Na nowojorskim bruku

Na nowojorskim bruku

Do czego służą zagraniczne wizyty premiera albo prezydenta? Czyli na najwyższym szczeblu? Ich cel jest dwojaki. Propagandowy i praktyczny.

Cel praktyczny jest oczywisty. Podczas wizyt na najwyższym szczeblu podpisuje się wcześniej wynegocjowane umowy, domawia się istotne dla obu stron sprawy. Jeżeli były wcześniej jakieś niejasności i przeszkody – są one wyjaśniane i odsuwane.

Załatwianiu spraw praktycznych towarzyszy otoczka propagandowa. Wspólne zdjęcia, rozmowy, dziennikarze, kamery, ściskanie dłoni – to wszystko podkreśla, że między dwoma państwami dzieją się ważne rzeczy, najczęściej dobre, że jest współpraca, wspólne działanie, zacieśnianie więzów, wzajemny szacunek, podziw itd. Jest to także sygnał dla innych państw.

No to jak nazwać ostatnią, kwietniową wizytę premiera Morawieckiego w USA?

Premier spędził w Ameryce dwa dni. Był na premierze sfinansowanego przez Polską Fundację Narodową filmu promującego Polskę. Potem na spotkaniu z biznesmenami z Chicago, miał również nieszczęsne spotkanie na Uniwersytecie Nowojorskim.

Porównywał tam polskich sędziów do kolaborantów państwa Vichy. Obrażał ich i deprecjonował. Zupełnie bez sensu, bo jak można jednym tchem zachęcać biznes do inwestowania i mówić, że sądy są do niczego…

Poza tym śmiesznie te słowa brzmią w ustach człowieka, który będąc w Monachium, składał kwiaty na grobach żołnierzy Brygady Świętokrzyskiej.

Te peregrynacje po USA nie pozostały niezauważone. Między innymi Wojciech Sadurski napisał na Twitterze: „Czy to uchodzi, by polski premier spędził dwa dni w USA i żaden amerykański urzędnik go nie zauważył? Promował film turystyczny, spotkał się z Polonią, dał wywiad prawicowej telewizji biznesowej i pooszukiwał na poważnym uniwersytecie. Był, a jakoby go wcale nie było”.

A Leszek Miller bezlitośnie dodał: „W czasie pełnienia urzędu prezesa rady ministrów byłem dwa razy w Stanach Zjednoczonych. Za każdym razem przyjmował mnie prezydent Bush w Gabinecie Owalnym”.

No tak, Morawieckiego nikt nie przyjął – ani prezydent, ani wiceprezydent, ani sekretarz stanu, ani sekretarz obrony. Po prostu nikt.

Ten stan rzeczy świadczy o obecnej pozycji Polski w USA. Warszawa jest ignorowana, traktowana jako wstydliwy, zalatujący antysemityzmem klient, który sam prosi, żeby mu sprzedać jakiś sprzęt wojenny.

Gdyby premier został przyjęty przez prezydenta Trumpa, byłby to ważny sygnał dla społeczności międzynarodowej. Ale sygnałem jest też, że nie został przyjęty. Że plątał się po Ameryce ignorowany przez administrację.

Świadczy to również o słabości polskiej ambasady w Waszyngtonie. Lista gości, program wizyty zawsze jest świadectwem sprawności ambasadora i jego ekipy. Jeżeli więc mają szefowi rządu do zaoferowania udział w imprezach polonijnych i nic więcej, to znaczy, że tyle mogą.

Wizyty w innych krajach, konferencje wielostronne to najprostszy wehikuł, żeby się promować, podkreślać swoją wagę w świecie. Jeśli chodzi o Polskę PiS, rzecz wygląda dokładnie odwrotnie – smętne spacery Morawieckiego po USA czy konferencja bliskowschodnia w Warszawie, gdzie Polskę stawiano do pionu, pokazują skalę naszej izolacji.

Komuś to zawdzięczamy.

Wydanie: 19/2019

Kategorie: Kronika Dobrej Zmiany

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy