Gabi w fabryce snów

Gabi w fabryce snów

Renata Gabryjelska: – Teraz pracuję po drugiej stronie kamery

Choć minęło już prawie dziewięć lat, to tej sceny krakowskie kwiaciarki z Rynku Głównego do dzisiaj nie mogą zapomnieć. Był poranek, 14 września 2002 r., gdy pod parasolem, między wazonami z kwiatami, ustawiono stolik i trzy krzesła. Najpierw zjawił się pracownik urzędu stanu cywilnego, a po chwili przyszli nowożeńcy. Ona piękna, 30-letnia, on o 13 lat od niej starszy. Wokół tylko kilka osób, najbliższa rodzina. Ktoś fotografował i filmował. Przechodnie nawet się nie zatrzymywali, bo myśleli, że to scena z nowego serialu. Tymczasem był to prawdziwy ślub Stanisława Tyczyńskiego, właściciela Radia RMF FM, z Renatą Gabryjelską, modelką i aktorką, wicemiss Polonia z 1993 r., Ewą ze „Złotopolskich”, dziewczyną z okładek „Elle” i „Playboya”.
– To wszystko stało się pod moim parasolem – wspomina Kazimiera Rogozińska, jedna z najstarszych krakowskich kwiaciarek.
– Kilka dni wcześniej przyszedł do mnie dziennikarz z Radia RMF i powiedział, że jego szef chciałby wcześnie rano wziąć ślub na stoisku z kwiatami. Powiedziałam, że rano jestem na giełdzie, ale zrobię wszystko, aby zdążyć, bo też słucham tego radia. To trwało krótko. Gdy tylko podpisali dokumenty, na stole stanęły dwa kielichy i wypili szampana. W imieniu wszystkich kwiaciarek wręczyłam im bukiet i życzyłam dużo zdrowia, bo to jest ważniejsze niż jego pieniądze. Ale powiem panu, że nigdy nie wzięłabym ślubu pod parasolem. W urzędzie to jest powaga, nastrój, grają tego „Marsza” Mendelssohna…
Potem też było jak w filmie. Do restauracji Loch Camelot, w której odbywało się przyjęcie weselne, grupa mężczyzn wniosła pannę młodą w wielkiej skrzyni. Tyczyński też przyjechał w podobnej skrzyni, lecz wiezionej na taczce. To było granie obrazami, a nie dźwiękiem. Być może od chwili ślubu z aktorką Tyczyński zaczął marzyć o robieniu filmów. Stworzył już największą w Polsce prywatną rozgłośnię radiową, teraz chciał zrobić coś nowego, jeszcze większego. Może to wszystko dla niej?
Po przeprowadzce do Krakowa Renata Gabryjelska zrezygnowała najpierw z kariery modelki, a wkrótce z grania w filmach i niemal zupełnie wycofała się z życia publicznego. Prasa kobieca donosiła o ustawionej na całe życie Gabryjelskiej, która jest żoną człowieka plasującego się w pierwszej setce najbogatszych Polaków i nie musi już nic robić ani zabiegać o popularność.
Cztery lata później, w 2006 r., Stanisław Tyczyński zrobił nieprawdopodobną woltę. Sprzedał radio niemieckiej spółce Bauer, choć przez lata chwalił się, że RMF FM wraz z takimi spółkami pokrewnymi jak Broker FM, Opera FM czy Interia.pl to jedyny w naszym kraju prywatny koncern medialny z wyłącznie polskim kapitałem. Oficjalnie mówiło się, że nieprzypadkowo wybrał narodowość spółki, aby zezłościć będących przy władzy Lecha i Jarosława Kaczyńskich oraz krytykujące go stale PiS, co w efekcie mogło doprowadzić do nieprzedłużenia koncesji dla tego radia, wygasającej w 2008 r. Ta interpretacja decyzji była naciągana. To wszystko nie miało chyba nic wspólnego z polityką, bardziej natomiast z Gabi, bo tak ją Tyczyński nazywa, i z marzeniami o kręceniu filmów.

Obiekt nie z tej ziemi

Z Renatą Gabryjelską umówiłem się w Alvernia Studios, miejscu zupełnie nie z tego świata, które bardziej przypomina miasteczko Marsjan niż wytwórnię filmową.
Jadąc autostradą A4 do Katowic, gdzieś na 35. kilometrze od Krakowa, po prawej stronie, w miejscowości Nieporaz, w gminie Alwernia, widać 13 srebrnych kopuł, ale to, co wewnątrz nich się dzieje, owiane było tajemnicą. Dopiero wiosną tego roku Tyczyński wpuścił tu pierwszych dziennikarzy, których nie lubi tak samo jak polityków. Do studia nie można zjechać z autostrady, trzeba kluczyć lokalnymi drogami przez Alwernię, rodzinną miejscowość Ferdynanda Kiepskiego, czyli Andrzeja Grabowskiego, i jego brata Mikołaja, dyrektora Starego Teatru w Krakowie. Lub przez Tenczynek, gdzie na wiejskim cmentarzu spoczywa Bogumił Kobiela, słynny Jan Piszczyk z „Zezowatego szczęścia” Munka. A więc ta okolica już zapisała się w historii polskiego filmu.
W 13 kopułach różnej wielkości, zbudowanych w latach 2000-2001, połączonych szklanymi korytarzami, początkowo miała się znaleźć nowa siedziba RMF FM, któremu groziła eksmisja z zabudowań krakowskiego kopca Kościuszki. Żelbetowe czasze wykonano z zastosowaniem nowatorskiej technologii cienkopowłokowej. Takiego kompleksu kopuł, wykorzystywanych w obiekcie użyteczności publicznej, nie ma nigdzie na świecie. Znani światowi architekci pytają o nazwisko tego, który takie kosmiczne miasteczko wymyślił. To Stanisław Tyczyński – ale on żaden architekt, miał być fizykiem, nie skończył studiów.
Pomysłu budowy wytwórni filmowej Tyczyński strzegł jak tajemnicy wojskowej. W 2007 r. głośno było o tym, że kosztem 100 mln euro polskie Hollywood będzie zbudowane w Nowym Mieście nad Pilicą.
13 czerwca 2007 r. premier Jarosław Kaczyński w towarzystwie ministrów i wojewodów podpisał porozumienie o przekazaniu na ten cel obiektów wojskowych znajdujących się w tym mieście. Minister kultury Kazimierz Ujazdowski informował, że miasteczko filmowe z 10 halami produkcyjnymi będzie gotowe pod koniec 2009 r., a pierwszymi megaprodukcjami będą filmy o powstaniu warszawskim oraz o odsieczy wiedeńskiej – ten drugi w reżyserii Mela Gibsona. Potem zaprotestowali filmowcy z Łodzi, bo do Nowego Miasta było za daleko, zaczęły się dyskusje. Alvernia Studios już produkuje filmy, a w Nowym Mieście nawet nie wbito pierwszej łopaty.
Z zewnątrz nowa wytwórnia filmowa zaskakuje bryłą architektoniczną, ale prawdziwa niespodzianka czeka w środku. W jednej chwili przenosimy się w kosmos. Nigdzie nie jest napisane, że jesteśmy w wytwórni filmowej, nie wiadomo, gdzie znajduje się pokój prezesa lub dyrektora, a gdzie sekretariat. Żadnych wizytówek na drzwiach, tablic informacyjnych, brak podpowiedzi, w jakim kierunku należy się poruszać, w której kopule co się znajduje. Między kopułami wielkie, szklane – dźwiękochłonne i ogniotrwałe – drzwi przesuwane, które otwierają się po odczytaniu linii papilarnych osoby upoważnionej do wejścia. Nigdzie nie widać otwierającego się normalnie okna, lecz okrągłe iluminatory z grubego szkła, jak na morskich statkach. W żadnej kopule nie ma gładkiej ściany, wszędzie scenografia wprowadzająca nas w nastrój „Gwiezdnych wojen” George’a Lucasa lub „Obcego” Ridleya Scotta. Kosmiczne są schody, fotele, meble, a nawet toalety z metalową armaturą i przezroczystymi deskami sedesowymi, każdy detal dopieszczony.
Wystrój nie jest jednak wierną kopią scenografii żadnego z wymienionych filmów, lecz poetycką wizją innego świata. Tu wszystko jest wielkim planem filmowym. Aby krakowskie biuro architektoniczne nsMoonStudio, kierowane przez Piotra Nawarę i Agnieszkę Szultk, mogło nadać pomysłom Stanisława Tyczyńskiego konkretne kształty, musiało zatrudnić do tej pracy ok. 20 miłośników science fiction. Projekty każdego, nawet najdrobniejszego elementu realizowane były na zamówienie. Nawet jedno krzesło nie zostało kupione w supermarkecie.
Dla miłośników fantastyki aranżacja Alvernia Studios będzie rewelacją, natomiast inni muszą mieć czas na ochłonięcie i pomyślenie, jak pracować w tym filmowym labiryncie, gdzie nie ma klamek w drzwiach, a żadna strzałka nie pokazuje kierunku, w którym należy iść.

Pani reżyser

Do montażowni Renaty Gabryjelskiej idę za przewodnikiem, który prowadzi mnie raz ciemnymi korytarzami, to znowu szklanymi tunelami, łączącymi kopuły. Linie papilarne jego palca otwierają bezszelestnie kolejne drzwi. Gdyby przewodnik gdzieś mnie tu zostawił, nie mam szans na powrót. Na drzwiach do montażowni też nic nie jest napisane. W środku panuje półmrok.
– Nie jestem w strukturze firmy, nie mam unormowanego czasu pracy – wyjaśnia Renata Gabryjelska. – Montuję filmy, pośredniczę w kontaktach, śledzę internet w poszukiwaniu ciekawych pomysłów, czytam scenariusze, czasem podsuwam pomysły. Alvernia Studios nie jest tylko firmą serwisową, my przede wszystkim kreujemy własne projekty. Szukamy filmów o międzynarodowym potencjale.
– Nic pani nie wspomina o własnych filmach. Kiedyś panią fotografowali, filmowali, ubierali, malowali, oświetlali. Teraz to pani filmuje innych. Bardzo dobrze zostały przyjęte przez krytykę i widzów pani filmy dokumentalne „Nibylandia”, „Janek” czy ostatnio „Pogodna”. Zupełnie inna Gabryjelska, narodzona na nowo, bardzo wrażliwa na sprawy ludzkie, wybierająca trudne tematy. Całkowita metamorfoza.
– To, że teraz pracuję po drugiej stronie kamery, nie jest żadną moją fanaberią, ale sygnałem, że dojrzałam, trochę rzeczy zrozumiałam, czegoś więcej się nauczyłam. Skończyłam szkołę filmową nie dla samej przyjemności studiowania, ale aby moimi filmami przekazać ludziom rzeczy mądre i wartościowe. Oprócz tego, że kiedyś zajmowałam się modą, to studiowałam, poznawałam języki, podróżowałam, robiłam różne ciekawe rzeczy. Z pracy na wybiegach, na planach filmowych, ze „Złotopolskich” wyniosłam sporo doświadczeń, dużo się nauczyłam i nigdy nie mogłabym wykreślić z mojego życiorysu tego czasu. Czułam jednak, że się nie rozwijam, tkwię w martwym punkcie. Teraz, gdy jestem po drugiej stronie kamery, mam większy wpływ na to, co robię, kształtuję rzeczywistość.
– A jak pani, jako kobieta, daje sobie radę z najnowocześniejszą techniką filmową, którą jest tu pani otoczona?
– Technika to nie jest środowisko specjalnie przyjazne kobietom i dlatego cały czas się uczę. Pracowałam jako asystent reżysera przy filmie fabularnym, jako reżyser reklamówek, montuję filmy swoje i moich kolegów. Tu, w Alvernia Studios, muszę się zmierzyć z najnowocześniejszą technologią i jest to wielkie wyzwanie. Warto znać takie urządzenia jak Motion Control, które z precyzją nieosiągalną dla człowieka potrafią programować i bezbłędnie powtarzać ujęcia. Jesteśmy jedyną wytwórnią filmową w Polsce, w której możliwa jest korekcja kolorów w rozdzielczości 4K w czasie rzeczywistym. Oznacza to ogromną oszczędność czasu. Studio do zgrań filmowych Alvernia Studios otrzymało certyfikat Dolby Premier, gdyż spełnia rygorystyczne kryteria najwyższych światowych standardów dźwięku, osiągalnych w kinie. Wykorzystujemy metodę Motion Capture do animowania ruchów ludzi i zwierząt. Właśnie pracujemy z psem. Zaraz to panu pokażę.

Kamery na psa

W największym studiu, z olbrzymim ekranem Blue Screen, trwają właśnie ostatnie przygotowania do filmowania owczarka niemieckiego o imieniu Solo. Technicy kończą przymocowywanie do jego ciała kilkudziesięciu sensorów. Na łapach można je umieścić na opaskach, ale na pysku trzeba przykleić. Solo wszystko znosi cierpliwie, w pobliżu stoi jego opiekun Sławomir Stolarski, właściciel jednej z krakowskich szkół dla psów.
– Solo ma 7,5 roku, jest bardzo spokojny i obyty z kamerami, bo występował już w filmach, i to nie tylko polskich – wyjaśnia Stolarski.
Tuż przed wyjściem na plan Solo zostaje bardzo mocno przytulony przez Renatę Gabryjelską.
– Psy zawsze towarzyszyły mi w życiu. W dzieciństwie mama na mnie krzyczała, bo znosiłam do domu różne bezdomne zwierzaki. Mój pierwszy film dokumentalny „Nibylandia”, który otworzył mi drogę do szkoły filmowej, też opowiada o kobiecie szukającej domów dla porzuconych psów. W tym filmie nie tylko chciałam pokazać ciekawą osobę, ale przede wszystkim pomóc zwierzętom. W domu mam sześć psów.
Solo w towarzystwie opiekuna staje na środku wielkiego studia, wokół ustawione są 24 kamery Vicon T160 o rozdzielczość 16 megapikseli i pracujące z szybkością 120 klatek na sekundę. Każdy sensor umieszczony na psie jest świetlnym punkcikiem na ekranie komputera realizatora nagrania. Reżyser najpierw prosi o wprowadzenie psa na elektryczną bieżnię, taką jak w klubach fitness. Każdy, najmniejszy nawet ruch zwierzęcia jest rejestrowany przez ustawione wokół kamery.
Potem Solo ma zagrać scenę ataku na przeciwnika. Jeden z techników wkłada rękaw ochronny, a pan Sławomir wydaje komendę: „Bierz go!”. To też zostaje zapisane. Potem kolejne sceny.
– Metodę Motion Capture stosujemy już z powodzeniem przy śledzeniu ruchów ludzi, których ciała są pokrywane sensorami i tak samo filmowane z rozstawionych wokół kamer, ale nie mieliśmy jeszcze doświadczenia ze zwierzętami i teraz się tego uczymy. Po tej dzisiejszej sesji będziemy mieli już gotowy pewien podstawowy zestaw ruchów psa. Rynek filmów animowanych i gier komputerowych stawia bardzo różne wymagania i trzeba się przygotować na najdziwniejsze zlecenia. Metodą Motion Capture robiony był np. Shrek, który dzięki temu ma ludzką mimikę. Taki sam jest Gollum z „Władcy Pierścieni”. W najbliższym czasie chcemy tą metodą zarejestrować ruchy konia, a nawet słonia. Dużo się nauczyliśmy, współpracując przy produkcji „Wiedźmina 2”, polskiej gry komputerowej, która odnosi światowe sukcesy.

Nie mówimy, robimy

O dokumentalnych filmach Gabryjelskiej w ostatnich latach było głośno, natomiast nigdy nie zdradziła, co się dzieje w Alvernia Studios. Nie powiedziała o tej swojej prawie tajnej montażowni, do której światło słoneczne dochodzi jedynie przez dwa okrągłe iluminatory.
– Mogę tylko mówić o produkcjach filmowych już zakończonych lub będących na ukończeniu. To nasza podstawowa zasada.
A w Alvernia Studios zakończono już prace nad amerykańską komedią „Vamps” w reżyserii Amy Heckerling, o wampirzycach, które doświadczają wiecznego życia, ale nie mogą znaleźć wiecznej miłości. Obecnie rozpoczyna się realizacja amerykańskiego thrillera „Arbitrage”, w reżyserii Nicholasa Jareckiego, z udziałem takich gwiazd jak Susan Sarandon, Richard Gere, Tim Roth czy Laetitia Casta. Trwa realizacja indyjskiego thrillera „Aazzaan”.
– Pani Renato, co się stało, że w 2006 r. pani mąż sprzedał radio i przystąpił do budowy wytwórni filmowej? Czy to nie pani była tego powodem?
– To jego trzeba spytać. Nie wiem, czy w jakiś sposób wpłynęłam na tę decyzję. Na pewno wszystko, co on w życiu robi, jest bardzo przemyślane i racjonalne.
Kiedyś Bogdan Rymanowski z TVN, dawniej z RMF, powiedział, że gdyby Stanisław Tyczyński postanowił, że zbuduje rakietę kosmiczną, z pewnością by ją zrobił. Teraz stworzył wytwórnię filmową na tak zaawansowanym technologicznie poziomie, że realizuje więcej filmów z Ameryki niż z Polski.


Renata Gabryjelska – ur. 7 marca 1972 r. w Olsztynie, aktorka, reżyser filmów dokumentalnych. W 1993 r. zdobyła tytuł I wicemiss Polonia i zaczęła pracować jako modelka. W 1994 r. podpisała roczny kontrakt z paryską agencją modelek Metropolitan. Pracowała m.in. dla „Elle”, „Cosmopolitan”, „Madame Figaro”. Grała w kilku filmach, w tym główną rolę w „Girl Guide”, w serialu „Tygrysy Europy”, od 1997 r. w serialu „Złotopolscy” jako Ewa Kowalska. Pracowała dla Polsatu, Atomic TV i dla magazynu „Viva!”. Występowała w reklamach: dezodorantu Bac, odżywki z L-Karnityną, maszynek Sensor i marki odzieżowej Hexeline. W latach 1999 i 2002 brała udział w sesjach dla „Playboya”. Skończyła marketing w Szkole Głównej Handlowej, prawo na Uniwersytecie Warszawskim, reżyserię na Wydziale Reżyserii Warszawskiej Szkoły Filmowej oraz w Mistrzowskiej Szkole Reżyserii Filmowej Andrzeja Wajdy. Jest autorką filmów dokumentalnych „Nibylandia”, „Janek” i „Pogodna”.


Dokumenty Renaty Gabryjelskiej

  • „Nibylandia” – Historia kobiety, która po stracie dziecka całą miłość przelała na zwierzęta. Jeździ po podkrakowskich wsiach i szuka dla nich domu. „Nibylandia” to kraina, w której ludzie kierują się tylko miłością.
  • „Janek” – Opowieść o bezdomnym pucybucie, bardzo biednym, ale wielkim duchem marzycielu, którego Gabryjelska spotkała w pociągu na trasie Kraków-Warszawa. W dworcowym barze opowiedział jej historię swojego życia.
  • „Pogodna” – Niezwykle intymny film o skomplikowanej więzi 90-letniej matki z jej niezamężną 60-letnią córką. W mieszkaniu ich łóżka oddziela fortepian, dzięki któremu córka odnosiła kiedyś sukcesy pianistyczne. Mimo trudnej sytuacji obydwie kobiety cechuje olbrzymia pasja życia.

Wydanie: 28/2011

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy