Igraszki nad przepaścią

Igraszki nad przepaścią

Wszystko, co zrobiłby ewentualny rząd Sojuszu, aby realizować swe zobowiązania socjalne, spotkałoby się z zaciekłym sprzeciwem NBP pod prezesurą Balcerowicza

W Sejmie AWS układa się gorączkowo z Unią Wolności o przedłużenie życia gabinetowi Jerzego Buzka. Jan Maria Rokita informuje, a “Rzeczpospolita” drukuje kolejne rewelacje. Niedawni alianci umawiają się na posady, my to, my tamto, bo na wiosnę będzie do obsadzenia przez Sejm parę miejsc w Trybunale Konstytucyjnym, w Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji, prezesura Najwyższej Izby Kontroli, a już teraz, jak wiadomo, szuka się prezesa Narodowego Banku Polskiego. Do negocjowanego pakietu wchodzi zatwierdzenie przez odnowioną “koalicję stanowisk” budżetu na 2001 r., dzięki czemu parlament przetrwa do końca kadencji. Ten cel jest wspólny wszystkim negocjującym i odłamkom AWS i Unii Wolności. Te igraszki nad przepaścią mogą czasem przesłaniać to, co się istotnego dzieje w polityce. Otóż bardzo już wyraźna perspektywa rozpadu AWS pociągnie za sobą głęboką przebudowę sceny politycznej.
Przede wszystkim w miejsce dwóch ugrupowań mających powołanie do przewodzenia – SLD i AWS – pojawią się trzy: SLD, prawica (“S”, ROP, ZChN itd.) oraz zgrupowanie liberałów (Unia Wolności, Olechowski, SKL, PPChD, Płażyński). Oczywiście, na krótką metę ta nowa konfiguracja nie osłabi szans SLD na bezwzględną większość w parlamencie następnej kadencji, raczej je zwiększy. Ale w dłuższej perspektywie kalkulacje polityczne ulegną zmianie, zwłaszcza jeśli formacja liberalna będzie zachowywać się rozsądnie, trzymać środka i zrezygnuje z apriorycznej nieufności wobec lewicy. Ponieważ na rozsądek po prawej stronie liczyć nie można, po kilku latach z tych trzech formacji pozostaną w grze dwie – lewa i środkowa – które będą wymieniać się u steru rządów, a prawica pryncypialna i zaciekła zostanie trwale zepchnięta do opozycji. Łatwo dostrzec, że w tym układzie ideologiczne treści będą poddane przyspieszonej deformacji. Po prawej stronie, zepchniętej do opozycji i pełnej resentymentów, będą się uaktywniać elementy skrajnie reakcyjne i antysystemowe. Z lewej natomiast coraz bardziej, aż do niepoznaki, oswojonej z systemem i zachowawczej, odpływać będą ludzie niezadowoleni. Być może, ale to raczej trudno przewidywać, odrodzi się jakieś myślenie ideowe, nakierowane na zmianę systemu, choć już nie w sensie nawrotu w przeszłość, lecz całkiem po nowemu, w nieprzewidywalnych dzisiaj terminach. Gdyby SLD miał dłużej pozostawać u władzy bez wymiany, szanse na tę nową formację nowej lewicy z pewnością by wzrosły…
To tyle futurystyki. Doraźnie przegrupowanie wśród liberałów, dotychczas rozmaicie pokolorowanych, i ruch dośrodkowy, skupiający ich w “trzecią siłę”, zmusi strategów z konkurencyjnych formacji, z lewa i z prawa, do poszukiwania dostosowań do nowej sytuacji. Ci z prawa usiłują jak najdłużej nie dopuścić do uformowania się centrum rzeczywiście zdolnego do życia. Trwają starania o wywołanie rozłamu w SKL i zabiegi o zmartwychwstałe ponoć Porozumienie Centrum: nagła kariera Lecha Kaczyńskiego jest tego owocem. Ciągle też żywe są nadzieje na pozyskanie części przynajmniej PSL, zwłaszcza kiedy

zniknie już z dowództwa Krzaklewski,

bęte noire polskiej wsi. Ci z lewa są mniej zdecydowani, właściwie zachowują się biernie: obserwują. Nie jest to, doraźnie, postawa irracjonalna, bowiem perspektywa nowego centrum ze wszystkich liberałów wyłoniła się przecież z rozpadu AWS, który raduje całą lewicę. Zważywszy nadto, że liberałowie mają się wprawdzie skupić, ale nie wiadomo wokół kogo – aspirantów do przywództwa będzie w tym zgromadzeniu liberałów jak ulęgałek w worku – stratedzy SLD istotnie nie muszą się spieszyć. Niemniej stosunek do liberałów będzie współdecydował o paru najbliższych ruchach na szachownicy i trzeba będzie wybierać. A wtedy pomiędzy strategami SLD ujawnią się różnice.
Pierwszym takim ruchem jest nominacja nowego prezesa NBP. Wiadomo już, że prezydium klubu parlamentarnego AWS obiecało Unii Wolności poparcie Leszka Balcerowicza. Czy więc prezydent powinien tę właśnie kandydaturę zgłosić, co pozbawi klub SLD wszelkiego wpływu na wybór? Ale może w Pałacu Prezydenckim policzono chytrze, że nie cały klub AWS dotrzyma umowy i wówczas Balcerowicz polegnie, choć prezydent “wzniósł się ponad” partyjne swary? Kiedy ukaże się ten “Przegląd”, będzie już wiadomo, jaki ruch wykonał prezydent.
W mediach tymczasem, zwłaszcza w imperium “Gazety Wyborczej”, które rozciąga się daleko poza warszawski dziennik i jego mutacje, trwa kampania poparcia dla kandydatury Balcerowicza. Argumenty są dęte, co w kampaniach promocyjnych nie jest, oczywiście, czymś niezwykłym. Najzabawniejsze i zarazem najbardziej cyniczne są zapewnienia, że wybór Balcerowicza uraduje zagranicznych inwestorów i kancelarie, a upadek byłby szkodliwy dla Polski i jej dobrego imienia na giełdach. Tymczasem wiadomo, że ku zaskoczeniu apologetów

wyjście Balcerowicza z rządu

nie wzbudziło żadnej reakcji “zagranicznych inwestorów”, podobnie jak ostatnio awantura wokół obsady czeskiego Banku Narodowego nikogo nie wzruszyła. Po prostu inwestorzy świetnie wiedzą, że banki narodowe naszych krajów są przytwierdzone do ich, inwestorów, interesów tak mocnymi linami, że wymiana jednego funkcjonariusza niczego nie zmienia. Ani korona, ani złotówka “nie zauważyły” tych ruchów kadrowych.
Powyższe nie znaczy, że osoba Balcerowicza w NBP byłaby nieważna. Zapewne nowy prezes dotrzymałby zobowiązania apartyjności, zresztą Unię Wolności opuszcza jak menedżer spółkę po upływie kontraktu, ale w wyższym sensie Balcerowicz byłby zaangażowany w taką politykę gospodarczą, którą uzna za kontynuację własnej. Wszystko, co zrobiłby ewentualny rząd SLD, aby realizować swe zobowiązania socjalne, spotkałoby się z zaciekłym sprzeciwem NBP pod prezesurą Balcerowicza. Dla przyszłego premiera Millera byłoby to dodatkowym obciążeniem w bardzo trudnej sytuacji. Ale dla liberalnej frakcji w SLD, która podobno chce głosować za Balcerowiczem, byłaby to może dodatkowa gwarancja właściwego kursu? Czy wobec tego wysunięcie tej kandydatury przez prezydenta należałoby czytać jako wsparcie dla liberałów w SLD przeciw Leszkowi Millerowi?
Dylematy z tej samej serii oczekują prezydenta, gdy dostanie na biurko projekt ustawy o reprywatyzacji. Wg wyliczeń ekipy Krzysztofa Łaszkiewicza, lobbysty na stanowisku wiceministra skarbu, będzie ok. 170 tys. wniosków o reprywatyzację tj. o zwrot mienia o łącznej wartości 190 mld zł. Z tego uwiarygodnionych okaże się za
95 mld zł. Z zasobów skarbu państwa przeznaczy się na reprywatyzację majątek wartości 23 mld zł, z mienia komunalnego – 23,5 mld zł. Nadto na cele reprywatyzacji zabezpieczone będą w procesie prywatyzacyjnym akcje i udziały wartości 20,5 mld zł… Podpis prezydenta będzie decydujący, ponieważ w Sejmie nie ma dosyć głosów na obalenie weta.
Na decyzję Kwaśniewskiego wpłynie skomplikowany proces w jego umyśle. Argumenty, względy i bodźce emocjonalne związane z paradygmatem równości społeczno-ekonomicznej zetrą się z tymi, które pochodzą z przekonania

o świętości prawa własności

i o konieczności wyrównywania krzywd zadanych przez komunistów (ale dlaczego tylko potomkom posiadaczy). Na to nałoży się zapewne kalkulacja możliwości państwa…
Niezależnie jednak od złożonych procesów decyzyjnych prezydenta rozstrzygnięcia w obu wymienionych sprawach, prezesury NBP i reprywatyzacji, będą bardzo wyraźnym, czytelnym wskazaniem dla SLD, jaką – zdaniem prezydenta Kwaśniewskiego – powinien po dojściu do władzy uprawiać politykę wobec formacji liberalnej; oraz – gdzie, w razie potrzeby, szukać sojuszników: w Unii Wolności, gdzie o znalezieniu ich marzył sam Kwaśniewski, kiedy przewodził SdRP, czy w PSL, gdzie sam ich ostatecznie znalazł.
Na pierwszy rzut oka sprawa jest prosta. Prezydent Kwaśniewski jest pierwszym polskim euroentuzjastą i liberałowie z Unii Wolności byli mu z tego względu bliscy, a chłopi z PSL dalecy. Wszelako od owego czasu wiele się zmieniło. Dążenie do Unii Europejskiej przestało być wyróżnikiem w naszej klasie politycznej: poza zupełnym marginesem po prawej stronie wszyscy są “za”. A o tym, że trzeba się twardo targować i że nie będzie łatwo, są dziś z kolei wszyscy przekonani. Radosne entuzjazmy się skończyły.
Jeśli zatem odliczyć pierwszy i główny wzgląd w preferowaniu, kto na sojusznika, kalkulacja jest otwarta.
SLD – i jego prezydent, który już stoi na mecie – będą jeszcze mieli wiele kłopotów, żeby wygrać i j a k wygrać całą ekipą.

Wydanie: 50/2000

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy