Głowa mała

Głowa mała

W czasach, kiedy telewizja w Polsce miała tylko jeden program, i jeszcze długo potem, kiedy już były dwa kanały, wielki dylemat nadawcy stanowiła kwestia: podawać wynik ważnego meczu piłki nożnej, który zwykle miał zaplanowaną powtórkę zarejestrowanej transmisji następnego dnia przed południem, czy go nie ujawniać. Pamiętam do dziś wspaniałą etiudkę Tomasza Hopfera, który w Studiu 2 właśnie zapowiedział taką powtórkę i – jak to człowiek sportu – już zabierał się do przypomnienia rezultatu, kiedy nagle ugryzł się w język i zamknął sobie usta własną dłonią. W ten sposób powiedział i nie powiedział, za co byli mu wdzięczni kibice, którym nie odebrał emocji.

Powtórki nadawano na życzenie górników, którzy podczas meczu byli pod ziemią. Rodziny wiedziały, że po powrocie z kopalni obowiązuje w domu cisza w sprawie wyniku. Przez chwilę nawet istniał sojusz pomiędzy wydawcami dzienników radiowych i telewizyjnych, żeby nie psuć widzom nabożeństwa i wbrew zawodowej naturze serwisanta nie podawać stosownej informacji.

Oczywiście powtórki gromadziły przed telewizorami kilkaset tysięcy albo kilka milionów widzów, choć tych, którzy oglądali je, jakby mecz właśnie trwał, nie mogło być więcej jak 100-200 tys. Może nawet mniej, bo zmowa nadawców bywała nieskuteczna, czasem zbyt wiele mówiły, choć milczały, twarze ludzi najbliższych. Często było i tak, że ci na przodku w czasie szychty byli umówieni z wózkowymi, żeby im na wagonikach wysyłanych do załadowania wypisywać kredą stan meczu. Tak było, kiedy Górnik Zabrze grał z zespołem AS Roma, a niezwykłą scenę pod ziemią utrwalił w dokumencie reżyser Mariusz Walter.

Dzisiaj, kiedy jeden nadawca ma kilkanaście kanałów, a każdy abonent kilkaset stacji do wyboru, nikt nie zawraca sobie głowy, kiedy ktoś śpi, a kiedy pracuje. Wszyscy mogą wszystko sobie nagrać i oglądać, kiedy chcą, nawet układać własne, autorskie ramówki. Powtórki już nie nadają się na prezent ani dla górników, ani dla bezrobotnych, bo jest ich (powtórek!) po kokardę. Zresztą zaraz po świętach można będzie utonąć w ich powodzi.

Dylemat telewizji sprzed lat utracił wszelką powagę. Teraz najważniejsze dla nadawcy jest to, jakim show pokonać konkurencję, dla odbiorcy – co oglądać, a dla rodziców i wychowawców – co zrobić, żeby nie zwariować od nadmiaru.

Kontentowi telewizyjnemu od dawna brakuje czasu na antenie. Doba stała się za krótka. Stąd nieustanne przenosiny i narodziny: nowe stacje, nowe kanały tematyczne starych nadawców, nowe stragany i nowe bazary produktów telewizyjnych, stąd inwazja przekazu wideo na przestrzenie sieci i liczne ofensywy programów telewizyjnych w internecie. To namnażanie ofert wydaje się procesem nie do zahamowania ani jakiegokolwiek racjonalnego ograniczenia.

Na szczęście ludziom kiedyś zabraknie czasu. Dzisiaj w Polsce mają na telewizję przeciętnie cztery godziny. Czas ten wydłużył się ostatnio o kilka minut, co pewnie jest zasługą kanałów tematycznych, których natura jest dla widza pierwszą nauczycielką wyboru. Uczy, żeby nie oglądać wszystkiego jak leci, bez uświadomionego zamiaru.

Wideo opanowuje internet, ale ten jednakowo dba o jego rozwój, jak i zaraża swój nowy, wzbogacony przekaz wszystkimi wirusami, które do tej pory wyhodował. Pierwszy, najgroźniejszy i jeszcze nienazwany, to ten, który wymieszał w sieci i zglajchszaltował komunikaty duperelne z poważnymi, a nikczemne łgarstwo z prawdą. Nieprędko znajdzie się lekarstwo na tę chorobę, bo nagle okazało się, że ten wirus pomaga wygrywać wybory. Może więc być jeszcze długo potrzebny i w sieci, i w nieodpornych stacjach radiowych i telewizyjnych.

Widać, że już nie tylko wyboru trzeba się nauczyć, żeby skonstruować własną ramówkę na każdy dzień. W naszych skomplikowanych czasach potrzebne są jeszcze kompetencje do odbioru telewizji. A tego nauczyć powinna szkoła, nie tam żadna wyższa, ale podstawowa. Podstawowa, ale bez podstawy programowej opracowanej właśnie w Ministerstwie Edukacji Narodowej.

Rada Języka Polskiego PAN napisała o przedstawionym projekcie MEN, że jego „treści kształcenia są przestarzałe i oddają rzeczywistość kulturowo-komunikacyjną sprzed 50 lat”.

Podobnie wielką cywilizacyjną różnicę – to jest już mój komentarz – oddaje odległość pomiędzy wierszykiem „Murzynek Bambo” w polskim elementarzu a symetryczną czytanką z elementarza niemieckiego o ojcu miejscowego pierwszoklasisty zatrudnionym w afrykańskim szpitalu.
W opinii RJP o dokumencie MEN można jeszcze przeczytać, że „jest niespójny, nielogiczny, z licznymi błędami także natury językowej i terminologicznej”. To są błędy, które dyskwalifikują wypracowania maturzystów! Oto dlaczego musi pozostać bez adresata postulat kształcenia „od małego” kompetencji odbiorczych. Do ministerstwa nie można pisać, bo tam siwy dym, właśnie powinni się spalić ze wstydu autorzy projektu podstawy programowej dla klas IV-VIII. A do kogoś trzeba się zwrócić, żeby w szkole rozbudzać uwagę poznawczą dzieci, a zaprzestać upartego wkładania do głów haseł ze starej encyklopedii.

Wydanie: 52/2016

Kategorie: SZOŁKEJS

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy