Good bye, rozsądeczek

Good bye, rozsądeczek

Po stokroć pouczeni przez los, ukarani bólem pleców, odciskami, nadwyrężeniem ścięgien i dźwigacza łopatki – rok w rok powtarzamy nasz błąd: do jasnych musimy dodać ciemne (spodnie), do lekkich butów – te na deszcz. Upychamy także kilka koszulek, bo mamy zamiar się pocić i zalewać sosami. Do tego krótkie spodnie: te, w których znośnie wyglądamy, i te „wygodne”. Marynarka w razie oficjałki, nagle obwieszczonego koncertu lub premiery (w lesie?). A jeśli pogoda się zmieni? Wtedy wszystkie te rzeczy pójdą, jak by to powiedzieć, w odstawkę. Dlatego do lekkiej, letniej garderoby trzeba dobrać cieplejszą, równie kompaktową. I komponując ten cieplejszy zestaw, należałoby zachować się podobnie: do jasnych spodni dodać ciemne, do ciepłego swetra wygodną bluzę, do płaszcza przeciwdeszczowego drugi, porządniejszy, z podszewką. Trzeba przeżyć ten moment wstydu, kiedy zdajemy sobie sprawę, ilu rzeczy potrzebujemy! Jacy w takim razie jesteśmy słabi, zależni od przedmiotów i chemii, mieszczańscy, szkodliwi, rozpieszczeni, starzy!

Gdybyśmy – jak pisarz Thomas Bernhard w przeuroczej powieści „Beton” – podzielili nasze walizki na walizkę odzieżową i walizkę duchową, w której znalazłby się laptop? Czytnik elektroniczny? Telefon i szereg ładowarek, notes i dwa długopisy (czarny i niebieski) oraz miękki i twardy ołówek? Na pewno w duchowej. Podobnie jak leki. „Ja sam zawdzięczam chemii, żeby powiedzieć to jednym słowem, wszystko, od trzydziestu lat wszystko. To rzekłszy, umieściłem swój woreczek z lekarstwami w tak zwanej walizce duchowej, a nie walizce odzieżowej”, pisał autor „Wycinki”. Bernhard postuluje pakowanie się „najpierw w myślach” i rozpakowywanie się „najpierw w myślach”, co pozwala mu na szybkie i celowe działanie, kiedy już weźmie się do pracy.

Niestety, myśli mają tendencję do rozkrzaczania i rozkrzewiania się – jak włoski na „mięsistych napuchlinach” brwi. Oznaczać to może, że zamiast jednej stosunkowo cienkiej powieści Bernharda („Beton”?) do walizki duchowej lekką ręką dorzucimy Walsera (bez niego Bernhard wydaje się jakby OSŁABIONY), Dostojewskiego (bez niego w ogóle nie byłoby Bernharda) i Szekspira (którym Bernhard zaczytywał się w sanatorium), a same komedie to jakieś trzy kilo!

Oczywiście na wyjeździe chodzimy w jednym i tym samym, ponieważ jesteśmy niezadowoleni z rzeczy, które spakowaliśmy. Jakby nowe środowisko miało wobec nas nowe, inne roszczenia. Coś, co działało w znajomym miejscu i było dostrojone do starego miejsca, zupełnie nie działa w nowym: „Wszyscy popełniają ten błąd, że biorą w podróż za dużo ubrań i wloką je aż do krańcowego wyczerpania, by w końcu, na miejscu, ubierać się wciąż w to samo, jeśli w pewnej mierze zachowają rozsądek”.

A już najgorzej, kiedy na wyjeździe mamy ochotę czytać coś innego, niż zakładała walizka duchowa. Bo nad morzem, dajmy na to, nachodzi nas zachcianka, żeby czytać „Moby Dicka”, a nie taplać się w nerwicach wielkich Austriaków. „Stalowe drapieżniki”, „Torpedowce i minowce”, „Mała flota bez mitów”, „Torpeda u celu” nieoczekiwanie wygrywają z „Zaburzeniem” czy „Wymazywaniem”. Nie ma bowiem niczego przyjemniejszego, niż sięgnąć na chybił trafił do podręcznej biblioteczki pokładowej pensjonatu na Helu – i po prostu dać się zaskoczyć! A tam: „Lasy warte poznania”! „Sny roślin”! I z głupia frant – „Nostradamus zjadł mi chomika”. Nasze walizki tymczasem pleśnieją cichutko pod szafą i zawadzają złośliwie – smutne i zapomniane. Tylko na tyle je stać.

Wydanie: 33/2021

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy