Felieton w genach – rozmowa z Danielem oraz Agatą Passent

Felieton w genach – rozmowa z Danielem oraz Agatą Passent

Jesteście z Żoliborza.
Daniel Passent: – Ja się czuję żoliborzaninem, Agatka raczej jest patriotką „kwadratu” – placu Unii Lubelskiej, Rozdroża i okolic.
Agata Passent: – Poza biegunem zimna, Kabatami, wszędzie w Warszawie czuję się dobrze.
Czujecie się warszawką?
DP: – Chyba nie. Ja już nie bywam…
AP: – Tata nie bywa, bo wszyscy bywają u niego, to jest ten wyższy poziom.

Agata mnie wysłuchuje, ale nie słucha

To fatalnie być córką, w której ojciec ulokował swoje ambicje, marzenia?
AP: – Fatalnie mieć takie stereotypy w głowie! Nie zadał pan pytania, czy fajnie mieć ojca inteligentnego, błyskotliwego, na którym można się wesprzeć. A mam szczęście, że mam takiego tatę, z którym mogę się przyjaźnić, rozmawiać, dowcipkować, a jednocześnie mieć w nim oparcie. To nie jest kumplowanie, to nie ten układ. Myślę, że tata ode mnie sporo wymaga, ale ja od taty też.
DP: – To jest nieprawdziwe przekonanie, że Agata miała wszystko ustawione. Myślę, że raczej miała w domu dobre wzorce. Rodziców, którzy pracują, tworzą, są zaangażowani w to, co robią. Natomiast nie była do niczego przymuszana. Raczej usiłowaliśmy wzmacniać jej pasje. Jeśli nie chciała grać na pianinie, to nie grała. Jeśli chciała grać w tenisa, bo od dziecka zdradzała talenty sportowe, to grała. Proszę pana, gdyby Agata spełniała to, czego ja sobie życzę, to na pewno nie byłaby dziennikarką.
AP: – I raczej byłabym wysoką blondynką
DP: – Co to – to nie. Ładniejszej nie ma! Ale nie byłaby dziennikarką…
AP: – Może bym mieszkała gdzieś w Stanach…
DP: – Tak! Zostałaby w Stanach. Namawiałem ją po studiach, gdy ukończyła Harvard i wszystkie drzwi były przed nią otwarte, żeby kontynuowała tam naukę. A Agata – przeciwnie. Chciała wrócić do Polski i wróciła. Więc widzi pan… Ona mnie wysłuchuje, ale nie słucha!
To chyba dobrze?
DP: – Agata jest wspaniałą córką, świetnie się rozumiemy, jest bardzo opiekuńcza. Nasza rodzina jest zwarta. Choćby z racji Okularników, Fundacji im. Agnieszki Osieckiej, którą Agata założyła, w której moja żona pracuje, a której ja kibicuję. Mamy codzienny kontakt. To wielkie szczęście dla rodziców mieć codzienny kontakt z dorosłymi dziećmi.
AP: – Są różne wzorce wymagającego ojca. Na przykład taki, który przychodzi późno po pracy do domu i ma 10 minut na zabawę z córką. A jednocześnie wymaga od niej nie wiadomo czego. Albo jest niesamowicie oschły, na zasadzie: dziecko, nie przeszkadzaj mi, bo czytam. Dzieciństwo wielu osób tak wyglądało.
A pani?
AP: – Teraz jest moda na podkreślanie, jacy to genialni są ci tatusiowie, którzy umieją bawić się z dzieckiem, wciąż się opowiada, jaki to wielki zwrot nastąpił w społeczeństwie, że teraz tatusiowie są bardziej zaangażowani. Dla mnie to coś absolutnie oczywistego, bo ja miałam takiego tatę.
Który się poświęcał dla dziecka?
AP: – Ależ nie! Nie było żadnej kwestii poświęcania! Po prostu tata jest niesamowicie rodzinny. W związku z tym nie walczyłam o czas spędzony z ojcem. Teraz sama mam dziecko, tata jest dziadkiem, i z opowieści taty wnioskuję, że on czerpał i czerpie większą radość z rodzicielstwa niż ja.
Naprawdę?
AP: – Ja często odbieram rodzicielstwo negatywnie. Zauważyłam to w felietonach, które piszę o dzieciach – że jest to obowiązek, że są głośne, że ciągle chorują, że ciszy w domu nie ma, a wiemy, że ludzie piszący lubią, żeby było trochę spokoju. A kiedy tata wspomina swoje ojcostwo, to podkreśla, jak to pięknie mieć dzieci i jaki to był piękny okres w jego życiu!
Kłania się syndrom dojrzałego ojca…
DP: – Sam jestem dzieckiem Holokaustu, nie miałem rodziców, więc dla mnie rodzina i dom mają ogromne znaczenie w hierarchii wartości. To wszystko, czego sam nie dostałem, chciałem dać córce, a teraz – wnukom. To tłumaczy moje zachowanie.
AP: – Tata jest domatorem, kocha dom…
DP: – O mnie w Ameryce, kiedy byłem sam z sześcioletnią Agatką, mówiono, że jestem Jewish Father. W Ameryce Jewish Mother to symbol matki nadopiekuńczej. Ja byłem taką matką.
Gdy byłem w Izraelu, słyszałem z kolei, że jest tam powiedzenie „polska mame”, które znaczy dokładnie to samo, co w Ameryce
Jewish Mother. I dla jego zilustrowania mówiono tak: normalna matka, gdy dziecko płacze, woła: Przestań płakać, bo cię zabiję! A „polska mame” woła: Przestań płakać, bo się zabiję!
AP: – Ciekawe, co by powiedzieli o polskich babciach… Babcie reformują się mniej niż dziadkowie. Zauważyłam, że dziadkowie inaczej podchodzą do wnuków, niż podchodzili do synów. Mój tata na przykład – gdy był młodszy, był bardziej nerwowy. Przypominał osobowością Kaczora Donalda.

Mój charakter się poprawił
DP: – Agata ma rację! Na starość znacznie się uspokoiłem. W młodości byłem twardszy i bardziej impulsywny. Byłem wymagający w stosunku do Agaty. I nawet do dzisiaj mam wyrzuty sumienia, że jeśli chodzi o tabliczkę mnożenia czy rachunki, to nie popuszczałem. A ona nie mogła się tego nauczyć…
AP: – Tato! Na jakiegoś głąba wychodzę…
DP: – Ale teraz to ja się uczę od Agaty. To ona podsuwa mi lektury, opowiada, na jakich jest wystawach. Teraz to ja do niej albo do jej męża dzwonię, żeby o coś zapytać. Na przykład czy filiżankę z uchem do wewnątrz zaprojektował Duchamp czy ktoś inny. Okazuje się, że Duchamp to pisuar…
AP: – Jest opowieść taty, jak byłam na stypendium w Berlinie i bardzo chciałam, żeby mnie odwiedził. On też chciał zobaczyć, gdzie mieszkam, Berlin jest w naszej rodzinie ważnym miejscem, tata był tam w dzieciństwie.
I odwiedził?
DP: – Oczywiście. I jak przyjechałem, myślałem, że córcia rzuci się tatusiowi w ramiona, że sobie pogadamy, a ona od razu zaciągnęła mnie do muzeum. Z wielką walizką, z którą przyjechałem. Szatniarz był zdziwiony, że taki bagaż oddaję… Rzeczywiście Agata mnie mobilizuje.
To prawda?
AP: – Cenię go. Bo tata jest bardzo asertywny.
A pani?
AP: – Nie, nie… Nie wierzę, że między ludźmi możliwa jest totalna, stuprocentowa szczerość. Tak się nie da. Co by to było, gdybyśmy wszyscy mówili sobie bez przerwy, co myślimy! Jeszcze tacy złośliwcy felietoniści… Ale tata jest asertywny. Nie jest tak, że wszystko chwali. Mówi, czego oczekuje.
DP: – Ciekawe, że córka widzi mnie jako asertywnego, ponieważ ja mam do siebie pretensję, że na starość jestem za mało asertywny. Że za mało forsuję swoje zdanie. Czy to w pracy, w tym, co piszę, czy w rodzinie…
AP: – Bo chyba z wiekiem człowiek nabiera doświadczenia i widzi, co jest ważne. A ważne jest to, że jesteśmy zdrowi, że spędzamy dużo czasu z ludźmi, którzy coś dla nas znaczą. I nie tracimy czasu na jakieś głupie kłótnie.
DP: – Zgadzam się, że człowiek z wiekiem mądrzeje. Uważam też, że mój charakter się poprawił. Kiedyś byłem bardziej agresywny, napastliwy w tym, co piszę, czerpałem satysfakcję z tego, że komuś mogłem udowodnić, że jest głupi albo że nie ma racji czy jest grafomanem. Dzisiaj już mnie to nie bawi. Jestem bardziej skupiony na wartościach, które z kolei wtedy zaniedbywałem.
AP: – Na przyjemnościach w życiu, żeby pobyć z bliską osobą, pojechać w ciekawe miejsce, obejrzeć wystawy…

Magia Harvardu

Czy była pani zbuntowaną nastolatką?
AP: – Nie za bardzo.
Nie miała pani czasu?
AP: – Jakieś takie zupełne banały typu papierosy czy przekłuwanie sobie nosa w sześciu miejscach – to mnie ominęło. Chyba miałam dobre proporcje. A później mieszkałam w akademiku, więc nie miałam komu okazywać tego buntu, rodziców nie było. Myślę, że to jest świetny trop…
Wysłać do akademika?
AP: – Tak! Bo co z oczu, tego nie żal. Żeby nie było widać, co tam się dzieje…
DP: – Ja też uważam, że bardzo ważnym momentem było dostanie się Agaty na Harvard i związana z tym przeprowadzka do akademika w wieku 17 czy 18 lat. A to jest wiek buntu, wybijania się na samodzielność. To byłoby przy mnie trudne, dlatego że bardzo się niepokoję, jeśli dziecko nie wraca o 22.00 do domu.
AP: – Nie tylko. Kiedy nie ma domowników – również.
DP: – Tak. Cierpi na tym moje poczucie bezpieczeństwa. A fakt, że Agata musiała się wyprowadzić do domu akademickiego, uważam za zbawienny. To bardzo dobry system, że młoda osoba wychodzi w świat, zwłaszcza na dobry uniwersytet. A jednocześnie mieliśmy to szczęście, że mieszkaliśmy w tym samym mieście. Bo my byliśmy w Bostonie, a Agata mieszkała w Cambridge, dzielnicy Bostonu.
Pan to zaaranżował?
DP: – Nie, w Ameryce tego się nie „aranżuje”. Jedyne, co mogłem, to w 1990 r. przyjąć propozycję pracy w Bostonie na cztery lata. Jednym z motywów było to, żeby moje dzieci, Agata i pasierb Łukasz, odebrały dobre wykształcenie. Natomiast to, że ona dostała się na Harvard, jest tylko i wyłącznie jej zasługą. Przeszła przez długi proces selekcji chętnych z całego świata.
I na studiach mieszkała w akademiku.
DP: – Dzięki temu nie wiedziałem, czy ona śpi, z kim śpi, kiedy wraca do akademika, co je, czy się uczy…
Miał pan, nadopiekuńczy ojciec, wielkie zaufanie do córki. Nie chodził pan po ścianach?
DP: – Nie chodziłem. Byłem spokojny. Wiedziałem, że to jeden z najważniejszych momentów jej życia. Raz tylko mi się naraziła, kiedy zniknęła bez znaku życia i okazało się, że pojechała do Nowego Jorku.
Chciała pani jechać do Ameryki i tam studiować?
AP: – Wtedy chciałam. Ja nie przeszłam buntu. Przeszłam coś w rodzaju depresji. Byłam w dołku. W polskiej szkole jest mnóstwo przedmiotów, a połowa z nich mnie nie interesowała, trudno było też łączyć sport z nauką. Pomyślałam sobie, że jeśli mam dalej się męczyć z tą nauką, niech już to będzie w jakimś świetnym miejscu. Później się cieszyłam. Swój czas na Harvardzie wspominam jako rewelacyjny pod względem akademickim i zabawowym. Ale chciałam podkreślić, że dopiero tam zaczęłam myśleć w kategoriach „obywatel”. Tam kazali mi udzielać się jako wolontariuszka. Pamiętasz, tato?
DP: – Oczywiście. Pracowałaś społecznie w domu opieki.
AP: – Pamiętam to doświadczenie. To jest coś takiego, że wymusza się na dziewczynach i chłopakach, którzy mają 16-18 lat, żeby spostrzegli, że są ludzie, którzy mają lat 80, 90. Wiadomo, mogliśmy robić tylko najprostsze rzeczy – parzyć im herbatę, zabawiać ich rozmową, wyprowadzić na spacer… Opiekowałam się starszą panią, Żydówką z Węgier. Miała już zaawansowaną sklerozę i dwa razy w tygodniu opowiadała mi to samo, z takim przejęciem – jak świetnie jeździła na koniu, jak brylowała w Budapeszcie, w przedwojennej szkole jeździeckiej… Od razu poznaje się Amerykę, z czego się składa.
DP: – Pyta pan, kiedy nastąpiło wybicie się Agaty na niepodległość? Otóż córka zaczęła przerastać mnie pod pewnymi względami na studiach; wtedy zrozumiałem, że w sensie intelektualnym już niewiele mogę jej dać. Kiedyś zapytała żonę i mnie, czy może do nas do domu zaprosić na kolację koleżanki i kolegów z Harvardu, kilka osób. Odpowiedzieliśmy: oczywiście, z wielką przyjemnością. Zanim przyszli, zastanawiałem się, jak to będzie wyglądało, jak będę siedział z tą młodzieżą przy stole. Jak pokierować konwersacją, żeby coś na tym skorzystali. No i, proszę pana, oni tak się rozgadali między sobą, że w ogóle nie było im potrzebne żadne paliwo, żadna opieka towarzyska czy intelektualna. Okazało się, że już ta ich rozmowa była dla mnie za trudna. Bo rozmawiali o książkach, których, niestety, nie znałem, nie czytałem.
Nikt nie przeczyta wszystkich książek.
DP: – Oczywiście, ale wtedy zobaczyłem, że oni mają po 19-20 lat i już pod pewnymi względami wiedzą więcej ode mnie. Co zresztą jest moim kompleksem, że jestem stosunkowo słabo wykształcony, za mało oczytany, zwłaszcza w klasyce. Za dużo grałem w piłkę, w tenisa, w koszykówkę i od tamtego czasu to się za mną ciągnie…

Kocham mistrzów

AP: – Ja z kolei odczuwam, że wiedza, którą przyswajałam w szkole średniej, dla obecnych trzydziesto-, czterdziestolatków jest niewystarczającym narzędziem. Więc czuję się fatalnie, próbując śledzić niektóre debaty. Cały czas mam kompleks, poczucie, że nie rozumiem pewnych zjawisk. O debacie o OFE już nie wspomnę…
I co wtedy?
AP: – Miałam szczęście, że wychowałam się w rodzinie świetnych warszawiaków. I kiedy przychodzili goście, nie byłam zamknięta w austriackiej piwnicy, nie udawano, że mnie nie ma. Dzięki temu mam teraz dobry kontakt z osobami z pokolenia rodziców i jeśli czegoś nie wiem, to zawsze mogę zadzwonić.
Wie pani, że według jednej z definicji dziennikarz to człowiek, który nic nie wie, poza jednym – wie, kto wie.
DP: – Ja, jeśli czegoś nie wiem, to przede wszystkim dzwonię do prof. Garlickiego. On na ogół wie. I kiedy słyszy mój głos w słuchawce, od razu pyta: „Czego tym razem nie wiesz?”.
Jest cień wybitnych rodziców, z którego trudno wyjść?
AP: – Po pierwsze, nigdy świadomie czegoś takiego nie czułam. Tata nie robi z siebie pomnikowej postaci, raczej deprecjonuje pracę felietonisty. Nie czułam się więc córką ani synem Marii Skłodowskiej-Curie.
Na pewno?
AP: – Sport jest najlepszą metaforą życia ludzkiego. Otóż lubię być nie tym, który biegnie w maratonie pierwszy, ale takim biegnącym w czubie. Obok. Wtedy czuję, że daję z siebie więcej. W ogóle mam naturę osoby, która lubi mieć wokół siebie mistrzów. To dla mnie coś niesłychanie pozytywnego. Mam ich wokół siebie sporo. Różnych. To nie znaczy, że jestem w nich ślepo wpatrzona. Pytam ich i robię swoje.
Trudno było wypracować sobie własną markę?
AP: – Nie. Dlatego że pracujemy z tatą w innych mediach. W innych tytułach, adresowanych do innych osób, do innego pokolenia. U mnie jest więcej tematyki feministycznej, psychologicznej, lifestylowej. U taty – polityka, historia. Nie zabieram w tej sprawie głosu, co nie znaczy, że nie głosuję.

Tuzy dziennikarstwa i jego mordercy

Nie ma pan wielkiego nabożeństwa dla pracy dziennikarza. Dlaczego tak jest?
DP: – Niedawno miałem dwa spotkania na Uniwersytecie Warszawskim, prowadzący przedstawił mnie jako „nestora dziennikarstwa”. Teraz więc chciałbym skorzystać z pozycji nestora i tego, że jesteśmy wszyscy troje dziennikarzami, żeby powiedzieć, że gdyby ktoś mnie zapytał, co sądzę o przygotowaniu dziennikarzy, odparłbym tak: po pierwsze, należy skasować studia dziennikarskie. W ogóle. Po drugie, czytać, czytać i jeszcze raz czytać. Bo zanim się człowiek obejrzy, ma już mnóstwo ważnych książek nieprzeczytanych i jest po prostu gamoniem.
AP: – A po trzecie, trzeba wybrać jakiś konkretny kierunek studiów, mieć jakąś specjalizację. Wtedy ma się materac, na który można opadać. Świetnie to widać na przykład w felietonach prof. Stommy.
DP: – Dziennikarz musi być wykształcony w jakimś kierunku, a studia dziennikarskie tego nie dają. Agnieszka Osiecka uważała swoje studia dziennikarskie za stracone lata, które nadrobiła potem w łódzkiej Filmówce. Najciekawszą publicystykę uprawia profesura – Łagowski, Stomma, Hartman, Romanowski. To są najciekawsi autorzy.
Rozmawiałem kiedyś z prof. Łagowskim. Mówił mi, jak przygotowuje się do felietonów, że to gigantyczna praca, wielodniowa. Że czasami musi przeczytać po pięć, sześć książek, żeby napisać kilka zdań.
DP: – Rozumiem to. Kiedy byłem młodym felietonistą, wystarczyło mi pół dnia, żeby napisać felieton. Teraz piszę jeden felieton kilka dni.
No proszę! A ja ciągle spotykam się z takim podejściem do dziennikarza: siądziesz, napiszesz, co to dla ciebie… Godzinka i już. Patrz, jak piszą w internecie.
AP: – Jednym z największych zabójców dobrego dziennikarstwa są te wszystkie kanały newsowe, które zniszczyły jakość. Mało kto ma już głowę do weryfikowania informacji, chodzi tylko o to, żeby jak najszybciej ją podać, żeby była sensacja.
A jeśli okazuje się to nieprawdą?
AP: – To też dobrze. Bo jest wtedy kolejna sensacja – że to była nieprawda, że dementujemy jako pierwsi! A najlepiej, żeby te wszystkie newsy były straszne. Proszę sobie przypomnieć, jak relacjonowano katastrofę w Japonii. Jednego dnia mówiono: uwolnił się pluton, który jest potworną substancją, straszna sprawa, koniec świata! A po kilku dniach: jednak tego plutonu nie tak dużo…
DP: – Co gorsza, to dotyczy też ludzi. Bez zastanowienia puszcza się w świat każdą plotkę, obrzydliwą, nieprawdopodobną, byle tylko dyskredytowała…
AP: – Drugą rzeczą, która zniszczyła dobre dziennikarstwo, cyzelowanie tekstu, sprawdzanie informacji, jest internet. Redaktorzy, którzy pracują w portalach internetowych, już nawet nie mówią: „Poproszę o tekst”. Dla nich to nie jest artykuł – dla nich to jest content, zawartość. Żeby coś wlać. A podpis autora? Nieważny. Jakieś literki.
A komentarze tych milionów anonimowych internautów? Dużo daje do myślenia jad lejący się z ich wypowiedzi.
AP: – Nigdy tego nie czytam.
DP: – Ja prowadzę bloga, więc czytam.
AP: – Masz na szczęście fanów, którzy są życzliwi.
DP: – Zdarzają się też przeciwnicy, to mi nie przeszkadza. Choć muszę powiedzieć, że jestem ciągle zaskoczony natężeniem antysemityzmu. Widać to było przy okazji książki Grossa, jak wróciła sprawa żydowska, jak ożywili się pewni ludzie…
Lem mówił, że gdyby nie internet, nie wiedziałby, że tylu idiotów jest na świecie.
AP: – Ja jestem trochę bardziej tolerancyjna. Nazywam to arytmetyką cierpienia. Że Polak lubi podkreślić, jak był męczony, jakie ma zasługi, że też walczył. Gdyby amerykański Indianin spotkał się z Polakiem i Żydem, to Polak zaraz by powiedział: co tam wasze cierpienia, my to byliśmy prześladowani! My to mieliśmy powstanie!

Po co dyskutują Polacy?

Skąd się bierze to cierpiętnictwo? Użalanie się nad sobą?
AP: – Bardzo długo ludzie nie mogli się wygadać. Bo nie było debaty. Ani rodziny akowskie nie mogły się wypłakać, wywentylować swoich cierpień, ani rodziny żydowskie… Tak naprawdę debata trwa od kilku lat. Może więc potrzebujemy trochę więcej czasu, żeby się wylało do końca? A w ogóle to w Polsce jest bardzo wysoki poziom frustracji, wynikający z potwornego wyścigu szczurów. Nie mam telewizora, nie oglądam telewizji od wielu lat, bo nie jestem w stanie wytrzymać tego, że ludzie ze sobą tak się kłócą! Podziwiam tatę, że chodzi na te dyskusje… Polakom potrzebny jest Ravi Shankar, taki Hindus, który prowadzi ćwiczenia uspokajające. Najpierw trochę ćwiczeń oddechowych, a później dopiero merytoryczna dyskusja. To pomoże…
DP: – Dobrą stroną naszej rzeczywistości, zwłaszcza dla kogoś, kto dorastał w czasach cenzury, jak ja, jest to, że Polska jest taka rozdyskutowana. Rozdyskutowana między Platformą a PiS, rozdyskutowana w sprawie OFE, w sprawie Grossa, w sprawie Graczyka i „Tygodnika Powszechnego”, Kaczyńskiego, Smoleńska itd.
AP: – Ale czy ta Polska potrafi w wyniku dyskusji zmieniać zdanie?
Ano właśnie, czy to jest dyskusja, czy tylko wykrzykiwanie własnego ja?
AP: – Czy prof. Środa kiedykolwiek przyjęła rację Jarosława Rymkiewicza?
DP: – Dla mnie Środa ma na ogół rację.
AP: – To ja wiem. Ale nigdy nie zmienia zdania!
DP: – Jest bardzo głęboka polaryzacja. Nie wyobrażam sobie, żeby prof. Środa przyjęła rację Rymkiewicza, dwa bieguny się nie zejdą. Poza tym ton debacie publicznej nadaje PiS, nadają publicyści konserwatywni. Ja ich poglądów nie podzielam, ale dochowali się całego grona ludzi oczytanych, wykształconych, biegłych w piśmie: Cichocki, Karłowicz, Lisicki, Krasowski, Michalski, prof. Andrzej Nowak i pomniejsi. Lewica nie ma takich szabel. Środa, Łagowski, Szczuka, Sierakowski – trochę mało. Proszę popatrzeć, jacy zdeterminowani są publicyści prawicowi, jaką prowadzą walkę o historię, o Kaczyńskiego, o krzyż, o pomnik, o każdy przyczółek w mediach, o Pospieszalskiego, Wildsteina, PiS. Im nie jest wszystko jedno. Są gramotni i zdeterminowani.
Jak PZPR na początku lat 50.?
DP: – Z tym, że PZPR kneblowała swoich przeciwników, a IPN czy „Rzeczpospolita” nie mają takiej możliwości. A gdy taka możliwość była, to prezesi Czabański i Wildstein zwalniali, aż furczało.
AP: – A ja pozwolę sobie się nie zgodzić. Ja bym powiedziała, że ton nadaje TVN. Być może więc część bardziej prawicowych felietonistów musi mówić głośniej, bo ma mniejszą platformę, na której się pokazuje. Gdyby mieli ogromny kanał telewizyjny i duże radio, to może by się trochę powściągali…
DP: – Przecież do niedawna mieli publiczną telewizję, publiczne radio, wszystkie trzy programy, i wcale nie spuszczali z tonu, wręcz przeciwnie, twierdzili, że są marginalizowani.

Po pierwsze, temperament…

Bardzo pan przeżywał, kiedy się dowiedział, że córka zdecydowała się zostać dziennikarką?
DP: – Nie bardzo przeżywałem, dlatego że to nie była jednorazowa decyzja. Córka zaczęła pisać, będąc studentką, wysyłała pierwsze felietony do „Filipinki”.
AP: – Żeby sobie dorabiać kieszonkowe.
DP: – Na początku w ogóle o tym nie wiedziałem. Nie jestem do końca zadowolony z tego, że Agata jest dziennikarką. Dotychczas sądziłem, że felieton umrze wraz z felietonistami mojej generacji, że takiego felietonu, jaki moje pokolenie pisało, nie będzie, po co więc się doskonalić w rzemiośle, które odchodzi w przeszłość? Kisielewski, Urban, Słonimski, Toeplitz, Słojewski, Dobosz… To wygląda trochę na statek umarłych i nie chciałem, żeby Agata na niego wsiadała. Poza tym uważam, że jest zbyt zdolna i dobrze wykształcona, żeby być dziennikarką. Mam o zawodzie dziennikarskim dosyć trzeźwą opinię. To nie jest zawód dla orłów. Z drugiej strony cieszę się, że córka wybrała to, co chciała, i że w pełni się w tym realizuje. Kiedyś na Harvardzie przechodziliśmy koło biblioteki głównej, wieczorem, na ósmym piętrze świeciło się jedno światełko. I Agata mnie zapytała: „Widzisz, tato, to światełko tam na górze?”. Ja na to: „Widzę”. A ona: „Tam bym spędziła resztę życia, gdybym została germanistką, tak jak ty chcesz”.
AP: – Nie mam osobowości żeby pisać dla 10-15 osób, dla wąskiego środowiska.
DP: – Może Agata odziedziczyła temperament po rodzicach? Agnieszka nie pisała do drugiego obiegu, nie pisała do szuflady, tylko gdy napisała piosenkę, to chciała, żeby ta piosenka była wykonywana. Gdy napisała sztukę, to chciała, żeby ta sztuka była na afiszu. Ja podobnie. Gdy napiszę felieton, to oczekuję, że się ukaże i będzie czytany.
A szuka pan później opinii czytelników?
DP: – Główną troską nie jest to, co inni mówią o moich felietonach, tylko czy mam temat do następnego. Dopóki nie mam tematu następnego felietonu, dopóty jestem niespokojny. Nie mam czasu dla wnuków, nie idę w gości, nie zapraszam nikogo do domu. Dopiero kiedy mam temat, pomysł – wtedy jestem spokojny.
A jak to jest – zbliża się termin oddania tekstu, a kartka pusta i w głowie pusto?
DP: – To bardzo nieprzyjemne uczucie. Staram się do tego nie dopuszczać, czytam, notuję, robię wycinki.
AP: – Rzadko jesteśmy totalnie zresetowani. Trzeba być czujnym, żeby nie zgubić ciekawego tematu. Światełko zawsze się świeci.

Wydanie: 20/2011

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy