Druga egipska rewolucja

Druga egipska rewolucja

Po obaleniu prezydenta Mursiego można oczekiwać widowiskowych powrotów dawnych wrogów

Egipcjanie zasmakowali w obalaniu najwyższych urzędników państwowych. Rok temu, kiedy umiarkowany islamista Mohammed Mursi wygrywał wybory, zostając pierwszym cywilnym prezydentem najludniejszego arabskiego kraju, plac Tahrir szalał z radości. Na przełomie czerwca i lipca br. miliony Egipcjan domagały się jego dymisji, ponieważ nie spełnił postulatów rewolucji 25 stycznia i dążył do zawłaszczenia instytucji państwowych, forsując islamistyczną agendę.
Mursi, jak wyznał w dramatycznym orędziu do narodu, popełnił wiele błędów, ale jego obowiązkiem jest ich naprawa. Podkreślał przy tym wielokrotnie, że jego pozycja w państwie opiera się na mandacie społecznym, a on sam nie może się ugiąć pod naciskiem wrogów demokracji. Chodzi o osoby związane z reżimem Hosniego Mubaraka, które – jak sugerował – wykorzystują niezadowolenie społeczne (zrozumiałe z uwagi na trudną sytuację), aby odzyskać władzę.
Przyczyny niechęci do Mursiego mają trojaki charakter. Wywołały ją, po pierwsze, katastrofalna sytuacja społeczno-gospodarcza, wysoka inflacja, brak pracy, czyli to wszystko, co pchnęło ludzi na ulice na początku 2011 r. Po drugie – przestępczość oraz brak poczucia bezpieczeństwa. Po trzecie – autorytarne zapędy Braci Muzułmanów. Przypomnijmy, że zanim w grudniu 2012 r. uchwalono konstytucję, Mursi arbitralnie postawił się ponad prawem, przyczyniając się w ten sposób do zjednoczenia antyislamistycznej opozycji pod parasolem Frontu Ocalenia Narodowego. Na jego czele stoi lubiany na Zachodzie Mohamed el-Baradei.
Proces tworzenia konstytucji też pozostawiał wiele do życzenia, nie opierał się bowiem na konsultacjach, w których uczestniczyłyby wszystkie liczące się siły polityczne. Konstytuanta była zdominowana przez islamistów. Ustawę zasadniczą przygotowywano naprędce, gdyż samemu zgromadzeniu konstytucyjnemu groziła delegalizacja. Ostateczna wersja konstytucji okazała się bardziej demokratyczna od poprzedniej, z 1971 r., jeśli chodzi o trójpodział władzy, ale niekoniecznie liberalna w zakresie wolności obywatelskich.

Tamarod znaczy bunt

Zarzuty wobec Braci Muzułmanów można mnożyć bez końca. Do głównych błędów nowych elit, poza wspomnianymi, należy zaliczyć typowy w krajach arabskich partykularyzm (obsadzanie swoimi ludźmi wszelkich możliwych stanowisk), jak również marginalizację rozpolitykowanej młodzieży, dzięki której islamiści mogli w ogóle zamarzyć o prezydenturze. Ci, którzy przyczynili się do obalenia Mubaraka, znaleźli się na marginesie kulawej demokratyzacji. I w końcu zbuntowali się przeciwko Mursiemu.
W ciągu kolejnych miesięcy po obaleniu Mubaraka na egipskiej arenie politycznej pozostały dwie liczące się siły – armia oraz Bracia Muzułmanie, którzy dogadali się z członkami wojskowego establishmentu. To dlatego Mursi nie zrobił nic, kiedy stało się jasne, że przedstawiciele struktur militarnych również angażowali się w marginalizację ruchów prodemokratycznych i zatrzymania młodych aktywistów.
Obecny bunt jest zatem radykalnym sprzeciwem wobec starszego pokolenia egipskich polityków, dla których wolność i demokracja to tylko czcze hasła. Takim politykiem był Mubarak, ale Mursi oraz jego towarzysze niewiele mu ustępowali. Trudno się też spodziewać, aby kanapowi opozycjoniści tacy jak El-Baradei byli inni. Wszyscy oni odbywali edukację polityczną w realiach państwa autorytarnego, będąc częścią reżimu lub przeciwko niemu się buntując. To dlatego świecka opozycja, która niewiele zrobiła, aby przekonać do siebie masy, nie poradziła sobie w starciu wyborczym z dobrze zorganizowanymi islamistami. Ci jednak, co pokazał ostatni rok, również nie zdali egzaminu z demokracji.
Nie oznacza to, że sekularyści – liberałowie oraz przedstawiciele lewicy – stanowią margines egipskiego społeczeństwa. Choć są mniejszością, nie jest ich wcale tak mało, o czym świadczy skala ostatnich protestów, które zgromadziły miliony przeciwników Mursiego (aktywnych zwolenników obalonego prezydenta szacowano na dziesiątki lub setki tysięcy). Nie znaleźli oni dla siebie miejsca w ramach partyjnej rywalizacji, w związku z czym stworzyli oddolne ruchy protestu. Te zaś stały się politycznym instrumentem młodych i wykształconych Egipcjan, dla których wybór między świecką dyktaturą a nieliberalną demokracją, w której nie ma miejsca dla sekularystów, to żaden wybór.
Jednym z takich ruchów okazał się Tamarod (od arabskiego słowa tamarrud, czyli bunt), który poszedł w ślady Ruchu 6 Kwietnia (organizującego protesty na początku 2011 r.). Aktywiści Tamarodu twierdzą, że od kwietnia tego roku zgromadzili 22 mln podpisów pod petycją domagającą się ustąpienia Mursiego oraz rozpisania przedterminowych wyborów na stanowisko głowy państwa. Liczba ta jest raczej zawyżona, ale w kilkanaście milionów można chyba uwierzyć, zważywszy, że kontrowersyjne rządy Braci Muzułmanów dla wielu Egipcjan oznaczały zdradę rewolucji z 2011 r.
Aktywistom ruchu, do których dołączyli działacze Frontu Ocalenia Narodowego (wśród nich El-Baradei, Hamdin Sabahi i Amr Mussa), udało się zorganizować rewoltę okrzykniętą mianem największego protestu w historii Egiptu. Byli też tacy, którzy twierdzili, że to największy – jeśli idzie o liczbę demonstrantów w Kairze – protest w dziejach świata, choć w istocie można go porównać do wydarzeń z początku 2011 r. Niezależnie od tego, ilu Egipcjan wyszło na ulice, warto wspomnieć, że kilkadziesiąt ofiar śmiertelnych to nie tak dużo w porównaniu z prawie tysiącem sprzed ponad dwóch lat. Jednak tym razem w walki zaangażowani byli zwolennicy i przeciwnicy Mursiego, a nie siły bezpieczeństwa.

Rewolucja czy zamach stanu?

Największe demonstracje zaplanowano na niedzielę, 30 czerwca, choć już od kilku dni dochodziło do starć zwolenników i przeciwników Braci Muzułmanów. W poniedziałek, kiedy stało się jasne, że protest przybrał olbrzymie rozmiary, a Mursi nie zamierza podać się do dymisji (bo został wybrany w demokratycznych wyborach i tylko kolejne mogą pozbawić go stanowiska), na scenę wkroczyła armia. Ta – za pośrednictwem ministra obrony narodowej, Abd al-Fattaha as-Sisiego – wystosowała 48-godzinne ultimatum. Adresatami byli reprezentanci wszystkich sił politycznych, ale większość stanęła po stronie wojska. Wyjątek stanowiły rozmaite organizacje islamistyczne.
As-Sisi zagroził, że jeśli zwaśnione strony nie porozumieją się w sprawie rozwiązania kryzysu, a prezydent nie ustąpi wobec woli narodu, armia przedstawi własny plan wyjścia z impasu. Działacze Frontu Ocalenia Narodowego, podobnie jak młodzi aktywiści Tamarodu, z aprobatą przyjęli stanowisko armii, która – jak wierzą – stanęła po stronie większości Egipcjan, broniąc ich przed totalitarnymi zakusami Braci Muzułmanów. Nathan J. Brown z Carnegie Endowment for International Peace określił prezydenturę Mursiego jako „największą porażkę w historii Braci Muzułmanów”.
Przed upływem ultimatum rozgrywała się prawdziwa wojna nerwów. Prezydent zarzekał się, że poświęci swoją krew w obronie demokracji, podczas gdy As-Sisi w nie mniej dramatycznym przemówieniu twierdził, że armia jest gotowa poświęcić się w imię walki o urzeczywistnienie woli ludu, którego w tak trudnym momencie nie może opuścić, zachowując neutralność. Egipskie siły zbrojne wymazały obecną postawą pamięć o błędach popełnionych w czasie bezpośredniego sprawowania władzy.
Kilka godzin po upływie ultimatum, wieczorem 3 lipca br., kolejne przemówienie As-Sisiego rozwiało wszelkie wątpliwości. Prezydent Mursi został obalony. Zarówno on, jak i jego najbliżsi towarzysze znaleźli się w areszcie. Plac Tahrir szalał z radości, zwolennicy Braci Muzułmanów nie mogli uwierzyć w to, co się stało. Czy staną do walki w obronie prezydenta, do czego ten nawoływał? Tego nie wiadomo, ale wydaje się, że armii i policji uda się spacyfikować wszelkie przejawy niesubordynacji.
Ci Egipcjanie, którzy całym sercem poparli polityczną interwencję egipskich sił zbrojnych, twierdzą, że nie był to zamach stanu, gdyż armia zrealizowała jedynie postulat zbuntowanego społeczeństwa, a więc opowiedziała się po stronie demokracji. Nie przejęła też władzy bezpośrednio, lecz powołała na stanowisko głowy państwa – na okres przejściowy – przewodniczącego Najwyższego Sądu Konstytucyjnego. Ponadto zawieszono kontrowersyjną konstytucję oraz zapowiedziano utworzenie technokratycznego rządu jedności narodowej, który zajmie się przygotowaniem wyborów parlamentarnych i prezydenckich. Ma też powstać komisja reprezentująca wszystkie liczące się siły polityczne, w tym egipską młodzież. Jej zadaniem będzie modyfikacja ustawy zasadniczej i poddanie jej pod referendum.
Otwarte pozostaje pytanie, czy druga egipska rewolucja nie okaże się kontrrewolucją, ponieważ po stronie liberalnych przeciwników Braci Muzułmanów stanęli również dawni członkowie reżimu Mubaraka, którzy nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa. Polityczny chaos nad Nilem wydaje się coraz bardziej im sprzyjać, toteż można się spodziewać w najbliższej przyszłości wielu spektakularnych powrotów.

Autor jest doktorantem na Wydziale Studiów Międzynarodowych i Politycznych UJ oraz pracownikiem Centrum Badań Bliskowschodnich Instytutu Kultur Śródziemnomorskich i Orientalnych PAN. Zajmuje się procesami społeczno-gospodarczymi i politycznymi na Bliskim Wschodzie. Publicysta portalu Mojeopinie.pl

Wydanie: 28/2013

Kategorie: Świat
Tagi: Michał Lipa

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy