W Wilnie jest mnóstwo anglojęzycznych reklam i tym nikt się nie przejmuje. Dlaczego przeszkadzają tabliczki z polskimi nazwami ulic w Solecznikach? Korespondencja z Wileńszczyzny Przed modernistycznym gmachem samorządu rejonu solecznickiego stoi pomnik młodego Adama Mickiewicza. Nie Adomasa Mickevičiusa. To położone 45 km na południe od Wilna miasteczko jest w ponad 80% zamieszkane przez polską mniejszość narodową. W urzędzie obowiązują polskojęzyczne plakietki na drzwiach. Dyrektor Bolesław Daszkiewicz urzęduje na pierwszym piętrze. Siada przy długim stole, przy którym odbywają się narady, i przywołuje początki sporu o tabliczki. Zaczął się on, kiedy pracownicy pod koniec lat 90. wywiesili zamówione i wykonane na własny koszt tablice z dwujęzycznymi nazwami ulic, które zawisły także na urzędach i szkołach. Kiedy w 2010 r. przestała obowiązywać ustawa o mniejszościach narodowych, okazało się, że to nielegalne. Tematem zainteresowała się Państwowa Komisja Języka Litewskiego. Sprawa trafiła do sądu, a ten tablice kazał zdjąć. Zniknęły więc z budynków instytucji państwowych. Ale nie z prywatnych posesji. W grudniu 2013 r. sąd nałożył na dyrektora samorządu 12,5 tys. euro kary za niewyegzekwowanie nakazu. Na nic się nie zdały argumenty, że dyrektorowi brakuje narzędzi prawnych, aby zmusić mieszkańców do zdjęcia tabliczek. Solecznicki Rejonowy Oddział Związku Polaków na Litwie ogłosił zbiórkę i w ciągu dwóch miesięcy zgromadzono ponad 30 tys. euro. Pieniądze dawali nie tylko Polacy na Litwie, ale też rodacy z Polski i Polonia z różnych krajów. Na początku maja Daszkiewicz karę zapłacił. Polacy w litewskich klasach Dyrektor pamięta, że tabliczki były wywieszane jeszcze za czasów radzieckich: – Dwujęzyczność była tu zawsze. Wtedy obowiązywały tabliczki w języku rosyjskim i litewskim. Później, po uzyskaniu niepodległości w 1991 r., ludzie zaczęli wywieszać nowe – w języku litewskim i polskim. Mieli nadzieję, że wszystko się odmieni. Rzeczywiście był to czas, kiedy kultura polska na Litwie intensywnie się odradzała. Powstawały polskie zespoły muzyczne i taneczne, drużyny sportowe, coraz więcej dzieci trafiało do polskich szkół. Choć te działały już wcześniej. Jedną z nich w 1966 r. ukończył dyrektor Daszkiewicz. Tylko że wtedy w klasie było siedmiu uczniów, klasy rosyjskie zaś liczyły po 25 osób. Dziś jest odwrotnie. Z roku na rok coraz trudniej utworzyć rosyjską klasę pierwszą. I wcale nie dlatego, że Rosjan drastycznie ubyło w Solecznikach. Po prostu dawniej Polacy zasilali ich klasy, dziś idą do litewskich. We wsi, w której wychował się Daszkiewicz, mieszkali sami Polacy. Tylko przewodniczący kołchozu był Rosjaninem. Ważną rolę w zachowaniu tożsamości narodowej odegrał nie tylko wiejski konserwatyzm wolno przyjmujący wszelkie zmiany, ale i Kościół. – Czy na tych ziemiach była akurat Polska, Rosja czy Litwa, msze zawsze odbywały się w języku polskim. Nie umiałem jeszcze czytać, a babcia już nauczyła mnie pacierzy po polsku – wspomina Daszkiewicz. Do kościoła jednak łatwiej było pójść prostej wieśniaczce czy szeregowej robotnicy niż urzędnikowi państwowemu. Daszkiewicz jako członek struktur samorządowych co tydzień więc zawoził matkę na mszę, sam jednak do kościoła nie wchodził. Po przełomie nikt już tego nie zabraniał, ale zaczęto zakazywać Polakom innych rzeczy. A zgodnie z zasadą, że im bardziej coś niedozwolone, tym bardziej się tego chce, na płocie Daszkiewicza tabliczka w języku polskim wisi. W Solecznikach podobno zostało ich tylko kilka. My nigdy stąd nie wyjeżdżaliśmy Te „ostańce” wiszą zazwyczaj na domach zamieszkanych przez tutejszą inteligencję i urzędników. Łucja Dudojć tabliczkę z polską wersją nazwy ulicy Nauja, czyli Nowa, zawiesiła po remoncie elewacji w 2008 r. Prawo wtedy jeszcze na to zezwalało. Pani Łucja pracuje w jednej ze stu szkół, które w 1936 r., rok po śmierci Józefa Piłsudskiego, powstały w rejonie wileńskim – ukochanej ziemi rodzinnej marszałka – na jego cześć. Studiowała filologię rosyjską w Wilnie, skąd pochodzi. Teraz wykłada nauczanie początkowe. Musiała się przekwalifikować, bo nastały takie czasy, że rosyjskiego mało kto chciał się uczyć. Po studiach miała zostać wysłana do pracy do Kłajpedy, poprosiła jednak o przydział w Solecznikach. Miasteczko znała z podróży do Lidy na Białorusi, gdzie odwiedzała babcię. Od ówczesnego dziekana usłyszała: – Głupia jesteś, Kłajpeda to piękne miasto, a ty jedziesz gdzieś, gdzie nie mówią dobrze w żadnym języku. Pani
Tagi:
Anna Maziuk







