Himalaiści schodzą samotnie

Himalaiści schodzą samotnie

Słowa, że partnera w górach się nie zostawia, są dziś tylko pustą deklaracją

To, co dzieje się w naszym himalaizmie, ma wręcz wymiar antycznej tragedii. Jakieś fatum ciąży nad najwybitniejszymi z tych, którzy jeszcze uprawiają ten sport. „Przecież nas już nie ma”, mówiła Wanda Rutkiewicz, po tym jak w 1989 r. w ciągu kilku miesięcy zginęli „Falco” Dąsal, Gardzielewski, Otręba, Heinrich, Chrobak, Kukuczka.
Mogłaby to samo powiedzieć i dziś, gdy już nie ma Morawskiego, Berbeki, Kowalskiego, Marciniaka, Hajzera.
Śmierć na Gaszerbrumie Artura Hajzera, twórcy i organizatora programu polskiego himalaizmu zimowego, chyba ostatecznie zakończyła marzenia o powrocie do epoki wielkich polskich sukcesów w górach najwyższych. Oto kilka miesięcy po śmierci dwóch kolegów on sam, którego nie omijały głosy krytyki za to, co się stało, poszedł w góry i zginął. Być może wszyscy trzej pochowani zostaną razem.

Pytania bez odpowiedzi

Historia polskiego himalaizmu to wspaniałe sukcesy i wielkie tragedie. Żadna jednak – nawet ta z 1989 r., gdy na zboczach Everestu zginęło pięciu naszych wybitnych wspinaczy – nie wywołała takiego poruszenia opinii publicznej i tylu podziałów w środowisku alpinistycznym, co dramat na Broad Peaku – który wciąż trwa, tak jak żal po stracie najbliższych. Ku szczytowej grani, z której po zdobyciu szczytu 5 marca nie wrócili Maciej Berbeka i Tomasz Kowalski, idzie wyprawa Jacka Berbeki, młodszego brata Macieja, by odnaleźć ciała himalaistów i pochować je u stóp góry. Druga wyprawa, w tym samym niemal rejonie, zapewne wyruszy wkrótce po ciało Artura Hajzera, za sprawą którego Maciej i Tomasz wyruszyli na swoją ostatnią wyprawę.
Czy powinni wracać samotnie? Czy szybsza dwójka – Adam Bielecki i Artur Małek – mogła zaczekać na kolegów? To najczęściej zadawane pytania. Teraz stawiane będzie jeszcze jedno, ale podobnej treści: czy na przepaścistym odcinku drogi na Gaszerbrum I Marcin Kaczkan i Artur Hajzer powinni iść osobno, bez asekuracji?
Jeszcze niewiele wiadomo o tym, co się stało na Gaszerbrumie I, ale wyprawa na Broad Peak jest już zbadana co do minuty.
Do rangi symbolu, świetnie opisującego rzeczywistość naszego himalaizmu, urasta sytuacja szczerze opisana przez Artura Małka, jedynego świadka tego zdarzenia, który schodząc z wierzchołka Broad Peaku, spotkał podchodzących Berbekę i Kowalskiego. Berbeka (58 l.) poprosił Małka (33 l.), by poczekał na nich i – w drodze powrotnej – związał się z nimi liną dla bezpieczeństwa. Małek odmówił i sam poszedł w dół. „Wiedziałem, że jeśli poczekam na nich choć pięć minut, to zamarznę”, mówił. To był ostatni moment, kiedy Berbeka i Kowalski mogli ocalić życie – gdyby zawrócili razem z nim. Ale ani on im tego nie zaproponował, ani oni o tym nie myśleli.
„Nie chciał poczekać na Maćka pięciu minut, żeby się z nimi przypiąć, ale potem mógł przez prawie godzinę wymieniać baterię w latarce”, krytykował Małka za tę odmowę Jacek Berbeka. Tyle że czekanie na ich powrót musiałoby trwać nie pięć minut, ale właśnie co najmniej godzinę, na wysokości 8000 m, przy 40-stopniowym mrozie. Mało kto zdecyduje się na to z własnej woli, mając przed sobą perspektywę wielogodzinnego nocnego zejścia. Maciej Berbeka przetrwał parogodzinny nocny biwak, ale potem był tak wyczerpany, że nie zdołał wrócić do najwyższego obozu. Czy gdyby Artur Małek na nich poczekał, nie zginęliby wszyscy trzej?
Zawsze w takich przypadkach ewentualna krytyka siłą rzeczy dotyczy tych, którzy przeżyli. Przecież w świadomości wszystkich ludzi gór tkwią słynne słowa Wawrzyńca Żuławskiego, który w 1957 r. zginął w Alpach, szukając towarzyszy porwanych przez lawinę: „Partnera w górach się nie zostawia, nawet jeśli jest już tylko bryłą lodu”. Tyle że to było ponad pół wieku temu – i nawet wtedy było tylko teorią. Wśród wspinaczy, których w 1957 r. bezskutecznie szukał Żuławski, był jego przyjaciel Stanisław Groński. Ćwierć wieku wcześniej Groński zostawił na Galerii Gankowej umierającego z wyczerpania partnera, Wincentego Birkenmajera. Nie mógł znieść go na dół, a gdyby został, zmarłby tak jak on. Oczywiste więc było, że musiał iść po pomoc – tak samo jak oczywiste było to, że ratownicy zawiadomieni przez Grońskiego idą tylko po zwłoki Birkenmajera.
Dziś Simone Moro, wybitny włoski himalaista, który jako pierwszy wszedł zimą na trzy ośmiotysięczniki, mówi: „Nawet gdy wspinasz się z tuzinem innych osób, w dalszym ciągu jesteś samotny. Jesteś z dala od wszystkich i wszystkiego, nawet jeśli posiadasz telefon satelitarny. Nikt nie może zrobić nic, żeby ci pomóc”. Sam Moro, jakby wbrew swoim słowom, w 2001 r. na wysokości 8000 m przerwał atak na Lhotse, by ratować brytyjskiego wspinacza Toma Mooresa. Anglik zsunął się prawie pół kilometra w dół ze zboczy góry i cudem przeżył. Jako pierwszy dotarł do niego Dariusz Załuski, który zostawił mu swój tlen i wezwał pomoc. Moro dokonał wtedy rzeczy niezwykłej – znalazł poturbowanego wspinacza i sam doprowadził go, już nocą, do obozu, ratując mu życie (za ten czyn został uhonorowany nagrodą Fair Play). Takie zdarzenia są jednak absolutną rzadkością. Z reguły wspinacze idący w góry wysokie wiedzą, że mają liczyć tylko na siebie.

Nie wracali razem

Wprawdzie 40 lat temu Andrzej Zawada oświadczał: „Razem wychodzimy i razem wracamy”, ale w 1974 r. w czasie kierowanej przez niego zimowej wyprawy na Lhotse zmarł samotnie na poręczówkach Stanisław Latałło. Jako pierwszy szedł wtedy Tadeusz Piotrowski, nie zauważył, że jego towarzysz słabnie. 12 lat później Piotrowski i Jerzy Kukuczka zdobyli K2 nową, ekstremalnie trudną drogą. Po dwóch biwakach pod gołym niebem szli w dół niezwiązani liną. Skrajnie wyczerpany Piotrowski, który nie był już w stanie dobrze zapiąć raków, stracił równowagę i poleciał w przepaść.
Kilka miesięcy wcześniej, w 1985 r., podczas jesiennej wyprawy na Lhotse, Kukuczka wracał do obozu, a za nim szedł młody wspinacz Rafał Chołda. Kukuczka nie zauważył, kiedy jego towarzysz poleciał w przepaść. „Łatwym trawersem schodzimy bez liny. W pewnym momencie nagle się odwracam, patrzę… Nie ma Rafała. Widzę, że w kotle, jakieś 100 m niżej, turla się plecak. Rafał szedł jakieś 15 m za mną. Nie słyszałem nic, żadnego okrzyku, słowa”, wspominał później Kukuczka.
Na najsłynniejszej wyprawie Zawady, która w 1980 r. weszła zimą na Everest, obaj zdobywcy, Leszek Cichy i Krzysztof Wielicki, także wracali z wierzchołka osobno. Potem zgodnie wyjaśniali, że Wielicki miał przemrożone i pokrwawione nogi, więc nie mógł iść tak szybko jak Cichy. Brzmi to bezwzględnie – ale i dla nich, i dla innych polskich wspinaczy to, że ze szczytu wraca się własnym tempem, było czymś naturalnym. Oczywiście, gdyby Wielicki osłabł, to na takiej wysokości, przy ogromnym zmęczeniu obu wspinaczy, Cichy nie dałby rady wrócić do góry, żeby mu pomóc. Dziś Cichy uważa, że Małek i Bielecki fizycznie nie byliby w stanie sprowadzić do obozu Berbeki i Kowalskiego.
Gdyby jednak zasada wspólnego wychodzenia i wracania została zastosowana w styczniu tego roku na kierowanej przez Leszka Cichego wyprawie na Aconcaguę, to być może nie zginąłby jego kolega, Jacek Krawczyński. Obaj już dwa lata temu próbowali bez skutku zdobyć najwyższy szczyt Ameryki. W tym roku Cichy nie brał udziału w ataku szczytowym, wierzchołek Aconcagui zdobyło trzech jego podopiecznych. Wspinali się osobno, z dużymi odstępami. Ostatni, Krawczyński, ze szczytu już nie wrócił. – Nie rozumiem, dlaczego Jacek nie zawrócił, widząc, że idzie tak wolno, a pogoda jest coraz gorsza – zastanawia się Cichy.
W 1986 r. Wielicki z Kukuczką szturmowali zimą Kanczendzongę. Także osobno. „Każdy posuwa się własnym tempem. Krzysiek mija mnie, nie jestem w stanie dotrzymać mu kroku. Na szczyt on wchodzi pierwszy. Ze zdziwieniem widzę, że nie czeka na mnie. Schodzi. Mijamy się bez słowa kilka metrów pod wierzchołkiem”, relacjonował Kukuczka. Kilkaset metrów niżej trwała zaś walka o życie ich chorego partnera Andrzeja Czoka. Pięciu himalaistów sprowadzało go w dół, z bazy próbowano donieść tlen. Wszystko bezskutecznie, co pokazuje, jak iluzoryczne są możliwości ratunku na dużych wysokościach, nawet gdy koledzy pomagają.
Wydaje się, że Krzysztof Wielicki zawsze akceptował praktykę osobnego wracania ze szczytu – tak jak niemal wszyscy polscy wspinacze, niezależnie od tego, co oficjalnie mówili na ten temat. Kinga Baranowska, jeśli tylko to możliwe, stara się jednak iść w grupie. „Gdy jestem samotnie na poręczówkach, łapię się na tym, że gadam sama do siebie, mam wtedy iluzję, że idę z drugą osobą”, mówi.

Liczcie na siebie

Gdy Artur Hajzer kierował wyprawą na Makalu w 2011 r., po zdobyciu szczytu schodził razem z Adamem Bieleckim, natomiast półtorej godziny za nimi szedł samotnie Tomasz Wolfart, dla którego był to pierwszy ośmiotysięcznik. Dwaj pierwsi dotarli do obozu, gdzie czekał czwarty wspinacz, Maciej Stańczak, którzy zrezygnował z ataku szczytowego. Wolniejszy Wolfart musiał samotnie biwakować bez namiotu. Na szczęście przeżył tę noc, następnego dnia doszedł do kolegów, razem rozpoczęli zejście do kolejnego obozu. Bielecki, najszybszy z nich, dotarł tam pierwszy. Wziął tlen i postanowił ruszyć w górę do słabnących towarzyszy. Uznał jednak, że nie da rady, zostawił więc butlę i sam zszedł do niższego obozu. Nie było z nim łączności, jego radiotelefon akurat w tym dniu nie działał. Wolfart i Stańczak zostali w górze, niezdolni do dalszego marszu, inni członkowie wyprawy nie potrafili im pomóc. Ocalił ich już niemal cudem zespół ratowniczy złożony z pięciu Szerpów, który sprowadził obu Polaków do bazy. Wolfart stracił cztery palce u rąk. Stańczakowi, częściowo lub w całości, trzeba było amputować aż dziewięć.
„Bielecki swoje pierwsze wyjście na 8000 m miał z Hajzerem. Zobaczył, że ludzi, z którymi się wychodzi, można porzucić. Zostawił do spółki z Hajzerem dwóch partnerów”, oceniał te zdarzenia himalaista Ryszard Gajewski dla portalu Off.sport.pl (parę miesięcy przed śmiercią Hajzera).
W tym roku, już po tragedii na Broad Peaku, Bielecki uznał, że pod Makalu popełnił błąd, odebrał tam lekcję na całe życie i już nigdy tak się nie zachowa. Tłumaczył, że bał się, iż czekać go będzie biwak pod gołym niebem, którego prawdopodobnie nie przeżyje – i dlatego zszedł do niższego obozu. Wydaje się jednak, że takie błędy popełniał nieraz.
Kilka miesięcy po Makalu, podczas zimowej wyprawy na Gaszerbrum I, Bielecki także schodził ze szczytu szybciej i dotarł do obozu prawie godzinę przed partnerem, Januszem Gołębiem. To również ostro wytknął mu Gajewski: „Uciekł Gołębiowi jeszcze przed zdobyciem szczytu. Rozmawiałem niedawno z Gołębiem, był wkurzony i rozżalony. Jak Bielecki miał problem z żołądkiem, to Gołąb czekał. Kiedy trzeba było sprawdzić drogę, Janusz poszedł w prawo i krzyknął, że nie tędy droga. Wtedy Bielecki od razu ruszył w drugą stronę. Nie poczekał też na szczycie”.
W odpowiedzi na te zarzuty Adam Bielecki ripostował, że wcześniej na Gaszerbrumie, w obozie trzecim, to Janusz Gołąb go zostawił, co groziło mu odmrożeniami. Stwierdził, że rzeczywiście szedł szybciej od Gołębia, ale dopóki nie uznał, że partner najgorsze ma już za sobą, co jakiś czas zatrzymywał się i obserwował jego marsz. Nie ma więc sobie nic do zarzucenia – tak jak w przypadku wyprawy na Broad Peak.
Pytanie, czy Bielecki, dziś prawdopodobnie najmocniejszy i najszybszy polski himalaista, powinien rezygnować ze swoich atutów, dających mu większe szanse górskiego sukcesu, i iść wolniej, aby towarzyszyć kolegom. On sam uważa, że nie, bo na dużych wysokościach nie da się nikomu skutecznie pomóc – i wskazuje, że także Kowalski i Berbeka schodzili z Broad Peaku osobno, niezwiązani liną. „Artur schodził, nie czekając na Maćka, i tak samo Maciek nie czekał na Tomka, tylko schodził krańcowo wyczerpany”, podkreślał Bielecki.
Słabnący Kowalski został z tyłu, podczas upadku wypiął mu się rak, nie był już w stanie go założyć, nie dał rady wziąć leków. Bielecki uznał jednak, że nie mógł nic zrobić dla kolegów. „Niektórzy sądzą, że można komuś pomóc samą obecnością. Pojawiły się głosy, że mogłem zaczekać, że zawsze można zachęcić, zmotywować, podać lek, założyć raka. Takie działania mogą jedynie zwiększyć komfort psychiczny umierającego. Nie uratują mu życia. Jeśli ktoś nie jest w stanie sam podać sobie leku czy założyć raka, to znaczy, że nie będzie w stanie iść przez wiele godzin 800 m w dół do obozu. Próbowaliśmy motywować Tomka przez radio. Szansy udzielenia realnej pomocy po prostu nie było. Zimą w wysokich górach jest system zero-jedynkowy. Możesz iść i żyć. Albo możesz zostać i razem umrzecie”, mówił twardo po powrocie z Broad Peaku w rozmowie z „Newsweekiem”.
Rzecz w tym, że gdy Bielecki ostatni raz spotkał się z Berbeką i Kowalskim, obaj byli zmęczeni i wyraźnie osłabieni, ale kontynuowali marsz na szczyt i na pewno żaden nie sprawiał wrażenia umierającego. Podkreśla to zresztą sam Bielecki, wskazując, że gdy mijał się z nimi w zejściu, był przekonany, że wszystko jest w porządku.
Jak mówi Bielecki, oni doskonale wiedzieli, że nie może na nich zaczekać, bo postój powyżej 10 minut jest wykluczony – więc zdawali sobie sprawę, że będą schodzić samodzielnie. Chyba jednak Berbeka i Kowalski nie całkiem byli przekonani, że muszą wracać ze szczytu bez wsparcia kolegów. Gdyby tak było, nie prosiliby przecież Artura Małka, ostatniego człowieka, jakiego spotkali przed śmiercią, by poczekał na nich i wracał związany z nimi liną. Nie bardzo też wiadomo, skąd wzięło się przekonanie Bieleckiego i Małka, że postój powyżej 10 minut musi oznaczać zamarznięcie.

Czas oskarżeń

Himalaista Maciej Pawlikowski ocenił Bieleckiego bardzo surowo: „Chwilę przed szczytem i potem, wracając ze szczytu, najsilniejszy uczestnik pędzi, pozostawiając wszystko i wszystkich za sobą. Świadczy to o jego skrajnym egoizmie, braku oznak jakiejkolwiek empatii i dyskwalifikuje go jako partnera wspinaczkowego”.
„Nie można zostawiać partnera. Bielecki i Małek mają to na sumieniu. Na Broad Peaku zostawili słabszych. Nie interesowało ich, że Kowalski czuł się źle. Złamali podstawową regułę, na której oparte jest wspinanie”, dodawał Gajewski, który w 1984 r. z Maciejem Berbeką dokonał pierwszego zimowego wejścia na Manaslu – i przypomniał, że Wielicki oceniał, iż warunki pogodowe podczas ataku na Broad Peak były świetne. Gajewski uznał, że Małek i Bielecki po powrocie „ściemniali”, wyolbrzymiając trudności. Zarzuca też Wielickiemu, iż zgodził się, by cała czwórka atakowała razem szczyt, zamiast puścić tylko parę Bielecki i Małek, ewidentnie mocniejszą. Zapewne tak właśnie postąpiłby Zawada. To, że byli silniejsi, potwierdza też Bielecki, mówiąc, że z Małkiem zostali dobrani pod względem szybkości.
Gajewski nie wierzy, że Bielecki miał kłopoty z radiotelefonem: „Kiedy z Jurkiem Kukuczką w 1980 r. szliśmy nową drogą na Everest, stosowaliśmy podobne zagrania. Kierownik Andrzej Zawada wołał nas przez radio, a my nie mieliśmy ochoty z nim rozmawiać”. Fakt, że Bieleckiemu radiotelefon odmówił posłuszeństwa akurat w newralgicznych momentach dwóch wypraw – na Broad Peak i dwa lata wcześniej, w 2011 r., na Makalu. Zdaniem Gajewskiego, obaj powinni pomóc dwóm wolniejszym kolegom, bo już w trakcie wchodzenia na wierzchołek było widać, że Berbeka i Kowalski są słabi. W rezultacie mogli rozkleić się psychicznie, widząc, że silniejsi towarzysze zostawili ich samych w zapadających ciemnościach.
Wielicki, który po powrocie z Broad Peaku raczej nie krytykował Bieleckiego i Małka, teraz, być może pod wpływem opinii środowiska, zmienił zdanie i także wypowiada się o nich ostrzej: „Myślałem, że podczas zejścia zwiążą się liną, że będą sobie pomagać. Raczej nie zdarza się, żeby ktoś, ot tak, zostawił kogoś w górach. Próbuję zrozumieć, co spowodowało, że Adam i Artur nie myśleli o Maćku i Tomku, tylko o sobie”.
Dla Jacka Berbeki postawa Bieleckiego i Małka nie jest wspinaniem. Anna Czerwińska, która wprawdzie nie mogła się zdecydować, czy Bielecki powinien czekać na słabszych kolegów i iść tak wolno jak oni, podkreśla jednak, że czasem trzeba ciągnąć za uprząż, przekonywać, kopać po tyłku, zmuszać partnera, żeby odnalazł siłę do zejścia. Uznała więc, że na tej wyprawie „zabrakło braterstwa liny”.
Ten ostatni zarzut Bielecki uważa za „przytłaczający swoją bezsensownością” i dodaje, że „z bardzo dużą wyrozumiałością” traktuje krytykę ze strony starszych himalaistów, mając świadomość, że byłby znacznie lepiej oceniany, gdyby i on zginął na Broad Peaku. Ostre słowa pod swoim adresem tłumaczy zaś – jako psycholog – tym, że żałoba po stracie bliskich ma różne fazy. Jedną z nich jest szukanie winnego i agresja. Wyjaśnia też, dlaczego atakuje go Jacek Berbeka, brat Macieja: „To prosty mechanizm. Osoba, która zawaliła swoje relacje z kimś, uświadamia to sobie, gdy zabraknie tej osoby, i zdarza się, że później próbuje odkupić swoje winy kosztem osoby trzeciej”. Bielecki ze smutkiem zauważa jednak, że ci, co tak źle o nim mówią, nie wykazali wyczucia ani empatii w stosunku do niego i jego rodziny, która bardzo przeżywa to, co się dzieje: „Bardzo przykre jest to zestawienie – ogromna empatia wobec rodzin zmarłych i potępianie żywych”. Całą sprawę widzi też trochę jako spór pokoleniowy: „Najwięcej ataków kierują na mnie wspinacze, których osiągnięcia przypadają na lata 80. Niektórzy mówiąc o sobie, wpadają w sentymentalny nastrój »za moich czasów«”. A także terytorialny – tradycyjny konflikt między wspinaczami ze Śląska (jak Bielecki czy Hajzer) i z Podhala. „Większość ataków na moją osobę wywodzi się ze środowiska zakopiańskiego. Maciek był z Zakopanego i Pawlikowski, Gajewski i Jacek Berbeka, czyli przyjaciele i rodzina Maćka, są z Zakopanego. Maciek był im bliski, a mnie nie znają. Nawet nie chcą poznać, bo kogoś, kogo się nie widziało, łatwiej krytykować”, wyjaśnia Bielecki. Liczy, że komisja badająca przyczyny wypadku oczyści go z zarzutów, bo wie, że nic nie mógł zrobić, by ocalić kolegów. „Nie można mi stawiać zarzutu, że zostawiłem partnerów, których życie można było uratować. Ani ja, ani Artur nie mamy wątpliwości, że na takiej wysokości zimą w trakcie ataku szczytowego jeden drugiemu nie może pomóc. Po prostu fizycznie nie jest w stanie”.
Bielecki podkreśla też, że to nieżyjący Maciek Berbeka jest odpowiedzialny za to, że czwórka atakująca szczyt nie wycofała się w porę: „Gdyby Maciej powiedział, że zawracamy – zawróciłbym. Sam bym raczej nie poszedł. Maciek wziął odpowiedzialność nawet nie za siebie, tylko za grupę. Dobrze wiedział, że Krzysiek Wielicki zdaje się na niego. I ja też miałem pełne zaufanie do jego oceny, doświadczenia i zdrowego rozsądku”. Śmierć Tomasza Kowalskiego podsumowuje beznamiętnie: „W pewnym momencie schodzić przestał, ponieważ nie był w stanie”.
Jeszcze nigdy dotychczas najwybitniejsi przedstawiciele środowiska himalaistycznego nie rozmawiali ze sobą publicznie w taki sposób. I nigdy deklaracje, że w górach trzeba sobie pomagać, a partnera nie wolno zostawiać, nie były tak dalekie od rzeczywistości. Dziś największym problemem polskiego himalaizmu jest właśnie to, że nie myśli się o pomaganiu drugiemu, że wszystko robi się osobno, na własny rachunek, bez oglądania się na innych. Czy jednak sensem wspinaczki nie jest wspólny wysiłek, po to żeby wszyscy biorący w niej udział byli w stanie zejść ze szczytu?


Gdyby był obok niego ktoś silniejszy i sprawniejszy…

List rodziców i bliskich Tomasza Kowalskiego (fragmenty):

W wyprawie na Broad Peak niewątpliwie zabrakło ducha współpracy zespołowej, a przede wszystkim poczucia odpowiedzialności. Po przesłuchaniu nagranych rozmów mamy nieodparte wrażenie, że Adamowi Bieleckiemu partnerzy byli potrzebni tylko do pokonania trudności – odcinków, na których trzeba było się asekurować. Z przełęczy rusza sam, mówi, że Maciej Berbeka czeka tam jeszcze na chłopaków. Po jakimś czasie próbuje się z nimi połączyć, bo okazuje się, że potrzebna będzie lina do asekuracji. Czeka więc na partnerów.
Przed Rocky Summit rozwiązują się i wtedy Adam Bielecki nie czeka i nie ogląda się już na współtowarzyszy. Łączy się z bazą, z Krzysztofem Wielickim, jeszcze cztery razy, ponieważ po zejściu z Rocky Summit nie wie, jak dalej iść (…). Krzysztof Wielicki powtarza mu kilkakrotnie, żeby poczekał na Maćka Berbekę. Adam jednak nie czeka, lecz sam idzie dalej. Już wtedy tworzy się między nimi duża różnica czasowa. (…)
Maciej Berbeka ostatni raz zgłasza się ze szczytu. Rozmawia z radiotelefonu Tomka Kowalskiego. Mamy wrażenie, że jest bardzo zmęczony. Tomek łączy się z Krzysztofem Wielickim po mniej więcej godzinie po zejściu ze szczytu. Mówi, że idzie wolno i źle mu się oddycha.
Krzysztof Wielicki próbuje go zdopingować, mówiąc, że chłopcy są już poniżej przełęczy. To działa jednak odwrotnie, gdyż Tomek powtarza z niedowierzaniem: „To Maciek i Artur są już poniżej przełęczy?!”. Zdając sobie sprawę, że jest bardzo osłabiony i pozostał daleko w tyle, Tomek szuka u Krzysztofa Wielickiego pomocy – mówi, że ma apteczkę i że może powinien coś zażyć w związku z trudnościami z oddychaniem. Krzysztof Wielicki odradza mu, mówiąc: „Jeśli nie masz żadnych objawów, głowa cię nie boli ani nie masz silnego kaszlu, to apteczka nic ci nie pomoże”. Czy rzeczywiście nie można było zalecić żadnego z leków, nawet na zasadzie placebo?
Tomek szedł wolno, ale szedł – w nocy, ze świadomością, że idzie na końcu, że nie ma na kogo liczyć. Pod Rocky Summit mówił, że będzie miał problem z wyjściem na przedwierzchołek, jednak mimo wszystko mu się to udało. W końcu się poddał. Usiadł w momencie, kiedy dalsza droga wiodła już tylko w dół. Gdyby wtedy był obok niego ktoś silniejszy i sprawniejszy, ktoś, kto dodałby otuchy, związał się liną, a przede wszystkim nie pozwolił usiąść – może Tomek dałby radę zejść.
W ciągu ataku szczytowego pogoda, jak na tę porę roku, była idealna. Chłopcy wiedzieli od Krzysztofa Wielickiego, że utrzyma się w nocy i następnego dnia. (…)
To nieprawda, że w takich warunkach i z takim sprzętem nie można zatrzymać się nawet na 10 minut – jak twierdzą Artur Małek i Adam Bielecki. Przecież Tomek, już siedząc na grani, wytrzymał wiele godzin – ostatnia łączność z nim nastąpiła o 6.20 rano. Doświadczeni himalaiści potwierdzają, że posiadając kombinezony oraz elektryczne i chemiczne ogrzewacze, da się wytrzymać nawet kilkudziesięciominutowy postój, nie mówiąc już o zwolnieniu tempa schodzenia – szczególnie w bezwietrznych warunkach, jakie wtedy panowały.
W zarejestrowanych rozmowach, kiedy już jest noc i Tomek biwakuje, cały czas rozmawia normalnie, choć bardzo cicho, i trzeźwo odpowiada na pytania. Kiedy Artur Małek już z namiotu mobilizuje Tomka, żeby szedł dalej, i tłumaczy mu, że będzie musiał przeskoczyć jedną szczelinę, Tomek racjonalnie oceniając sytuację, odpowiada, że bez partnera nie da rady tego zrobić, gdyż nie ma siły. W ostatniej nagranej rozmowie Tomek prosi Krzysztofa Wielickiego o podanie mu numeru środka na odmrożenia, nie może bowiem znaleźć listy leków i nie wie, pod którym numerem ma w apteczce heparynę. Krzysztof Wielicki odpowiada, że będzie szukał. Dalej jest 16 minut odgłosów szukania…
Podsumowując:
Krzysztof Wielicki nie sprostał, naszym zdaniem, roli kierownika wyprawy. Atak szczytowy nie był poparty żadną taktyką. Kierownik wyprawy nie potrafił odnaleźć się w sytuacji kryzysowej. Dawał Tomkowi demobilizujące komunikaty: „Chłopcy są już poniżej przełęczy”. Mimo zgłaszanych przez Tomka problemów nie zalecił mu żadnych leków.
Adam Bielecki podjął samodzielną decyzję o odłączeniu się i pozostawił partnerów. Zespół de facto nie istniał. Gdyby funkcjonował, wszystko mogłoby potoczyć się inaczej.
Nie zgadzamy się z tezą Krzysztofa Wielickiego, że Tomka nie dało się uratować. Od momentu, kiedy zgłasza problemy z oddychaniem, pokonuje jeszcze Rocky Summit i siada dopiero po zejściu z niego. Jeśli dostał komunikat z bazy, że współtowarzysze ataku są już poniżej przełęczy, to zdawał sobie doskonale sprawę, że na żadną pomoc z ich strony liczyć nie może. Gdyby silniejsi w tym dniu partnerzy zwolnili tempo i starali się choćby utrzymać kontakt wzrokowy, mogliby zejść wszyscy.

Wydanie: 29/2013

Kategorie: Kraj

Komentarze

  1. a
    a 29 stycznia, 2018, 22:36

    a teraz Bielicki jest bohaterem

    Odpowiedz na ten komentarz
  2. Gienek
    Gienek 2 lutego, 2018, 00:27

    Do berbeki stare dziadki powinny siedzieć w domach.twój brat powinien przejś na dolinie testy wydolnościowe i dopiero ewentualnie wspinać się na Giewont.ale jak by testy były zbliżone do warunków jakie tam panowały to na 1000%miał by pogrzeb w dolinie .I tyle cała prawda

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy