Ich człowiek w Brukseli

Ich człowiek w Brukseli

Gdyby człowiek wierzył MSZ, toby zgłupiał. Jeszcze w zeszłym tygodniu (ciekawe, czy w weekend coś zmieniono?) na stronie internetowej ministerstwa jako szef Stałego Przedstawicielstwa przy Unii Europejskiej w Brukseli widniał Jarosław Starzyk, choć tej funkcji nie pełni już od wielu miesięcy. To nie jest drobiazg. To oznaka, że ministerstwo niechlujnie pracuje.

Inną oznaką złego podejścia do zadań jest osoba następcy Starzyka. Już w styczniu minister Jacek Czaputowicz ogłosił, że szefem przedstawicielstwa przy Unii mianował Andrzeja Sadosia. Początkowo jako chargé d`affaires a.i. To był taki półambasador. Ale potem, w kwietniu, Sadoś przeszedł przesłuchanie przed sejmową komisją i (głosami PiS) uzyskał akceptację, jest więc już prawdziwym szefem placówki. Tylko co z tego?

Przedstawicielstwa przy Unii mają swoją specyfikę. Ponieważ jest to miejsce, gdzie wciąż coś się dzieje i na wielu poziomach realizowane są różne interesy, trzeba mieć potężną wiedzę i doświadczenie, żeby w tym gąszczu sprawnie się poruszać. Z reguły więc państwa Unii ambasadorami przy UE mianują dyplomatów, którzy w Brukseli pracują od lat. A potem bardzo niechętnie ich zmieniają. Ich wiedza, znajomości, pamięć, to są atuty drogocenne. Powiedzieć, że to są pierwszoligowcy, to nic nie powiedzieć.

A Sadoś w Brukseli jest kimś nowym. Świeżynką.

Jest on wynalazkiem Michała Kamińskiego (z którym się kolegował, gdy ten był w PiS) oraz Anny Fotygi (gdy była szefem MSZ w rządzie Marcinkiewicza i Kaczyńskiego), która najpierw zrobiła go rzecznikiem prasowym ministerstwa. Miesięcznik „Press” przyznał mu wtedy tytuł Antyrzecznika 2006, uzasadniając to tak: „Zdarza mu się, że nie zna treści własnych komunikatów lub nie umie ich powtórzyć. Raz poproszony przez dziennikarza radiowego o wypowiedź odparł: »Niech pan sobie wybierze fragment komunikatu, a ja to przeczytam«”.

Jeszcze za czasów PiS Sadoś zdążył awansować na stanowisko podsekretarza stanu. Mówiono wtedy, że jedną z jego pierwszych decyzji jako wiceszefa MSZ było wystąpienie z formalnym wnioskiem o… kupno kompletu szklanek do whisky.

W międzyczasie zdążył jeszcze zostać pełnomocnikiem ministra ds. promocji i ochrony wizerunku Polski w świecie. Co zostało błyskawicznie wyśmiane, bo do tej pory wszyscy myśleliśmy, że promocja i ochrona wizerunku Polski w świecie to zadanie całego MSZ, a nie jednego Sadosia.

Ta funkcja, jak i kariera u boku niezbornej minister, pokazywały jedno – że Sadoś ma talent do PR, choć ograniczony raczej do jego własnej osoby.

Potem, po upadku pierwszego rządu PiS, pracował w stałym przedstawicielstwie przy ONZ w Genewie jako zastępca ambasadora. To znaczy zszedł z oczu. W sumie dobrze się ustawił.

Teraz przychodzi mu kierować wielką placówką, gdzie praca wre, i to jeszcze w sytuacji, która wymaga wielkiej wiedzy oraz wielkich umiejętności dyplomatycznych, no i znajomości.

Jak to wychodzi, wszyscy widzą. Ale chyba nikt nie jest zaskoczony.

Wydanie: 21/2018

Kategorie: Aktualne, Kronika Dobrej Zmiany

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy