Himalaiści schodzą samotnie

Himalaiści schodzą samotnie

Słowa, że partnera w górach się nie zostawia, są dziś tylko pustą deklaracją To, co dzieje się w naszym himalaizmie, ma wręcz wymiar antycznej tragedii. Jakieś fatum ciąży nad najwybitniejszymi z tych, którzy jeszcze uprawiają ten sport. „Przecież nas już nie ma”, mówiła Wanda Rutkiewicz, po tym jak w 1989 r. w ciągu kilku miesięcy zginęli „Falco” Dąsal, Gardzielewski, Otręba, Heinrich, Chrobak, Kukuczka. Mogłaby to samo powiedzieć i dziś, gdy już nie ma Morawskiego, Berbeki, Kowalskiego, Marciniaka, Hajzera. Śmierć na Gaszerbrumie Artura Hajzera, twórcy i organizatora programu polskiego himalaizmu zimowego, chyba ostatecznie zakończyła marzenia o powrocie do epoki wielkich polskich sukcesów w górach najwyższych. Oto kilka miesięcy po śmierci dwóch kolegów on sam, którego nie omijały głosy krytyki za to, co się stało, poszedł w góry i zginął. Być może wszyscy trzej pochowani zostaną razem. Pytania bez odpowiedzi Historia polskiego himalaizmu to wspaniałe sukcesy i wielkie tragedie. Żadna jednak – nawet ta z 1989 r., gdy na zboczach Everestu zginęło pięciu naszych wybitnych wspinaczy – nie wywołała takiego poruszenia opinii publicznej i tylu podziałów w środowisku alpinistycznym, co dramat na Broad Peaku – który wciąż trwa, tak jak żal po stracie najbliższych. Ku szczytowej grani, z której po zdobyciu szczytu 5 marca nie wrócili Maciej Berbeka i Tomasz Kowalski, idzie wyprawa Jacka Berbeki, młodszego brata Macieja, by odnaleźć ciała himalaistów i pochować je u stóp góry. Druga wyprawa, w tym samym niemal rejonie, zapewne wyruszy wkrótce po ciało Artura Hajzera, za sprawą którego Maciej i Tomasz wyruszyli na swoją ostatnią wyprawę. Czy powinni wracać samotnie? Czy szybsza dwójka – Adam Bielecki i Artur Małek – mogła zaczekać na kolegów? To najczęściej zadawane pytania. Teraz stawiane będzie jeszcze jedno, ale podobnej treści: czy na przepaścistym odcinku drogi na Gaszerbrum I Marcin Kaczkan i Artur Hajzer powinni iść osobno, bez asekuracji? Jeszcze niewiele wiadomo o tym, co się stało na Gaszerbrumie I, ale wyprawa na Broad Peak jest już zbadana co do minuty. Do rangi symbolu, świetnie opisującego rzeczywistość naszego himalaizmu, urasta sytuacja szczerze opisana przez Artura Małka, jedynego świadka tego zdarzenia, który schodząc z wierzchołka Broad Peaku, spotkał podchodzących Berbekę i Kowalskiego. Berbeka (58 l.) poprosił Małka (33 l.), by poczekał na nich i – w drodze powrotnej – związał się z nimi liną dla bezpieczeństwa. Małek odmówił i sam poszedł w dół. „Wiedziałem, że jeśli poczekam na nich choć pięć minut, to zamarznę”, mówił. To był ostatni moment, kiedy Berbeka i Kowalski mogli ocalić życie – gdyby zawrócili razem z nim. Ale ani on im tego nie zaproponował, ani oni o tym nie myśleli. „Nie chciał poczekać na Maćka pięciu minut, żeby się z nimi przypiąć, ale potem mógł przez prawie godzinę wymieniać baterię w latarce”, krytykował Małka za tę odmowę Jacek Berbeka. Tyle że czekanie na ich powrót musiałoby trwać nie pięć minut, ale właśnie co najmniej godzinę, na wysokości 8000 m, przy 40-stopniowym mrozie. Mało kto zdecyduje się na to z własnej woli, mając przed sobą perspektywę wielogodzinnego nocnego zejścia. Maciej Berbeka przetrwał parogodzinny nocny biwak, ale potem był tak wyczerpany, że nie zdołał wrócić do najwyższego obozu. Czy gdyby Artur Małek na nich poczekał, nie zginęliby wszyscy trzej? Zawsze w takich przypadkach ewentualna krytyka siłą rzeczy dotyczy tych, którzy przeżyli. Przecież w świadomości wszystkich ludzi gór tkwią słynne słowa Wawrzyńca Żuławskiego, który w 1957 r. zginął w Alpach, szukając towarzyszy porwanych przez lawinę: „Partnera w górach się nie zostawia, nawet jeśli jest już tylko bryłą lodu”. Tyle że to było ponad pół wieku temu – i nawet wtedy było tylko teorią. Wśród wspinaczy, których w 1957 r. bezskutecznie szukał Żuławski, był jego przyjaciel Stanisław Groński. Ćwierć wieku wcześniej Groński zostawił na Galerii Gankowej umierającego z wyczerpania partnera, Wincentego Birkenmajera. Nie mógł znieść go na dół, a gdyby został, zmarłby tak jak on. Oczywiste więc było, że musiał iść po pomoc – tak samo jak oczywiste było to, że ratownicy zawiadomieni przez Grońskiego idą tylko po zwłoki Birkenmajera. Dziś Simone Moro, wybitny włoski himalaista, który jako pierwszy wszedł zimą na trzy ośmiotysięczniki, mówi: „Nawet gdy wspinasz się z tuzinem innych osób,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2013, 29/2013

Kategorie: Kraj