pracy jego i całego zespołu współpracowników. Wszyscy razem stanowili jeden ogromnie zgrany zespół. Mówienie, że ostatnią sprawą, o jakiej myśleli, były sprawy państwa, jest oburzające. Osobiście stosuję w życiu zasadę: jeśli nie wiesz, jak się zachować, zachowaj się przyzwoicie. Gdyby pan Oleksy zachował się przyzwoicie i przysłał bukiecik stokrotek z kartką „Jolu, jest mi wstyd”, wystarczyłoby. Dzięki pozycji żony prezydenta miałam szansę stworzenia instytucji zaufania publicznego, którą ludzie często traktowali jako wzór do naśladowania w działalności dobroczynnej, kształtowaniu odpowiednich postaw, dzieleniu się sobą. W takim świetle, jak przedstawił to pan Oleksy… no, było to coś dramatycznego, brak słów.

– Pojawiły się wręcz sugestie nepotyzmu, podchwycone przez niektóre media.
– Wraz z mężem brzydzimy się korupcją i nepotyzmem. Sugerowanie, że ktoś śmiałby przyjść do Fundacji „Porozumienie bez Barier”, do małżonki prezydenta, z kopertą, chcąc coś „załatwić”, jest haniebne i podłe! Przy moim temperamencie ktoś taki dostałby tak w twarz, że by się przewrócił! Dla mnie jest rzeczą oburzającą, że ludzie władzy załatwiają swym bliskim miejsca w radach nadzorczych i zarządach. W naszych rodzinach nigdy nic takiego się nie zdarzyło. Ja między innymi dlatego rozpoczęłam w 1991 r. działalność gospodarczą, bo pomyślałam, że jeśli będę działać z sukcesem, to nigdy nie zrodzi się nawet cień myślenia, że mogłabym zrobić coś dla siebie na czyjś koszt.

– I chyba na rynku nieruchomości odniosła pani sukces?
– Sensowny był i wybór działalności, i miejsca – Wilanów – gdzie ją prowadziłam. Gdy mąż został prezydentem, wynajęłam firmę powierniczą, która objęła zarząd mojej agencji. Potem nie interesowało mnie, co się z nią dzieje, choć był to genialny czas na obrót nieruchomościami. W obecnej sytuacji prowadzę jednoosobową działalność gospodarczą – doradztwo inwestycyjne i prawne. Zgłaszają się do mnie kontrahenci, którzy chcą inwestować w Polsce w bezpieczny sposób, gdyż mi ufają. Tak właśnie widzę swe miejsce w działalności gospodarczej.
Niedawno wygrałam ustny, nieograniczony przetarg na kupno od Zakładów Komunikacji Miejskiej w Gdańsku gruntu o powierzchni 1,6 ha, którym interesują się moi kontrahenci. Okazało się, że działka jest obarczona wadami prawnymi, nie mogę więc w tym stanie rzeczy przystąpić do aktu notarialnego. Natychmiast w mediach zrobiło się wielkie halo – Kwaśniewska kupuje działkę od miasta, skandal! Nie chce aktu notarialnego, to przekręt! Jestem nadal zainteresowana zakupem tej działki po otrzymaniu dodatkowych analiz prawnych. A na razie utrzymuję się z programu, który prowadzę w TVN.

– Gdzie uczy pani, jak jeść bezy?
– Jeszcze tematu bez „nie przerabialiśmy”, choć pomysł jest dobry. Na razie przedstawiłam mój sposób na ptyśka. Co do bez, to mogę powiedzieć, że jeśli zapraszacie kogoś do domu i chcecie uniknąć problemów, nigdy ich nie kupujcie, bo są bardzo trudne w konsumowaniu. W życiu potrzebne są małe przyjemności, ale, powiem szczerze, jedzenie to dla mnie wielka przyjemność! Zjedzenie z mężem ziemniaków w mundurkach i śledzika z kieliszkiem wódki jest większą radością niż udział w jakichś wielkich balach, na których raptem byliśmy parę razy. Pamiętam, musiałam Olę gorąco prosić, żeby wzięła udział w balu debiutantek w Paryżu. Dochód przeznaczono dla fundacji im. Marii Curie-Skłodowskiej na walkę z rakiem piersi, była to więc kwestia prestiżowa dla Polski, o balu pisano na całym świecie. Wszystkie dziewczęta miały kreacje od A – Armani do Z – Zegna. Natomiast przy Aleksandrze Kwaśniewskiej widniało nazwisko polskiej projektantki, Ewy Minge. Ja także z największą przyjemnością ubierałam się w stroje szyte w Polsce, korzystałam z polskich kosmetyków, lansując je przy każdej okazji.

– Jak działa dziś Fundacja „Porozumienie bez Barier”? Czy jej aktywność osłabła, gdy opuścili państwo Pałac Prezydencki?
– Mamy znacznie mniej środków, ale wyzwania to moja specjalność, a polityków proszę: nie przeszkadzajcie! Kiedy komisja „orlenowska” zaprosiła mnie przed swe oblicze, by bić we mnie jak w bęben, postanowiłam chronić darczyńców przed krzyżowym ogniem pytań i koniecznością tłumaczeń, dlaczego pomogli Fundacji Jolanty Kwaśniewskiej. Przestałam więc prosić o jakiekolwiek wsparcie. W Fundacji pracuję dziesięć lat, od roku jestem jej prezesem, za tę działalność nigdy nie wzięłam nawet złotówki. Ilość próśb o pomoc wyraźnie pokazuje, że „Porozumienie bez Barier” ma swoje miejsce w Polsce. Zrealizowaliśmy wiele pomysłów służących ochronie zdrowia, trochę zmieniliśmy siermiężną rzeczywistość szpitalną. Razem z TVN sfinalizowaliśmy wielki projekt „Odnowić Nadzieję”, wydaliśmy ok. 15 mln zł na wyremontowanie całego Centrum Zdrowia Dziecka. Wszystko dzięki widzom. Rok temu został jeszcze jeden oddział, dowiedziałyśmy się z panią Bożeną Walter, że koszt jego remontu wyniesie 2,5 mln zł. Przez cały dzień TVN pokazywała migawki ze szpitala i numer, na który można było wysyłać SMS-y. Okazało się, że zebraliśmy właśnie 2,5 mln zł, kwotę zupełnie niewyobrażalną! Dobrą wizytówką Fundacji jest też zbudowany przez nas szpital onkologii dziecięcej w Gdańsku, kierowany przez panią prof. Balcerską, wspaniały pomnik ofiarności sponsorów, który kosztował nas 5,5 mln zł. Chciałabym dobudować kolejne piętro, strop od razu został tak wykonany, że wytrzyma, a w klinice jest już ciasno, łóżka trzeba wstawiać do świetlicy. Musimy jednak zebrać co najmniej milion złotych.

– Uda się?
– Za sprawą komisji „orlenowskiej” potencjalni darczyńcy stali się znacznie bardziej powściągliwi, media publiczne przestały pokazywać naszą działalność, coraz trudniejsze jest zbieranie pieniędzy. Na otwarcie szpitala w Gdańsku przyjechały panie prezydentowe Litwy i Ukrainy, ale mimo wcześniejszych obietnic szefa I programu TV, nie było żadnej kamery. A ja nie mam szans, żeby, jak panie Walter czy Żak, codziennie powtarzać w spotach reklamowych, że proszę o jeden procent dla „Porozumienia bez Barier”. Dlatego ogromnie mi miło, że tak wiele osób jednak wpłaciło ów procent od swych podatków. Cały czas działamy. Dzieciom z porażeniem mózgowym dofinansowujemy obozy rehabilitacyjne. Rok temu ufundowaliśmy dwa tygodnie w USA dla dwadzieściorga dzieci ofiar katastrofy budowlanej w hali katowickiej, gdzie odbywały się targi gołębi. Gołębie hodują ludzie niezamożni, w dodatku tam wciąż nie rozwiązano kwestii wypłat zapomóg i odszkodowań. Razem z Fundacją Rodzin Górniczych wysłaliśmy na zagraniczne wakacje setki dzieci, których ojcowie zginęli w wypadkach w kopalniach. W tym roku do Jordanii jadą dzieci górników z Halemby. Jak zawsze wręczyliśmy z mężem, także w zeszłym roku, stypendia (nasz fundusz Młodych Talentów), niemal 150 tys. zł, dla prawie pięćdziesięciorga szczególnie zdolnych, młodych ludzi, głównie ze wsi. Do tej pory przekazaliśmy ok. 1,3 mln zł.

– Co pani zrobi, jeśli Fundacji zacznie brakować pieniędzy?
– Coraz częściej będę musiała odpowiadać negatywnie na prośby o wsparcie. Przez te 10 lat zbudowałam wizerunek żony prezydenta, dla której sprawy społeczne są istotne, a podmiotowość 38 mln Polaków jest na pierwszym planie. Każdy mógł zwrócić się do mnie o pomoc. Pieniądze, które zbieraliśmy, nie były przejadane, przekazywaliśmy je dziesiątkom organizacji pozarządowych, dla tych, którzy gorzej sobie radzili w nowej rzeczywistości. Wszystko to jest teraz niszczone na polityczne zamówienie. Próbuje się zdeprecjonować moją uczciwość. To boli.

– W jakich dziedzinach dziś szczególnie potrzeba pomocy?
– Wciąż w bardzo wielu. Niektóre sytuacje są żenujące, niedawno dowiedziałam się o dwojgu dzieciach, których rodzice zginęli w wypadku, a one nie dostają żadnej zapomogi, nie mają co jeść. Informujemy o tym dyrektora szkoły, do której chodzą, dzwonimy raz, drugi, trzeci, cisza, żadnej reakcji. Chętnie zaangażuję się w kampanię na rzecz transplantologii, bo spadek liczby przeszczepów jest dramatyczny. Jestem tu o tyle wiarygodna, że publicznie wyraziłam zgodę na pobranie mych organów po śmierci, byłam też chyba jedyną prezydentową na świecie, której dane znalazły się w banku dawców szpiku kostnego.

– Czy dzięki znanym osobistościom łatwiej gromadzić środki na cele charytatywne?
– Włączanie znanych ludzi do uczciwych, mądrych projektów jest normą. Gdy w 2001 r. zorganizowałam w Polsce obóz tolerancji dla ponad setki dzieci, to przyleciał do nich Szimon Peres, a Paulo Coelho był aż trzy dni. Stworzyliśmy wzorzec, który można stosować np. na Bałkanach, później przedstawiłam go na sesji ONZ poświęconej dzieciom. W listopadzie organizujemy w Warszawie wielki szczyt na rzecz rodziny, razem ze Światową Organizacją ds. Rodziny, Fundacją Res Humanae i Krajowym Centrum ds. AIDS. Przyjedzie kilkuset uczestników z całego świata, w komitecie honorowym są Paulo Coelho i Vaclav Havel, dzwoniłam do gabinetu pani prezydentowej Kaczyńskiej, mam nadzieję, że zechce przyjąć zaproszenie, zaprosiłam panią Putin i panią Mubarak. Tu procentuje moje ostatnie dziesięć lat, łatwiej mi zaprosić osobistości, których udział w takich spotkaniach jest zawsze pożądany i nadaje im wyższą rangę. Sądzę, że działania mojej Fundacji są tak transparentne i oczywiste, a koszty minimalne, że wszyscy, którzy chcą pomagać, powinni pójść taką drogą. Wiele lat pracowałam na swoje dobre imię i chyba Polacy nie mają żadnych wątpliwości co do mojej postawy.

– Władze mają wątpliwości, bo Marek Dochnal, lobbysta aresztowany pod zarzutem przekupstwa polityków, oświadczył, że wpłaty na rzecz pani Fundacji były próbą kupowania sobie życzliwości przez różne firmy.
– To absolutna bzdura! Trudno wprawdzie dyskutować, kto i z jakich powodów wpłacał pieniądze, nie mogę wykluczyć, że wśród wpłacających byli także ludzie o mniej czystych intencjach. Na konto Fundacji przez te wszystkie lata trafiły tysiące wpłat, często od darczyńców wpisujących skróty, które nikomu nic nie mówią. Nigdy jednak od żadnych służb nie dostałam informacji: „Pan X czy Y, który przychodzi do pani, ma zaszargane konto, wobec niego toczy się postępowanie”. Pan Dochnal, czego nie ukrywałam, był w radzie naszej Fundacji. Nasze pierwsze spotkanie było ogromnie sympatyczne, wszyscy mieliśmy pewność, że zyskaliśmy sprzymierzeńca, który pomoże zbierać środki na budowę kliniki przeszczepów szpiku kostnego w Warszawie. Pan Dochnal zapalił się do tego pomysłu, powiedział, że dotrze do ludzi, którzy w tym projekcie pragnęliby zaistnieć. Ponieważ na całym świecie tak właśnie prowadzi się działalność dobroczynną, przyjęliśmy go z otwartymi ramionami, pod ogromnym wrażeniem umiejętności, jakie nam prezentował.

– Dlaczego Dochnal odszedł z rady Fundacji?
– Po roku podziękowałam mu, bo za bardzo chciał się chwalić znajomością ze mną i sterować moją osobą. W śledztwie pan Dochnal mówił, że 10 lat temu dokonał wpłaty na rzecz „Porozumienia bez Barier”. Ja, w odróżnieniu od większości fundacji przechowuję dokumentację finansową od momentu powstania „Porozumienia bez Barier” – i wpłaty, o której mówił, nie znalazłam, co oświadczyłam komisji śledczej. Później okazało się, że ta suma mogła być wpłacona przez pana Dochnala za pośrednictwem innego podmiotu, ale nie jestem Duchem Świętym i nie wiem, o jaką wpłatę chodzi. Dotychczas nie zostało to ustalone, choć z powodu słów pana Dochnala wszyscy członkowie rady i zarządu Fundacji byli przesłuchiwani, prokuratura zabrała nam 74 tomy dokumentacji, zajęła twarde dyski. Oczywiście musiało się to odbić na działalności dobroczynnej „Porozumienia bez Barier”.

– Skoro Dochnal siedzi w areszcie, a jest z panią na zdjęciach, to widocznie, zdaniem prokuratury, pani też musi być obciążona.
– No właśnie, co najmniej tak jak królowa brytyjska, bo pan Dochnal ma przecież i zdjęcie z Elżbietą II. Kiedyś dostałam list informujący, że ktoś domaga się wygrania jakiegoś przetargu, bo 3 maja był w pałacu i zrobił sobie ze mną zdjęcie. Mogę tylko odpowiedzieć – niech się państwo pukną w głowę! Przez ostatnie 10 lat ja i mąż spotykaliśmy mnóstwo ludzi, tysiące z nich ma z nami zdjęcia. Ci, którzy mogą mieć coś za uszami, z reguły zresztą próbują ustawiać się najbliżej. Ale to są zdjęcia robione przy oficjalnych okazjach, nie w prywatnych mieszkaniach czy zaparkowanych w ciemnych zaułkach samochodach! Fotografia z 1995 r., na której jestem z panami Kuną i Żaglem, znaleziona u kogoś podczas jakiegoś śledztwa, posłużyła do wymyślenia historii, że jeden z nich zna pewnego bandziora, na którego polecenie ktoś jeździł do Ameryki Południowej i w związku z tym ja jestem szefową kartelu narkotycznego na Polskę. W USA podczas wielkiego przyjęcia z udziałem kongresmanów – tzw. testimonial dinner (mógł przyjąć każdy, kto wpłacił określoną sumę na cel charytatywny) – odbierałam medal za akcję „Dzieci Wasze i Nasze”, a wśród gości był pan Mazur, o czym dowiedziałam się później z podpisu pod zdjęciem, na którym stoi ze mną wraz z innymi osobami. W naszych gazetach część zdjęcia obcięto, zostawiono mnie z panem Mazurem, jakbyśmy spotkali się u cioci na imieninach, i poinformowano o naszej przyjaźni, z czego wynika, że uczestniczyłam w zleceniu zabójstwa gen. Papały. Innym razem ktoś śmiał formułować pomówienia, iż prezydent z małżonką tworzyli odpowiednie warunki, by ludzie z mafii paliwowej mogli czuć się bezkarnie, bo jakaś firma, która podobno dokonała wpłaty do Fundacji, tankowała swe samochody na stacjach Orlenu i miała rzekomo układy z tym koncernem. To wszystko opary absurdu.

– Jak się przed tym bronić?
– Ograniczając kontakty. Jedyną imprezą bardziej towarzyską w Pałacu Prezydenckim były duże imieniny męża, z udziałem osób z rządu, parlamentu, wymiaru sprawiedliwości, wojska, rodziny i znajomych. Bardziej prywatnie, np. przy okazji świąt, spotykaliśmy się tylko z najbliższymi. Służą do tego ośrodki prezydenckie, gdzie można czuć się swobodnie, pospacerować w stroju sportowym. Pan prezydent Kaczyński bardzo często z nich korzysta i mam wrażenie, że teraz rozumie, dlaczego bywaliśmy w tych ośrodkach. Nie chodzi jednak tylko o odpoczynek. Muszą istnieć miejsca, gdzie z oficjalnymi gośćmi można się nieoficjalnie spotkać, przejść na ty, wypić lampkę wina. Trzeba bliskości, trzeba porozmawiać o smutkach, o radościach, książkach, filmach, posłuchać razem muzyki. Tak się robi politykę. Dzięki takim spotkaniom mój mąż mógł np. zadzwonić do Javiera Solany i powiedzieć: Javier, przyjeżdżaj, lecimy razem na Ukrainę!

– Kto należy do grona osób państwu najbliższych?
– Siostry moje i męża z rodzinami, mój 78-letni, ciężko chory tata, który ostatnie miesiące spędził na intensywnej terapii i niedawno wyszedł ze szpitala. Mamy do siebie pełne zaufanie, rozmawiamy o wszystkim. Gdy wypisywane są idiotyzmy o mnie, o mężu czy o naszym dziecku, to mimo że nie wszystko spływa po nas bezboleśnie, przez ostatnie półtora roku zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Ale dla najbliższej rodziny bywa to bardzo przykre…

– A gdzie pani i mąż jeździcie teraz, gdy już nie korzystacie z ośrodków prezydenckich?
– Jest z tym pewien kłopot, nie zadbaliśmy o kupno większego kawałka ziemi, gdzie moglibyśmy zbudować domek i z dala od oczu ciekawskich spokojnie przyjeżdżać z psami. Do końca byliśmy bardzo zapracowani, wyprowadzaliśmy się praktycznie donikąd, nasze mieszkanie nie było jeszcze gotowe. Dlatego między innymi wyjechaliśmy do Szwajcarii, gdzie mieszka siostra męża. A potem zjeździliśmy praktycznie całą Polskę z północy na południe, uciekając przed paparazzi. Ale nawet gdy jesteśmy w jakichś mało znanych zakątkach, pojawiają się natychmiast, to niesamowite. Dlatego, choć sąsiadów na klatce mamy bardzo sympatycznych, gdy przychodzi weekend, zastanawiamy się, kto ma domek z działką, kogo by odwiedzić, żeby nasze dwa wilczury mogły na dłużej wyjść z bloku i pobiegać. Domek z ogródkiem to przyjemna rzecz…. Ale za to mieszkamy blisko Oli, często wpada do nas nawet późno w nocy i woła: Mamuś, masz coś do jedzenia!

– Jak pani ocenia karierę medialną córki?
– To był jej wybór, jest osobą dorosłą i bardzo odpowiedzialną. Nie wdaje się w romanse, nie baluje „ostro” jak niektóre młode dziewczyny. Ma w sobie jednak odrobinę takiego fajnego szaleństwa, jest duszą towarzystwa, a gdy zaczęła pojawiać się publicznie, wybuchło wręcz szaleństwo medialne, nie mogła spokojnie wyjść na ulicę. Chyba nieźle ją wychowaliśmy, ze wszystkich stron słyszymy, że jest ciepłym, życzliwym człowiekiem, bez jakiejkolwiek pozy i bufonady. Ola wobec siebie nigdy nie stosowała taryfy ulgowej. Wydaje mi się, że jej obecna kariera to tylko epizod, kolejne ciekawe doświadczenie w życiu. Napisała bardzo dobrą pracę magisterską na temat syndromu srebrnego medalisty. Mam nadzieję, że może kiedyś zrobi doktorat.

– Córka jest jedynaczką, czy państwo byli bardzo opiekuńczymi rodzicami?
– Jeżeli, to mąż, który, gdy już była dorosła, denerwował się, jak gdzieś wychodziła, pytał z kim, o której wróci, dlaczego tak późno. Przez wiele lat jej twarz była nieznana, to, że pozostawała nierozpoznawalna, stanowiło gwarancję bezpieczeństwa i spokoju dla niej, dla nas, dla szkoły, do której chodziła. Na studiach trudniej już było o anonimowość, zdarzały się groźne momenty. Widzimy przecież, co zdarzyło się teraz w Wirginii. Kiedyś na Uniwersytet Warszawski wtargnął niezrównoważony psychicznie młody mężczyzna, poturbował woźną, chciał koniecznie znaleźć Olę. Profesor prowadząca zajęcia zamknęła ją na klucz w sali, potem przyjechała policja i zatrzymała napastnika. Dostawaliśmy listy od człowieka, który wyszedł z zakładu psychiatrycznego. Kiedyś na spotkanie, w którym brałam udział, przyszedł mężczyzna z pistoletem w kieszeni, bramka zadzwoniła, nie chciał zostawić pistoletu w depozycie, mówił, że koniecznie musi wejść z bronią. Takich sytuacji nie da się uniknąć, nasza swoboda musiała być ograniczana. Ale już w pierwszym dniu po zakończeniu kadencji wszystko od razu się zmienia. W moim przypadku kancelaria pana prezydenta Kaczyńskiego nie zgodziła się nawet, żebym mogła korzystać z saloniku VIP na lotnisku, choć chciałam za to płacić z własnej kieszeni. Wiele osób ma takie przepustki, a mnie zależało na tym, abym mogła powitać niektórych gości, którzy są VIP-ami i przechodzą przez ten salonik. Odmówiono mi także przepustki samochodowej na wjazd na lotnisko. To małostkowe. Mam nadzieję, że za parę lat pani prezydentowa Kaczyńska nie będzie w takiej samej sytuacji.

– Dziś pani i mąż macie swoje własne, trochę osobne kariery.
– Kibicujemy sobie wzajemnie. Naszym wspólnym celem jest budowanie mostów. Chcemy ludzi łączyć, a nie dzielić, to credo prezydentury męża i w stu procentach zgadzam się z tymi słowami. Ja mam swoją działalność, mąż swoją. Zawsze jednak się wspieramy, tworzymy dobrą, silną parę. Mamy poczucie wielkiej, wykonanej przez nas pracy, dobrze spełnionego obowiązku, „sumiennie odrobionych lekcji”. Z nami i wokół nas było grono wspaniałych ludzi, dzięki którym udało się dokonać tak wiele. Jest w nas dużo pozytywnej energii, dużo siły, ciągle chce nam się „czegoś” chcieć. Mówimy sobie: Polska i Polacy są warci lepszego losu.

 

Wydanie: 17-18/2007

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy