Granica piekła

Granica piekła

Oddzielanie dzieci od rodziców na granicy Meksyku i USA spełnia warunki zbrodni przeciwko ludzkości

Kiedy Dayana Paula była dzieckiem, wraz z matką nielegalnie przedostała się do USA z Republiki Dominikańskiej. Po zatrzymaniu rozdzielono je na długie lata. „Rozłączenie z matką było dla mnie olbrzymią traumą”, mówiła 34-letnia obecnie kobieta dziennikarzom „New Herald”.

Teraz podobny los może dotknąć dzieci odebrane rodzicom przy przekraczaniu granicy między Meksykiem i USA. Co najmniej 10 niemowląt w takiej sytuacji znajduje się w dwóch schroniskach w hrabstwie Miami-Dade na Florydzie: zarządzanym przez Caritas Bryan Walsh Children’s Village, w którym przebywa 81 dzieci, od niemowląt po 17-latki, oraz His House Children’s Home. W sumie problem dotyczy ponad 2,5 tys. dzieci nielegalnych imigrantów z Salwadoru, Hondurasu i Gwatemali. Niektóre są tak małe, że nie wiedzą, jak się nazywają. Zostały wysłane do schronisk w ponad dziesięciu stanach. Na Florydzie prawie 300 dzieci przebywa również w schronisku w Homestead, a nielegalnych imigrantów lokuje się nawet w byłych magazynach sieci Walmart.

Przeciwko oddzielaniu dzieci od rodziców 22 czerwca w Miami demonstrowały setki mieszkańców stolicy stanu, który – przypomnijmy – w 2016 r. głosował na republikanów. Protesty odbyły się też w innych miastach. Niektórzy uważają, że to, co się dzieje na granicy meksykańsko-amerykańskiej, spełnia warunki definicji zbrodni przeciwko ludzkości.

Separowanie dzieci od rodziców jest kolejnym aktem walki z nielegalną imigracją, którą Donald Trump zapowiadał w czasie kampanii prezydenckiej. 6 kwietnia prokurator generalny Stanów Zjednoczonych Jeff Sessions, ogłaszając politykę „zero tolerancji” dla nielegalnych imigrantów, zapowiedział, że każdy, kto przekroczy granicę poza wyznaczonymi punktami kontrolnymi, zostanie zatrzymany, osądzony i uwięziony, a jego dzieci zostaną przekazane do ośrodków dla zatrzymanych. Spotkało się to z ostrą krytyką zarówno w samych Stanach, jak i na świecie. Administracja Trumpa znalazła się pod ostrzałem. Dlatego ponad miesiąc po decyzji Sessionsa prezydent podpisał rozporządzenie nakazujące zaprzestać rozdzielania rodzin imigrantów na granicy. Do soboty, 23 czerwca, jak poinformował Departament Bezpieczeństwa Narodowego, do rodzin dołączyło 522 dzieci. Na taką decyzję oczekuje jeszcze 2053 nieletnich. Niektórzy sędziowie mają do rozpatrzenia 57 spraw w ciągu jednego dnia.

Ale już 24 czerwca Trump zaproponował realizację natychmiastowych deportacji z pominięciem orzeczenia sądu. W świetle amerykańskiej konstytucji byłoby to naruszeniem prawa. Kiedy bowiem imigrant zostaje zatrzymany w USA, ma prawo do sądu, który orzeka, czy powinien być wydalony, czy też może wystąpić o azyl. Unia Wolności Obywatelskich w Ameryce (ACLU) zwróciła się do Kongresu o odrzucenie tej propozycji.

Dla Trumpa sprawa separacji imigrantów jest okazją do wymuszenia na Kongresie zgody na sfinansowanie muru na granicy z Meksykiem. Według „Washington Post” koszt operacji to 25 mld dol.

Na razie rozporządzenie prezydenta niczego nie rozwiązało. Zresztą w rzeczywistości skala nielegalnego przekraczania granicy ciągle maleje. Podgrzewanie antyimigranckich nastrojów służy Trumpowi do utrzymywania poparcia bazy wyborczej. A za chwilę rozpocznie się kolejna fala deportacji – tym razem tysięcy beneficjentów programu tymczasowej ochrony (TPS), którzy wcześniej przekroczyli nielegalnie granicę USA. W przyszłym roku zostaną oni wraz z dziećmi urodzonymi poza granicami USA przymusowo deportowani do krajów pochodzenia. Dzieci urodzone w USA nabywają automatycznie obywatelstwo amerykańskie i mają prawo do pobytu w tym kraju. Będzie więc dochodziło do kolejnych dramatycznych sytuacji rozdzielania rodzin.

Wydanie: 27/2018

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy