Geniusz, mój własny

Geniusz, mój własny

Zachwyciły i poruszyły mnie dwa pańskie wiersze sprzed ponad 20 lat. O próżności, którą pan z siebie wyrywa, czy prosi, żeby pańską próżnością w pana splunąć… Drugi o marzeniu chłopca, który chciał zostać schodem, by depcząc po jego twarzy zaklętej w stopniu, można było wspiąć się wyżej. Czy pan jest takim schodem?

– Być może chodzi o to, żeby być takim schodkiem, żeby wypowiadając swoją prawdę, stać się inspiracją dla innych ludzi. Kiedy myślę o ludziach w małych miejscowościach, do których jeżdżę, i widzę, jak ich oczy ożywają, jak zapala się iskra, choć wiem, jak cierpią, bo nie mogą zrealizować swoich marzeń, to chcę im powiedzieć, żeby przestali cierpieć, że jest nadzieja, że sami są swoimi mistrzami i mogą decydować o swoim życiu. Jak widzę, że budzi się w nich nadzieja, to chciałbym mówić i nie przestawać, żeby uwierzyli w swoją siłę. Żeby Kościół albo jakiekolwiek inne korporacje, długi, elektryczność, nędza, praca za półtora tysiąca, głód, poniżenie nie sprowadziły ich do takiego wymiaru, w którym życie ludzkie jest niczym innym jak tylko przetrwaniem. Żeby nie było tylko tak, że człowiek załata dziurę i zwiąże koniec z końcem i ma chwilę ulgi, jeden tydzień bez telefonów z banków, telewizji kablowej, bez znieważania. Żeby życie nie sprowadzało się do tego tygodnia, w którym sobie myśli: „Boże, jak się cieszę, że przez tydzień nikt się nade mną nie znęca”. Człowiek wziął pół miliona pożyczki, a jest winien 4 zł bankowi i dostaje pismo zaczynające się słowami: „Wszczęliśmy postępowanie”. Żeby to nie było wszystko, do czego się sprowadza cywilizacja, którą stworzyliśmy. Politycy nie reprezentują tego, czego chce naród. Dlaczego? Bo nie mamy siły wybrać najszlachetniejszych spośród nas. Kolaboracja polityków z Kościołem tworzy hybrydę, która nas okalecza. Mam wizję przyszłej Polski. Widzę dumny naród, który postawił na geniusz, który jest w każdym z nas. Widzę ludzi uśmiechniętych i spokojnych, widzę, jak portfel zostawiony w kawiarni wraca do właściciela, bo nie ma złodziei. Widzę ludzi, którzy wierzą w siebie.

Pisze pan: „Dlatego chcę, żebyś szedł ze mną. Jeśli się zgubimy i tam nie dotrzemy, wówczas na mnie będzie ciążyła odpowiedzialność za twoje rozczarowanie”. Rozmawia pan o tym na spotkaniach?

– Od 15 lat jeżdżę po różnych miejscowościach, gdzie mnie ludzie zapraszają. Mówię im, że trzeba mieć marzenia. Marzenia ma każdy i to jest drogowskaz od naszej duszy, za którym trzeba iść. Człowiek potrzebuje nieustannie idola: papieża, Brada Pitta, Beyoncé. Ale trzeba sobie uzmysłowić, że ten sam geniusz, mój własny, jest we mnie. Jest w tobie, Bogusi, Mirce i oznacza przekroczenie ograniczeń.

Marzenia w trudnych warunkach ekonomicznych, może i w przemocy, wielodzietności, alkoholizmie, powtarzaniu, że trzeba „nieść swój krzyż”? Komu pan to mówi, bitym kobietom?

– Mówię to tak samo do tych alkoholików, jak i do tych kobiet w przemocy. Mówię o bijących facetach, oni są tak samo biedni jak te bite kobiety. Nie ma katów i ofiar, wszyscy jesteśmy ofiarami.

Krzysztof Pieczyński, bezdyskusyjnie znakomity aktor, „zegarmistrz światła”, antyklerykał…

– Chciałbym wystosować odezwę do tego nikłego procenta księży w Kościele katolickim, którzy nie zostali jeszcze całkowicie zindoktrynowani, którzy nie zostali całkowicie uwolnieni od czegoś takiego, co się nazywa sumieniem. I proszę, żeby nie znajdowali usprawiedliwień, dlaczego są w tej instytucji, która ma w historii akty ludobójstwa, w której dominuje mentalność purpuratów, pogardy dla ludzi, manipulacji i okradania ludzi nie tylko z dóbr materialnych, ale nade wszystko z dóbr duchowych. Chciałbym, żeby ci księża nie oszukiwali się, tak jak to robi 2 mld katolików, ponieważ są obdarzeni większą świadomością, dlatego ponoszą większą odpowiedzialność za partycypowanie w zbrodni na duchowości ludzkiej. Mam propozycję, żeby się zwolnili z Kościoła katolickiego i żeby zaczęli rozmawiać z nami, z ludźmi. Pomożemy wam przejść do życia za murami, pomożemy w okresie przejściowym, w znalezieniu pracy i zaadaptowaniu się do życia pośród ludzi, a nie do życia w machinie, w której tkwicie po uszy.

Z tą pracą może być trudno. Z sumieniem także. „Ale jeśli poczujesz, że robi się zbyt niebezpiecznie, wracaj z powrotem po swoich własnych śladach”, tak pan pisze. Dziękuję za spotkanie.

Strony: 1 2 3 4

Wydanie: 19/2015

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy