Dziedzictwo Komuny

Dziedzictwo Komuny

Paryż, 26 maja 1871 r., 150 lat temu. Jeden z wieczorów „krwawego tygodnia” – zażartych walk paryskiej Komuny z nacierającymi wojskami francuskiego rządu. W mieście obowiązuje zaciemnienie, tymczasem w oknach mieszkania przy Avenue du Bel-Air pali się światło. Oficer rządowy wdziera się do kamienicy i stwierdza, że lokatorzy, Michał Szweycer i Adolf Rozwadowski, są Polakami. „Polacy, więc służycie Komunie!”, wykrzykuje. Starsi panowie zaprzeczają – nic ich z Komuną nie łączy, są wyznawcami sekty Andrzeja Towiańskiego. Ale Francuz nie słyszał o Towiańskim: Polacy zostają wyprowadzeni i natychmiast rozstrzelani.

Czy jeszcze pamiętamy, że był taki czas, w którym słowo „Polak” znaczyło „komunista”? Czy pamiętamy o udziale w Komunie Paryskiej 400-osobowej rzeszy Polaków? Dla tych ludzi Komuna była kontynuacją ich wcześniejszej, powstańczej walki. Stanowiła zbrojny protest przeciw upokorzeniu Francji w wojnie francusko-pruskiej, była buntem przeciw pokojowi ze zjednoczonymi już Niemcami, pokojowi, który grzebał ostatnie polskie nadzieje. Teraz jedyną szansą było już tylko rozpalenie rewolucji europejskiej, wywrócenie porządku ustalonego niegdyś przez kongres wiedeński. Oczywiście były to mrzonki. Lecz czymże, jak nie mrzonkami, były polskie powstania, zawsze wzniecane bez należytej politycznej kalkulacji? A przy tym – jak pisał Adam Mickiewicz w „Księgach pielgrzymstwa polskiego” – „gdzie tylko w Europie jest ucisk wolności i walka o nię, tam jest walka o Ojczyznę i za tę walkę bić się wszyscy powinni”. Stary Skawiński, bohater Sienkiewiczowskiego „Latarnika”, poszerzy wkrótce to wezwanie o kraje Nowego Świata. Polacy w Komunie także tym razem walczyli o „wolność waszą i naszą”.

Szweycer znał Mickiewicza, bywał w jego domu; trudniąc się fotografią, wykonał jego słynne zdjęcie. Ani on, ani Rozwadowski rzeczywiście nie byli komunardami. Ale obecność w Komunie ich rodaków była na tyle znaczna, że czterech z nich mianowano generałami. Stało się tak zwłaszcza w przypadku Jarosława Dąbrowskiego, niegdyś w Warszawie członka Komitetu Centralnego Narodowego, potem niedoszłego zesłańca, teraz zaprzysięgłego radykała, domagającego się marszu na Wersal, obalenia rezydującego tam rządu, rozwiązania Zgromadzenia Narodowego. Władze Komuny zrobiły Dąbrowskiego naczelnym wodzem – jedyny to przypadek, by najwyższą władzę wojskową powierzyli paryżanie cudzoziemcowi. A wśród Polaków mianowanych generałami byli także: 70-letni Roman Czarnomski, weteran powstania listopadowego, August Okołowicz, uczestnik wojny krymskiej, i Walery Wróblewski, jeden z dowódców powstania styczniowego. Na barykadach Komuny walczyły czasem całe polskie rodziny: obok Okołowicza jego bracia Anatol, Edward, Ferdynand i Karol, obok Dąbrowskiego jego brat, Teofil, również powstaniec, teraz mianowany pułkownikiem. Adiutantem Dąbrowskiego też był Polak, Włodzimierz Rożałowski.

„Krwawy tydzień” trwał od 21 maja. Dwa dni później, na barykadzie koło Montmartre’u, Dąbrowski został ciężko ranny i po paru godzinach zmarł w szpitalu. Szweycer i Rozwadowski jeszcze wtedy żyli – zginą po kolejnych dwóch dniach. Ale ich zwłoki będą leżeć na ulicy przez 48 godzin i dopiero po ucichnięciu strzałów Edmund Różycki, kolejny powstaniec styczniowy, otrzyma zgodę na zabranie ich i pochowanie na cmentarzu w podparyskim Bercy. Potem prochy zostaną przeniesione do Paryża, na cmentarz Père-Lachaise, do grobu zbiorowego. Osiadły we Florencji Teofil Lenartowicz poświęcił rozstrzelanym przejmujący poemat „Dwaj towiańszczycy”. Zapobiegliwie pozostawił go w rękopisie.

Nigdy nie lubiłem rewolucji. Terror wprowadzony przez komunardów – niszczenie i podpalanie budynków i pomników, rozstrzeliwanie zakładników – budzi moją odrazę. Zwłaszcza że wśród straconych zakładników był arcybiskup Paryża, Georges Darboy, akurat hierarcha o poglądach liberalnych. Ale odraza nie powinna być wybiórcza – terror (choć na mniejszą skalę) znały wszystkie polskie powstania, dopiero co na ulicach Warszawy szaleli „sztyletnicy”. Terror Komuny szybko zaś zyskał odpowiedź w postaci jeszcze sroższego terroru rządowego. W samym „krwawym tygodniu” zabito ok. 20 tys. komunardów i paryżan; wśród ofiar był wspomniany 25-letni Karol Okołowicz, łącznik Dąbrowskiego, rozstrzelany w forcie Vincennes. Potem wydano na komunardów 1266 wyroków śmierci, ponad 7 tys. zesłano do Nowej Kaledonii, wielu (nawet sędziwego Czarnomskiego) skazano na galery.

Dla Francuzów była Komuna ostatnim odblaskiem wydarzeń rewolucyjnych zapoczątkowanych niegdyś zburzeniem Bastylii. Dla Polaków była ostatnim aktem powstań: w tym przypadku skierowanym przeciw nowemu prorosyjskiemu rządowi Francji oraz przeciw nowo powstałemu Cesarstwu Niemieckiemu. Jeżeli czcimy polskich powstańców, to z grona tego nie powinniśmy wyłączać polskich komunardów – i to tym bardziej jeszcze, że byli to często ci sami ludzie. Jeżeli jednak nawet włączymy Komunę w ciąg rewolt społecznych, nawet tych o obliczu antypowstańczym, jak ćwierć wieku wcześniejsza rabacja galicyjska, to i tak nie przestanie być ona naszym wspólnym, polskim dziedzictwem. Bo dziedzictwa się nie wybiera, z garbem dziedzictwa się rodzimy, dźwigamy je na barkach, nosimy w genach. Powiedz mi, co sądzisz o Komunie, a ja ci powiem, kim jesteś. Przestaniemy być narodem, jeżeli pozwolimy odebrać sobie dziedzictwo.

a.romanowski@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 22/2021

Kategorie: Andrzej Romanowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy