Za nami drugie najgorętsze półrocze w historii

Za nami drugie najgorętsze półrocze w historii

NASA poinformowała, że pierwsze sześć miesięcy 2017 r. było drugim najcieplejszym półroczem na świecie, od kiedy są prowadzone pomiary (czyli jak podaje agencja – od 1884 r.). Cieplejszy był tylko zeszły rok, w którym temperatura wzrosła dodatkowo za sprawą zjawiska El Niño, hamującego podnoszenie się na powierzchnię chłodnych wód z głębi oceanu. Gdyby nie to, ten rok byłby czwartym z kolei, w którym bite są rekordy globalnych temperatur. Temperatura powierzchni Ziemi była o prawie cały stopień Celsjusza wyższa niż średnia w latach 1950-1980. Do tego rośnie 20 razy szybciej niż w czasie najszybszego naturalnego ocieplenia w historii. Tego, które skończyło epokę lodowcową.

Rośnie tak szybko, bo to ocieplenie nie jest naturalne. Pomiary ilości energii słonecznej docierającej do Ziemi wskazują, że było jej w tym roku mniej niż w roku 1998. Było jej zresztą tyle, że bieżącego roku nie da się pod tym względem uznać za wyjątkowy. Był zupełnie przeciętny. A mimo to prażymy się w rekordowych temperaturach. Oznacza to tyle, że grzejemy się za sprawą nie energii docierającej do nas z zewnątrz, ale tej pozostającej z nami – np. za sprawą efektu cieplarnianego i pułapki, którą tworzymy, emitując do atmosfery ogromne ilości dwutlenku węgla. Czyli będziemy się prażyć coraz bardziej.

Coraz lepiej rozumiemy, jak bardzo jest to niebezpieczne, bo możemy już obserwować pierwsze efekty globalnego ocieplenia. Są one dramatyczne, mimo że temperatury wzrosły jak dotąd nieznacznie w porównaniu z tym, co ma się stać w przyszłości. Kiedy mówimy o skutkach wzrostu temperatury na świecie, przywołujemy topniejącą czapę lodową i ryzyko zalania nadmorskich miast oraz regionów. To ważne, ale topniejące góry lodowe są tylko… wierzchołkiem góry lodowej.

Skutki efektu cieplarnianego można porównać do domina. Naruszamy kruchy ekosystem, w którym wszystko jest ze wszystkim połączone. I to naruszamy go brutalnie, bo działania człowieka, w tym ocieplenie klimatu, powodują, że trwa właśnie tzw. szóste wielkie wymieranie. Gatunki giną w niespotykanym tempie, a razem z nimi te, które od nich zależą.

A my zależymy od wielu z nich. W ciągu ostatnich 30 lat straciliśmy około połowy raf koralowych na planecie. Ich tragedia zaczyna się od tego, że rośnie temperatura wody. Wtedy – to jeden z powodów wymierania raf – zmienia się skład populacji bakterii żyjących w oceanie, co z kolei zaburza symbiozę między nimi i koralowcami. Tymczasem jej funkcjonowanie jest dla koralowców niezbędne, a jej rozpad prowadzi do śmierci tych zwierząt. W wielu miejscach korale po prostu gotują się w zbyt ciepłym oceanie i zabija je odpowiednik ludzkiej gorączki. Z powodu zbyt wysokiej temperatury bieleją i umierają. Jeżeli takie tempo się utrzyma, to do 2050 r. umrze 90% raf. A dla wielu wyspiarskich i oceanicznych terytoriów są one główną ochroną przed falami i burzami.

Za tym przyjdą skutki społeczne. Przybędzie chociażby tzw. uchodźców klimatycznych, ludzi uciekających przed skutkami zmiany klimatu i rozpadania się ekosystemu. Takich jak fala przybyszów z Syrii uciekających przed wojną, do której wybuchu przyczyniła się seria katastrofalnych susz. To one spowodowały wzrost cen żywności, co podburzyło społeczeństwo. Będzie to się zdarzać coraz częściej, bo susze stają się codziennością wielu regionów, a ma być gorzej. Ludzie będą uciekać przed głodem i pragnieniem. Będą też uciekać przed falami, których nie powstrzymają koralowce.

Wydanie: 33/2017

Kategorie: Nauka

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy