Historia według Wiatrowycza

Historia według Wiatrowycza

„Zimna wojna” polsko-ukraińska

Po przewrocie kijowskim w 2014 r. polska opinia publiczna była przekonywana przez establishment polityczno-medialny, że stosunki polsko-ukraińskie są bardzo dobre, a strategiczne partnerstwo z pomajdanową Ukrainą to fundament polskiej racji stanu. Teraz okazuje się, że te stosunki nie są jednak tak dobre, a nawet są złe, można wręcz mówić o „zimnej wojnie” polsko-ukraińskiej. Minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski zapowiedział 2 listopada br., że zostaną uruchomione procedury uniemożliwiające wjazd do Polski tym Ukraińcom, którzy zajmują antypolskie stanowisko, np. zakładając mundury dywizji Waffen SS Galizien. Szef polskiej dyplomacji nagle zauważył to, czego dotychczas on i jego poprzednicy długo nie dostrzegali. Przecież gloryfikowanie ukraińskiej dywizji SS i UPA miało miejsce na Ukrainie jeszcze przed przewrotem z 2014 r.

Oświadczenie ministra Waszczykowskiego stanowi w dużej mierze pokłosie wojny, jaką toczy od dawna polski Instytut Pamięci Narodowej ze swoim ukraińskim odpowiednikiem. Powodem konfliktu jest polityka historyczna pomajdanowej Ukrainy. Dotychczas wiele środowisk politycznych w Polsce dyskretnie jej nie zauważało, ale obecnie nie da się już ukryć, że budowanie przez Ukrainę tożsamości na fundamencie nacjonalizmu jest poważną przeszkodą we wzajemnych stosunkach. Doszły one do ściany, kiedy Ukraiński Instytut Pamięci Narodowej (UINP) zablokował prace zespołu badawczego polskiego IPN na Ukrainie, które miały na celu ustalenie miejsc spoczynku m.in. ofiar ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego i doprowadzenie do ekshumacji. Dlatego w oświadczeniu ministra Waszczykowskiego znalazła się groźba, że konsekwencje poniosą również te osoby ze strony ukraińskiej, które uniemożliwiają ekshumacje ofiar UPA i NKWD oraz renowację polskich miejsc pamięci.

Konferencja w Czerkasach

Jak głęboka jest przepaść dzieląca polskie i ukraińskie postrzeganie historii, pokazało też V Polsko-Ukraińskie Forum Historyków, które odbyło się w Czerkasach na Ukrainie od 19 do 22 października 2017 r. Konferencję zorganizowały UINP i polski IPN. Wiodącym tematem były wydarzenia na Chełmszczyźnie w latach 1942-1944 w kontekście ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego. Chodzi o dokonane przez polskie podziemie w 1942 r. zabójstwa Ukraińców, którzy zostali przesiedleni na wschodnią Lubelszczyznę w ramach prowadzonej za zgodą Hansa Franka ukrainizacji ziemi chełmskiej. Zabójstwa te – zdaniem nacjonalistycznej historiografii ukraińskiej – miały być przyczyną ludobójczych działań UPA wobec ludności polskiej na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej.

Szef pionu naukowego polskiego IPN, dr hab. Mirosław Szumiło, w wypowiedzi dla PAP skomentował wyniki konferencji następująco: „Historycy ukraińscy twierdzą, że mordy dokonane przez polskie podziemie na Ukraińcach na Chełmszczyźnie w 1942 r. były przyczyną antypolskiej akcji UPA na Wołyniu w 1943 r. Ich zdaniem liczba ofiar ukraińskich na Chełmszczyźnie miała wynosić kilkaset osób, co spowodowało, że ukraińscy uciekinierzy z tego terenu zanieśli na Wołyń informacje o rzekomych polskich zbrodniach. W polskich referatach pokazaliśmy jednak, że twierdzenia te nie znajdują potwierdzenia w faktach”.

Należy w tym miejscu podkreślić, że punkt widzenia nacjonalistycznej historiografii ukraińskiej w tej sprawie został już wcześniej podważony przez takich polskich historyków jak Grzegorz Motyka i Ryszard Torzecki, których trudno posądzić o nastawienie antyukraińskie. Grzegorz Motyka stwierdził na podstawie dostępnych źródeł, że w 1942 r. w całym dystrykcie lubelskim z rąk polskiego podziemia w wyniku pojedynczych egzekucji zginęło ok. 30 Ukraińców, a nie 400 – jak twierdzi strona ukraińska1. Z kolei Ryszard Torzecki zaprzeczył, że najbardziej znany z zabitych wówczas Ukraińców – przedwojenny senator Iwan Pasternak (1876-1943) – zginął z „wyroku sądu AK czy delegatury”. Zdaniem Torzeckiego Pasternak „został śmiertelnie postrzelony (umarł w szpitalu) z rąk nieznanych sprawców, jak to określiło niemieckie śledztwo” i był to „akt wojennego bandytyzmu”2.

Ustalenia Grzegorza Motyki potwierdził uczestniczący w konferencji w Czerkasach prof. Igor Hałagida – naczelnik Oddziałowego Biura Badań Historycznych IPN w Gdańsku, z pochodzenia Ukrainiec. Badacz ten zaprezentował statystykę strat ukraińskich w dystrykcie lubelskim, z której wynika, że w 1942 r. zabito na tym terenie 388 Ukraińców, z czego aż 319 zginęło z rąk Niemców. Tylko w przypadku dwóch ofiar są dowody, że zginęły z rąk AK, dwie dalsze zginęły prawdopodobnie z rąk partyzantki komunistycznej, a w przypadku 65 osób sprawcy zabójstw są nieznani. Część mogła zginąć w wyniku akcji polskiego podziemia, ale większość prawdopodobnie padła ofiarą zwykłych band rabunkowych. „W związku z tym możemy stwierdzić, że wydarzenia na Chełmszczyźnie w 1942 r. nie miały wpływu na rozpętanie antypolskiej akcji UPA na Wołyniu w 1943 r.”, podsumował Mirosław Szumiło.

Stanowiska tego nie przyjmuje jednak strona ukraińska, która konsekwentnie zaprzecza ludobójczemu charakterowi zbrodni na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej w latach 1943-1944, neguje odpowiedzialność OUN-UPA za zbrodnie na ludności polskiej i lansuje tezę o rzekomej „wojnie polsko-ukraińskiej”, którą miała rozpocząć strona polska w 1942 r. Tezę tę powielała najpierw nacjonalistyczna historiografia ukraińska w Kanadzie, współcześnie jej orędownikiem stał się m.in. Wołodymyr Wiatrowycz. Urodzony w 1977 r. we Lwowie, nigdy nie ukrywał nacjonalistycznych poglądów ani fascynacji ruchem banderowskim. Jego działalność naukową można śmiało uznać za bezkrytyczne wysławianie OUN-UPA. Dawał temu wyraz jako dyrektor Centrum Badań Ruchu Wyzwoleńczego we Lwowie – instytucji powołanej w celu gloryfikacji ukraińskiego nacjonalizmu, jako dyrektor Archiwum Służby Bezpieczeństwa Ukrainy, członek rady nadzorczej lwowskiego muzeum Więzienie przy Łąckiego, a od marca 2014 r. jako przewodniczący UINP.

Spóźniona reakcja

Być może nie byłoby dzisiaj takich problemów, gdyby nie długoletnie pobłażanie strony polskiej dla ukraińskiej polityki historycznej, a nawet jej usprawiedliwianie. Ekshumacje na Wołyniu – nie tylko ofiar UPA, ale także legionistów Piłsudskiego poległych w 1916 r. pod Kostiuchnówką – wielokrotnie blokował m.in. Światosław Szeremeta, sekretarz Państwowej Międzyresortowej Komisji ds. Wojen i Represji Politycznych, zdeklarowany nacjonalista ukraiński. Nie było jednak reakcji strony polskiej, gdy tenże Szeremeta w 2016 r. wywoływał incydenty podczas marszu ukraińskiego w Przemyślu i brał udział w uroczystym pogrzebie szczątków ukraińskich esesmanów z dywizji Galizien na górze Żbyr koło Brodów w obwodzie lwowskim.

Nie było reakcji, gdy Petro Tyma, prezes Związku Ukraińców w Polsce, w odpowiedzi na likwidację pomnika UPA w Hruszowicach napisał: „W sprawie Hruszowic prowokatorzy triumfują. Oczywiście zapomnieli, czym skończył się polski triumf w 1938 r. nad cerkwiami Chełmszczyzny”. Co miały znaczyć te słowa? Według propagandy nacjonalistów ukraińskich polska akcja rewindykacji cerkwi prawosławnych z 1938 r. skutkowała „akcją antypolską UPA” z 1943 r., czyli ludobójstwem typu genocidum atrox na Wołyniu. Zacytowana wypowiedź była więc ze strony Tymy zawoalowaną groźbą.

Nie było też zdecydowanej reakcji polskiego MSZ, gdy pod koniec kwietnia br. Wiatrowycz zapowiedział po raz pierwszy „wstrzymanie wydawania pozwoleń na prace poszukiwawcze pochówków i porządkowanie polskich miejsc pamięci na Ukrainie” i zwrócił się do władz lokalnych na zachodniej Ukrainie z apelem o wstrzymanie decyzji „odnośnie do wydawania pozwoleń na wniosek polskich instytucji publicznych, osób lub organizacji społecznych na zainstalowanie nowych polskich pomników lub renowację istniejących”.

Dominowało wtedy myślenie doradcy MSZ Przemysława Żurawskiego vel Grajewskiego, który uważał, że pamięć o zbrodni wołyńskiej jest „sprawą drugo- czy trzeciorzędną”, a środowiska kresowe są „zupełnie oderwane od rzeczywistości” i rzekomo idą „oczekiwanym przez Rosję tropem”.

Dopiero teraz przeciwko gloryfikacji nacjonalizmu ukraińskiego przez UINP, a także niedawnej wypowiedzi byłego prezydenta Ukrainy Wiktora Juszczenki, który postawił na jednej płaszczyźnie UPA i AK oraz Banderę i Piłsudskiego, zaprotestował prezes IPN Jarosław Szarek. Oświadczył, że IPN ma „fatalne relacje ze stroną ukraińską”, pomiędzy IPN i UINP ma miejsce „tak naprawdę zimna wojna”, a „bez gestu ze strony Ukrainy nie będzie przełomu w naszych relacjach”. „Ukraina musi jedno wziąć pod uwagę, że taka droga gloryfikacji tych formacji [OUN i UPA – przyp. BP] jest całkowicie ahistoryczna. (…) UPA była zbrojną organizacją jednej z partii, nawet jednej z frakcji partyjnych”, stwierdził szef polskiego IPN w wypowiedzi dla prawicowego portalu wPolityce.pl.

Komentując natomiast wypowiedź Wiktora Juszczenki, Jarosław Szarek powiedział w TV Republika, że IPN wielokrotnie okazywał dobrą wolę, ale „teraz wyczerpaliśmy chęć porozumienia. Nie widzę możliwości dalszej współpracy w jakimkolwiek celu, jeśli Ukraina nie pokaże swojej dobrej woli (…) i nie poda ręki z konkretną propozycją”.

Powstaje pytanie, dlaczego IPN i polski minister spraw zagranicznych tak późno zajęli jednoznaczne stanowisko wobec ukraińskiej polityki historycznej. Przecież gloryfikacja OUN i UPA ma miejsce na Ukrainie co najmniej od pomarańczowej rewolucji w 2004 r., a po przewrocie z 2014 r. uznano tam nacjonalizm ukraiński, także ten w wersji banderowskiej, za fundament budowy tożsamości państwowo-narodowej. Oba przewroty ukraińskie – z 2004 i 2014 r. – były aktywnie wspierane przez cały polski establishment polityczny. Obecnie gloryfikacja nacjonalizmu ukraińskiego osiągnęła taki poziom, że na podanie ręki z „konkretną propozycją” nie ma co liczyć. Wymownie świadczy o tym chociażby żądanie strony ukraińskiej, żeby w zamian za możliwość upamiętnienia polskich ofiar OUN-UPA na Ukrainie mogły istnieć na terenie Polski upamiętnienia UPA. Według relacji wiceprezesa IPN prof. Krzysztofa Szwagrzyka, który towarzyszył wicepremierowi Piotrowi Glińskiemu podczas niedawnej wizyty na Ukrainie, władze ukraińskie wprost postawiły stronie polskiej ultimatum, przedstawiając żądanie odbudowania usuniętego w kwietniu br. nielegalnego pomnika UPA w Hruszowicach koło Przemyśla jako warunek zgody na wznowienie prac poszukiwawczo-ekshumacyjnych na Wołyniu.

Nie ma przy tym znaczenia dla strony ukraińskiej, że pomnik w Hruszowicach nie stał na żadnej mogile i upamiętniał nie jakiekolwiek ofiary, ale walkę UPA z powojenną Polską. Kijów zrównuje zatem z bezbronnymi polskimi ofiarami ludobójstwa dokonanego przez OUN-UPA ukraińskich nacjonalistów walczących z państwem polskim, których czczenie na polskiej ziemi jest nie do przyjęcia dla naszego społeczeństwa.

Dziwi więc dzisiejsze dopiero oburzenie ministra Waszczykowskiego z powodu informacji historycznej w muzeum Więzienie na Łąckiego. Minister spraw zagranicznych Polski demonstracyjnie odwrócił się pod drzwiami tego muzeum na widok tablicy mówiącej o „polskiej okupacji”. Czyżby nie kojarzył, że ukraińska polityka historyczna jest rezultatem tamtejszych przemian politycznych, gorąco wspieranych przez cały postsolidarnościowy establishment z jego partią na czele? Przecież to ze środowiska szeroko rozumianej prawicy wielokrotnie słyszeliśmy, że „lepsza Ukraina banderowska od moskiewskiej”. Niedawno tezę tę powtórzył stały publicysta „Rzeczpospolitej” Andrzej Talaga, który zaproponował, by „wziąć UPA w nawias” i postawić „rację stanu ponad racją moralną”. Skoro tak, to rozdzieranie szat teraz wygląda bardzo nieszczerze.

Polakom byłe więzienie przy ul. Łąckiego we Lwowie kojarzy się głównie z istniejącym tam w latach 1939-1941 więzieniem NKWD i dokonywanymi tam masakrami więziennymi w czerwcu 1941 r. Ukraińcy jednak eksponują fakt, że w latach 1935-1939 mieściło się tam więzienie śledcze, w którym przetrzymywano członków nielegalnej Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów oskarżonych o działalność terrorystyczną przeciw II RP (według strony ukraińskiej „wyzwoleńczą”). Podczas procesu działaczy OUN w 1936 r. w więzieniu tym przebywali m.in. Stepan Bandera, Jarosław Stećko i Mykoła Łebedź. Stąd obecna narracja ukraińska o „polskiej okupacji”, która tak oburzyła ministra Waszczykowskiego.

To nie likwidacja nielegalnego i obrażającego Polaków pomnika UPA w Hruszowicach jest przyczyną wstrzymania legalizacji polskich ekshumacji i upamiętnień na Ukrainie. Na upamiętnienie polskiej martyrologii na Wołyniu nie ma miejsca, dlatego że stoi to w sprzeczności z obłędną heroizacją UPA. Ukraina banderowska nie okazała się lepsza od „moskiewskiej”.

Pierwszy rycerz nacjonalizmu

Przekaz o „polskiej okupacji” w lwowskim muzeum jest zasługą m.in. Wołodymyra Wiatrowycza, członka nadzorującej je rady. Przewodniczący UINP wyrasta dzisiaj na czołowego kreatora ukraińskiej polityki historycznej, opartej na afirmacji nacjonalizmu ukraińskiego jako rzekomego nurtu narodowowyzwoleńczego oraz na gloryfikacji OUN-UPA.

Pseudohistoryczna działalność Wiatrowycza nasiliła się zwłaszcza w roku 2017, ogłoszonym przez współczesnych epigonów nacjonalizmu ukraińskiego „rokiem UPA”. Dotychczas ukraińska historiografia nacjonalistyczna przedstawiała UPA jako „ruch narodowowyzwoleńczy”. Wiatrowycz poszedł dalej i 8 lutego br. zainaugurował w Kijowie „kampanię informacyjną”, która przedstawiła UPA jako główną siłę oporu wobec okupacji niemieckiej, walczącą z Niemcami hitlerowskimi. Walkę tę miała podobno zainicjować w lutym 1943 r. sotnia Hryhorija Perehijniaka, która rzeczywiście wtedy zainicjowała, ale ludobójstwo na ludności polskiej na Wołyniu.

Innym przykładem podejścia Wiatrowycza do historii jest promocja postaci Ołeny Telihy (1906-1942) – nacjonalistki z melnykowskiej frakcji OUN i kolaborantki hitlerowskiej. 25 lutego br. z udziałem najwyższych władz Ukrainy oraz Ukraińskiego Kościoła Prawosławnego Patriarchatu Kijowskiego odsłonięto jej pomnik w Babim Jarze – miejscu jednej z największych zbrodni niemieckich na Żydach, popełnionej w dniach 29 września-3 października 1941 r. Rozstrzelano tam wówczas 33 771 Żydów. W zbrodni tej brał udział także Kijowski Kureń OUN, który w rzeczywistości był formacją ukraińskiej policji pomocniczej pod dowództwem Petra Żachwałyńskiego. To z tą kolaboracyjną formacją przybyła do Kijowa w 1941 r. Ołena Teliha. W 1942 r., w związku z konfliktem pomiędzy banderowską i melnykowską frakcją OUN, została przez banderowców zadenuncjowana gestapo pod zarzutem machinacji finansowych i prawdopodobnie rozstrzelana przez Niemców w Babim Jarze. Nie jest to do końca pewne, ponieważ Łeontij Forostywśkyj, ukraiński kolaborant i burmistrz Kijowa podczas okupacji niemieckiej, w wydanej w Buenos Aires w 1952 r. książce „Kyjiw pid worożymy okupacijamy” twierdził, że Teliha podcięła sobie żyły w areszcie gestapo na ul. Władymirskiej w Kijowie. Okoliczności jej działalności politycznej, aresztowania i śmierci nie przeszkodziły jednak UINP w uczynieniu z niej ofiary nazizmu.

Pominięto przy tym fakt, że 5 października 1941 r. – a więc tuż po egzekucjach Żydów w Babim Jarze – Teliha zamieściła na łamach kolaboracyjnej gazety „Wołyń” artykuł „Rozsypują się mury”, w którym wyrażała radość, że Niemcy kazali „opuścić” Żydom Kijów. Prowadziła też w okupowanym przez Niemców Kijowie restaurację, którą przejęła w ramach „aryzacji mienia żydowskiego”.

Skandaliczne sympozjum w Paryżu

Szczególnie bulwersującym przejawem działalności Wiatrowycza było międzynarodowe sympozjum „Shoah na Ukrainie. Nieszczęścia XX wieku w nowej perspektywie”, które zorganizowano na Uniwersytecie Paryż II Panthéon-Assas w marcu br. Nie zaproszono na nie znanych i niezależnych badaczy historii nacjonalizmu ukraińskiego, takich jak John-Paul Himka, Per Anders Rudling, Marco Carynnyk, Grzegorz Rossoliński-Liebe i Iwan Kaczanowski. Dopuszczono tylko Wiatrowycza i współpracujących z nim historyków ukraińskich. Organizatorami sympozjum byli Philippe de Lara z Uniwersytetu Paryż II i Galina Ackerman – emigrantka z ZSRR, doktor historii na Sorbonie, znana z antyrosyjskiej publicystyki i wspierania pomajdanowej Ukrainy, m.in. w ramach Europejskiego Forum dla Ukrainy.

Organizatorzy sympozjum umożliwili delegacji ukraińskiej z Wiatrowyczem na czele głoszenie oczywistych kłamstw. Z większości wystąpień jej członków można było się dowiedzieć o „czarnej legendzie ukraińskiego antysemityzmu”, którą wymyśliła „moskiewska propaganda”. Można było również usłyszeć tezy negujące udział nacjonalistów ukraińskich w Holokauście. Naukowcy zachodni i nieliczni działacze żydowscy protestujący przeciw udziałowi w konferencji Wiatrowycza (m.in. Eduard Doliński, dyrektor Ukraińskiego Komitetu Żydowskiego z Kijowa) zostali przedstawieni jako „przeciwnicy dekomunizacji” albo sojusznicy-agenci-poplecznicy Kremla. Organizatorzy konferencji pochwalili Wiatrowycza właśnie za ową „dekomunizację historii” i zgodzili się z nim, że historia Holokaustu jest „zakłamana”, a jej odkłamanie polegać ma na likwidacji „sowieckich stereotypów” na temat antysemityzmu nacjonalistów ukraińskich.

„Przeciwdziałanie środowisk prokremlowskich dowodzi tylko, że my [jesteśmy] – na właściwym szlaku. Musimy kontynuować walkę o porozumienie między Ukraińcami i Żydami”, stwierdziła Galina Ackerman.

Dlaczego wtedy nie protestował polski IPN? Dlaczego nie wydał lub nie wsparł wydania publikacji ukazującej prawdę o roli nacjonalistów ukraińskich w zagładzie Żydów? Opracowanie takiej publikacji wziął na siebie zespół prof. Andrzeja A. Zięby, kierownika Zakładu Stosunków Etnicznych w Europie Instytutu Etnologii i Antropologii Kulturowej Uniwersytetu Jagiellońskiego. Doprowadził on do wydania monumentalnej pracy (998 stron i 52 strony wstępu) „OUN, UPA i zagłada Żydów” (Kraków 2016, faktycznie książka ukazała się w sierpniu 2017 r.).

Dzieło to zawiera 36 artykułów badaczy nacjonalizmu ukraińskiego, w tym tak znakomitych jak Marco Carynnyk, Aleksandr Diukow, Frank Golczewski, Sofia Graczowa, John-Paul Himka, Iwan Kaczanowski, Lucyna Kulińska, Grzegorz Motyka, Grzegorz Rossoliński-Liebe, Per Anders Rudling, Ewa Siemaszko, Władysław Siemaszko i Andrzej Zapałowski. Ich artykuły dotyczą antysemityzmu w ideologii OUN, udziału OUN i UPA w zagładzie Żydów oraz pamięci o tych zbrodniach. Publikacja ta ma ogromne znaczenie w sytuacji, kiedy ukraińska polityka historyczna, sterowana przez Wiatrowycza, neguje udział nacjonalistów ukraińskich w Holokauście.

Gorzka prawda

Niemiecki politolog i historyk Andreas Umland napisał w sieciach społecznościowych, że skrót UINP można śmiało odczytywać jako „Ukraiński Instytut Naparzania (pokrzywą) Polski”, ponieważ ta instytucja wraz z lwowskim Centrum Badań Ruchu Wyzwoleńczego wyrządza najwięcej szkód relacjom polsko-ukraińskim. Jednakże przez bardzo długi czas strona polska przymykała na to oko. Polityka historyczna pomajdanowej Ukrainy była długo bagatelizowana przez polski establishment polityczno-medialny. Opinię publiczną w naszym kraju próbowano przekonywać, że renesans nacjonalizmu ukraińskiego, połączony z negowaniem jego zbrodni, stanowił zjawisko marginalne. Niestety, jest wręcz przeciwnie.

Po upadku ZSRR i powstaniu niepodległej Ukrainy nacjonalistyczna diaspora ukraińska w Kanadzie, USA i RFN na nowo podjęła wojnę, którą UPA przegrała ponad 70 lat temu. W tę walkę włożono olbrzymi wysiłek organizacyjny i finansowy. Dla epigonów Stepana Bandery nie miało i nie ma znaczenia, że doprowadzili do konfliktu wewnętrznego na Ukrainie oraz konfliktu z Rosją, a teraz rozniecają konflikt z Polską. Liczył się tylko jeden cel – „Ukraina dla Ukraińców” pod nacjonalistyczną władzą. Dlatego zaoferowali Zachodowi swoje usługi w obaleniu legalnych władz ukraińskich w 2004 i 2014 r. w zamian za możliwość wejścia na scenę polityczną Ukrainy. Kult nacjonalizmu w wydaniu banderowskim był obecny w życiu zachodniej Ukrainy od ponad 20 lat, ale po przewrotach z 2004 i 2014 r. został rozszerzony na resztę Ukrainy, z fatalnymi dla tego kraju skutkami politycznymi.

Polska polityka uległości wobec Ukrainy od początku była błędem wynikającym z niezrozumienia przez postsolidarnościowe elity polityczne – zaślepione rusofobią oraz dawno przebrzmiałymi ideami prometeizmu – z jakim partnerem mają do czynienia. Elity te opierały się, i niestety nadal w niemałej mierze się opierają, na własnych wyobrażeniach o Ukrainie, lekceważąc jednoznaczną wymowę faktów. Polityka historyczna uprawiana przez pomajdanową Ukrainę jest najlepszym dowodem, że nie warto stać po stronie takiego partnera. Nie tylko nie warto, ale nawet jest to niebezpieczne.

1 Grzegorz Motyka, Od rzezi wołyńskiej do akcji „Wisła”. Konflikt polsko-ukraiński 1943-1947, Kraków 2011.
2 Ryszard Torzecki, Polacy i Ukraińcy. Sprawa ukraińska w czasie II wojny światowej na terenie II Rzeczypospolitej, Warszawa 1993.

Wydanie: 46/2017

Kategorie: Publicystyka

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy