Improwizacja rządu w obliczu IV fali

Improwizacja rządu w obliczu IV fali

Zakażenia znowu biją rekordy. Rząd mówi: poczekamy, zobaczymy

W środę 3 listopada odnotowano 10 429 zakażeń i 124 zgony z powodu COVID-19. Takich liczb nie widzieliśmy od 23 kwietnia br., kiedy mieliśmy 10 858 zarażonych. Mimo gwałtownego, lecz spodziewanego wzrostu nie widać zdecydowanych działań rządu. Na dodatek ministerstwo zdrowia co tydzień mówi, że „nadchodzący tydzień” będzie decydujący. Lecz tych decyzji nie widać.

Zacznijmy od tego, co działo się w zeszłym tygodniu, kiedy odnotowywany był spory wzrost zachorowań. Minister zdrowia Adam Niedzielski mówił wtedy, pod koniec października, na konferencji prasowej: „Nasze działania będą zależeć od tego, jak się będzie rozwijała sytuacja, a przesądzi o tym najbliższych siedem dni. Jeśli będziemy na koniec października na średnim poziomie powyżej 7 tys. zachorowań w ciągu doby, to trzeba będzie zastanowić się, czy nie podjąć jakichś bardziej restrykcyjnych kroków”.

Niedzielski mówił 20 października o niespodziewanym dynamicznym wzroście zakażeń: „Realizacja scenariusza, który wychodzi poza tę ścieżkę prognozy, jest na pewno dla nas ogromnym alertem, ogromnym czerwonym światełkiem, które mówi, że sytuacja staje się już bardzo poważna”. I dodał: „Na pewno będziemy chcieli jeszcze kilka dni poobserwować. Jeżeli te trendy, które – można powiedzieć są zatrważające – się utrzymają, no to oczywiście będziemy musieli podejmować drastyczne kroki”.

Dziś zakażeń mamy już ponad 10 tys. a „restrykcyjnych kroków” jakoś nie widać. Dodajmy, że w zeszły piątek 29 października sięgnęliśmy już pułapu 9 tys. a i poprzednie dni obfitowały w zakażenia. Jednak narracja znowu się zmieniła – wiceminister zdrowia Waldemar Kraska stwierdził 2 listopada, że to jednak ten tydzień będzie decydujący dla podjęcia, podkreślmy, „ewentualnych” decyzji. „Dane z bieżącego tygodnia będą decydujące, by podejmować ewentualnie decyzje dotyczące wprowadzania nowych obostrzeń”, mówił Kraska w rozmowie z Polską Agencją Prasową.

I tak wracamy do wielkiej covidowej improwizacji. Widać to chociażby po sytuacji ze Szpitalem Praskim w Warszawie. Władze szpitala dowiedziały się, że ma on zostać przemianowany na placówkę dla pacjentów z COVID-19 do 7 listopada i natychmiast ma on przygotować 142 covidowe łóżka. Tutaj do akcji wkroczyły władze Warszawy i odwołały się od decyzji. Dlaczego? Ponieważ szpital jest przepełniony. Ale to nie koniec.

Renata Kaznowska, zastępczyni prezydenta miasta stołecznego, podkreśla w swoich mediach społecznościowych, że władze Warszawy nie mogą się zgodzić na przemianowanie placówki na de facto szpital tymczasowy, ponieważ instalacja tlenowa nie da rady obsłużyć 271 pacjentów potrzebujących tlenu.

„Minister oczekuje, że od dzisiaj w Szpitalu Praskim będą 142 łóżka dla chorych na covid, co jest niemożliwe, bo szpital jest pełen pacjentów i trzeba najpierw ich wypisać lub zapewnić inne miejsca. To są rzeczy bardzo trudne, bo przecież za każdym razem mówimy o ludziach cierpiących i takie gwałtowne ruchy nie są dobre dla kuracji medycznej”, podkreśla Kaznowska.

Warto zaznaczyć, że Szpital Narodowy, który ma wznowić działalność, choć według słów ministra zdrowia z 1 listopada jeszcze nie wiadomo kiedy, znajduje się w odległości 2 kilometrów od Szpitala Praskiego.

Miesiąc temu warszawska „Gazeta Wyborcza” podawała, że Centralny Szpital Kliniczny MSWiA, którego filią jest Szpital Narodowy, nie planuje reaktywacji placówki na PGE Narodowym. „W tej chwili nie jest brane pod uwagę ponowne uruchomienie placówki tymczasowej na PGE Narodowym, nie trwają żadne rozmowy na temat reaktywacji tej jednostki”, tłumaczyła stołecznej „Wyborczej” rzeczniczka CSK MSWiA Iwona Kania.

 

fot. Unsplash

Wydanie:

Kategorie: Z dnia na dzień

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy