Duma i rozrzewnienie

Mamy upalne lato, dzieci wyjechały na wakacje, a minister Giertych przez dwa miesiące nie będzie ich uczył patriotyzmu.
Jest to oczywiście tylko częściowa prawda, bo im bardziej jesteśmy wolni i niepodlegli, tym mniej dzieci naprawdę wyjeżdża gdziekolwiek, piekąc się w miastach, w mieszkaniach i na podwórkach. Ale dlatego właśnie nasze dzieci potrzebują znacznie więcej patriotyzmu, aby zrozumieć, że na tym polega ich wyższość nad innymi, zagranicznymi dziećmi, które bawią się na plażach, pływają w basenach czy chodzą po górach i lasach, że my za to mamy niezłomnego ducha, nieustanną gotowość do najwyższych ofiar i rozpiera nas duma z bitwy pod Kircholmem.
Pomysł uczenia patriotyzmu w szkołach i przedszkolach jest pomysłem idiotycznym. Patriotyzm jest uczuciem, które w normalnych krajach przychodzi samo. Sprzyja mu przeczytanie paru książek w ojczystym języku, obejrzenie paru krajobrazów w okolicy, polubienie paru osób z sąsiedztwa i – co ogromnie ważne – zjedzenie kilku dań, których nikt nie potrafi przyrządzić lepiej niż we własnym kraju. Stosunkowo natomiast mniejszą rolę w budzeniu patriotyzmu ma dawna chwała praojców, najgorszym zaś sposobem na patriotyzm jest straszenie bohaterami i symbolami – hymnem, godłem, rodłem – co zamienia się rychło w tromtadrację, której wyszydzaniu poświęcona jest spora część polskiej literatury, czemu zawdzięczamy zresztą, że nie wyparowała jeszcze ostatnia resztka polskiego patriotyzmu.
Ponieważ patriotyzm nie zawsze musi brać się z dumy, czasami bierze się z rozrzewnienia. Iskry wznowiły niedawno słynną książkę Władysława Łozińskiego „Życie polskie w dawnych wiekach”, o której prof. Tazbir pisze, że Jan Lechoń zanim popełnił samobójstwo na emigracji, wspominał ją w obrazach, które pokazywały mu się we śnie. Lechoń był poetą dość egzaltowanym, ale inteligentnym, trudno więc uwierzyć, aby w „Życiu polskim…” budowały go szczególnie opisy magnackiego obłąkanego przepychu, prowadzącego kraj do ruiny, czy sarmackich obyczajów towarzyskich i politycznych, kończących się zazwyczaj „bigosowaniem”, czyli waleniem po pijanemu szablą, gdzie popadło. Ale mogło go to przecież rozrzewnić, ponieważ jak mówią Francuzi, tout comprendre c’est tout pardonner.
Minister Roman Giertych, reformując oświatę polską w duchu patriotycznym, postuluje, aby oddzielić nauczanie historii Polski od historii powszechnej, to znaczy zrobić coś wręcz odwrotnego, niż starały się robić pokolenia historyków przedstawiających historię Polski jako część historii powszechnej, a więc nadając jej sens.
Ten zamiar ministra jest szczególnie absurdalny obecnie, kiedy Polska jest częścią Unii Europejskiej i budowanie patriotyzmu europejskiego jest nieodzownym warunkiem utrzymania się tej budowli. Z okazji mundialu prasa niemiecka, a za nią polska, pisze ze szczególnym uznaniem, że Niemcy po raz pierwszy machają niemieckimi flagami bez cienia akcentów nacjonalistycznych, co stanowi dramatyczny kontrast z hitlerowską olimpiadą w Berlinie równo 70 lat temu i świadczy, że społeczeństwo niemieckie stało się europejskie. Kibicowanie zaś kadrze narodowej znaczy dlań tyle, co kibicowanie Huraganowi Łomianki w meczu z Niezłomnymi Piaseczno. Jest zabawą Europejczyków.
Jeśliby minister edukacji przeczytał Łozińskiego, zadałby też sobie pytanie, jak właściwie oddzielić historię polską od powszechnej. Autor „Życia polskiego…” cytuje bowiem wierszyk Reja, w którym ten podśmiewa się z niesłychanej wręcz polskiej zdolności do mimikry, a więc udawania wszystkiego, co tylko Polak gdziekolwiek podpatrzy. „Ukaż mu jakiś kształt, by też najdziwniejszy / Ujrzysz go trzeciego dnia, alić on tak chodzi / Postawą i ubiorem każdemu dogodzi”, pisze poeta, a sam Łoziński ma spory kłopot, jak opisać rdzennie polski ubiór szlachecki, bo czego się tknie, okazuje się bądź zachodnie, przyniesione poprzez dwór królewski, bądź wschodnie, tureckie czy tatarskie. Dotyczy to także naszej broni i kiedy Jan III Sobieski dostał z Włoch jakąś bardzo misterną szablę, wypracowaną w kraju Donatella, kazał ją natychmiast ozdobić na sposób turecki, który uważał za swojski.
To prawda, Łoziński pisze, że poniektórzy polscy magnaci, wysyłając swoich synów za granicę, drżeli, aby ich synowie nie skończyli tam w kryminale, ponieważ głównym zajęciem naszych za granicą było trwonienie pieniędzy na zabawach nieznanych w ojczyźnie, i ojciec Jana III zaklina swoich synów, „aby jak najmniej Polaków było, gdzie wy będziecie stać” i aby „nie równali drugim tam bestiom Polakom, bo jeśli wam Bóg więzienie przejrzał, cierpcie go za ojczyznę, ale nie za długi, jako to siła naszych pozdychała w katuszach francuskich dla długów, z wielką sromotą narodu naszego”.
Nie można wykluczyć, że pomysł oddzielenia historii powszechnej od historii polskiej w nauczaniu szkolnym ma według koncepcji ministra Giertycha podobny cel, ma więc uchronić młodzież przed zepsuciem. Świat, a zwłaszcza Zachód, przedstawia się bowiem zwolennikom naszego wicepremiera jako źródło zarazy moralnej ze swoim libertynizmem, wolnością, równością i braterstwem, ostatnio zaś tolerancją seksualną, która zdaniem najbliższego towarzysza wicepremiera, pana Wierzejskiego, oznacza zgodę na pederastię, która jest pedofilią.
Oddzielając też świat od Polski, znacznie łatwiej będzie pokazać młodzieży niezwykłe osiągnięcia narodu polskiego, nie tylko militarne, lecz także artystyczne czy naukowe. Receptą tą posługiwał się w swojej końcowej już fazie stalinizm, podając do wierzenia, że wszystkie ważne wynalazki ludzkości – samolot, samochód, radio, telewizja, film itd. – są w istocie dziełem perfidnie zapomnianych rosyjskich uczonych, często samouków. Żartowano wówczas, że nawet schody wynalazł niejaki Schodow.
Czy obowiązkowe nauczanie patriotyzmu w szkołach i wszędzie indziej może w praktyce okazać się naprawdę groźne, uwstecznić i sprowincjonalizować nasz sposób myślenia?
Otóż nie sądzę. Przepływ informacyjny przez telewizję i internet jest na tyle szeroki, a zapał młodych Polaków do podróżowania po świecie na tyle silny, że sprowadzenie nas znowu do umysłowego poziomu zatęchłej prowincji jest prawie niemożliwe. Powstaną oczywiście i już powstają niszowe siedliska ciemnoty, co mogliśmy oglądać np. w Sejmie w czasie debaty o Parlamencie Europejskim albo wśród Młodzieży Wszechpolskiej. Ale ogół się temu nie podda.
Jedynym więc prawdziwym ryzykiem Giertychowych reform jest to, że coraz mniej młodych ludzi myśleć będzie o swoim kraju nie tylko z dumą, ale choćby z rozrzewnieniem. Chyba że przypomną sobie bigos albo upojny zapach samogonu ze śliwowicy…

 

Wydanie: 28/2006

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy