IV RP pozostanie

IV RP pozostanie

Konflikty między PO a PiS nie toczą się o pryncypia, ale o szczegóły wdrażania w życie tych samych politycznych idei, o dostęp do władzy i jej owoców

Wybory 21 października skończyły się niewątpliwą – chyba nie do końca spodziewaną – klęską Prawa i Sprawiedliwości. Czy jednak projekt IV RP poniósł klęskę? Czy rzeczywiście, jak chciał Aleksander Kwaśniewski, 21 października skończyła się IV RP? Zwycięstwo Platformy było przedstawiane jako największa zmiana polityczna od czasu wyborów kontraktowych w 1989 r., jako powrót do „normalności” po nieudanej próbie rewolucji wywracającej państwo do góry nogami. Tymczasem zmiana jest pozorna, jedną partię prawicową zastąpiła inna, niewiele mniej konserwatywna w kwestiach społeczno-obyczajowych i tylko trochę bardziej neoliberalna w kwestiach gospodarczych. Korekty, jakim poddana zostanie polityka Kaczyńskich, będą w głównej mierze kosmetyczne, zasadniczy kurs nie zmieni się. Znów powtórzyła się sytuacja z poprzednich wyborów, spór o Polskę toczyły dwie prawicowe partie, w zasadzie pod nieobecność lewicy, mimo prób

wzmacniania „lewej nogi”

przez Jarosława Kaczyńskiego przeciw Platformie. Wygrana PO i PiS jako najsilniejsza opozycja w nowym parlamencie są potwierdzeniem tej prawicowej hegemonii. Hegemonii, która jest niezwykle szkodliwa dla demokracji; zawężając pole rzeczywistego wyboru, oznacza wymywanie rzeczywistej polityczności z polityki. Dwie partie, które staną naprzeciw siebie jako główni antagoniści w przyszłym parlamencie, tak naprawdę niczym się od siebie nie będą różnić, a brak tej różnicy znów będzie maskować intensywność retorycznego, personalnego sporu między nimi.
Rządy Jarosława Kaczyńskiego przedstawiane były przez wielu komentatorów jako powrót do polityczności. Kaczyński, inspirowany przez swoje intelektualne zaplecze studiujące z uwagą prace Carla Schmitta, miał przywrócić polskiej polityce prawdziwy konflikt, rzeczywistą polityczność. Rządy Kaczyńskich miały być zerwaniem z konsensualną polityką III RP, której symbolem był starający się godzić wszystko i wszystkich ze wszystkimi Aleksander Kwaśniewski. Kaczyński przyjął za Schmittem, że polityka polega na określeniu przeciwnika, że bez pojęcia wroga, bez konfliktu nie ma polityki. Według liberalnych krytyków IV RP, krytykujących ją w imię trzeciej, to właśnie nadanie polityce wymiaru konfliktu było jej największym grzechem. Tymczasem konflikty, wokół których ogniskowała się polityka rządów Kaczyńskich, tak naprawdę były w małym stopniu polityczne. Ich medialna intensywność i agresywność retoryki maskowały to, że pomiędzy ich głównymi aktorami (PO i PiS) tak naprawdę nie ma żadnej zasadniczej, programowej różnicy. Także grupy społeczne, których interesy wyrażają w przestrzeni publicznej obie partie, są bardzo do siebie zbliżone. Obie partie przyjęły konieczność rozliczenia III RP, obie mają ten sam stosunek do PRL, obie prezentują się jako spadkobierczynie „Solidarności” i antypeerelowskiej opozycji. Obu bliska jest wizja społeczeństwa konserwatywnego obyczajowo, ekonomicznie liberalnego, wizja Polski „twardo dbającej o swoje interesy” w Europie, te podobieństwa można by wyliczać i wyliczać.
Największym grzechem IV RP nie była bowiem jej polityczność, wręcz odwrotnie. Była nim postpolityczność, zanik jakiejkolwiek istotnej politycznej różnicy między głównymi siłami politycznymi. IV RP to całkowita hegemonia prawicy, która podzieliła między siebie wszystkie ośrodki władzy. O ile w III RP, mimo istnienia pewnego rdzenia poglądów niepodlegających dyskusji (kurs w polityce zagranicznej nastawiony na UE i NATO,

kierunek przemian ekonomicznych

etc.), mieliśmy kilka autentycznych politycznych i ideologicznych sporów, to w IV RP ich nie ma. W latach 1993-1997 mieliśmy w miarę lewicowy rząd, który zliberalizował ustawę o dopuszczalności przerywania ciąży, zablokował ratyfikację konkordatu, prowadził umiarkowanie prospołeczną politykę ekonomiczną, po czterech latach zastąpił go mocno prawicowy rząd AWS. Wtedy wyborcy mieli rzeczywistą alternatywę. Dziś gwałtowny medialny konflikt między dwoma beneficjentami prawicowej hegemonii, PiS i PO, może być widziany jako forma, w jakiej ta hegemonia się samolegitymizuje, przybierając kształt rzeczywistego demokratycznego sporu, stwarzając iluzję, że głosując na Tuska przeciw Kaczyńskim (lub na odwrót), rzeczywiście dokonujemy autentycznego i istotnego wyboru. IV RP to polityczność postpolityczna, postpolityka udająca swoje przeciwieństwo. Konflikty nie toczą się tu o pryncypia, ale o techniczne szczegóły wdrażania w życie tych samych politycznych idei, o dostęp do władzy i jej owoców. O ile na zachodzie Europy postpolityczność wyraża się w języku końca ideologii, zaniku konfliktów i klas społecznych, konsensusu i dyskusji, to w Polsce, co czyni ją podwójnie szkodliwą i niebezpieczną, wyraża się w postaci bardzo intensywnego, angażującego emocjonalnie konfliktu.
W 2005 r. PiS i PO, dwie w zasadzie nieróżniące się niczym partie, nagle ku własnemu zaskoczeniu zamiast walczyć wspólnie o władzę z SLD, zmuszone zostały do walki o władzę między sobą. Potrzebne było im nagle wykreowanie wirtualnych osi sporu, spektaklu politycznego konfliktu. Ten model uprawiania polityki ciągle obowiązuje. Zamiast debaty publicznej, gdzie ścierałyby się ze sobą różne całościowe wizje urządzenia Polski i Europy, mamy komunikowanie się polityków ze społeczeństwem za pomocą coraz bardziej efekciarskich konferencji prasowych i spotów wyborczych. Jak nigdy wcześniej polityka stała się gałęzią reklamy. I to może być trwałym dziedzictwem IV RP –

wyjałowienie polityki

z wszelkich istotnych treści, które zastępuje praca spin doctorów, agresywna, populistyczna, pełna symbolicznej przemocy medialna zimna wojna, która skrywa zgodę jej wszystkich aktorów co do podstawowych politycznych założeń i wartości. I to jest najbardziej charakterystyczna cecha IV RP i w tym sensie te wybory nie kończą jej, wzmacniają wręcz jej podstawowe ideologiczne założenia.
W projekcie IV RP nie ma miejsca na lewicę. Alternatywy, jakie się przedstawia wyborcom, są skonstruowane tak, że mają oni do wyboru dwie prawicowe opcje, lewica nawet nie może zająć żadnego stanowiska w debacie publicznej, gdyż padające w niej pytania z góry wykluczają lewicową odpowiedź na nie. Co w takim razie ma robić lewica, by uniknąć całkowitej marginalizacji i realizacji irlandzkiego czy amerykańskiego wariantu w Polsce? Na pewno nie może ustawiać się w roli sojusznika którejkolwiek prawicowej partii, nie może dać się nabrać ani na „socjalność” PiS, ani na liberalizm PO. Z drugiej strony nie może sobie pozwolić na sekciarskie wojny, licytowanie się o to, kto jest lewicą jedyną i najprawdziwszą. Przede wszystkim musi zrozumieć, że aby wygrać z prawicą politycznie, musi jej przeciwstawić własny, całościowy projekt ideologiczny. Że nie może zajmować miejsca na osiach sporu proponowanych przez prawicę, tylko musi zaproponować swoje własne. A tego nie da się zrobić bez mozolnej pracy u podstaw, budowania własnego języka, wielkiego wysiłku intelektualnego. Lewica, by wyjść z pułapki IV RP, musi zaatakować samą zasadę (post)politycznego podziału, który się w niej dokonał.
21 października IV RP wyszła z wyborów mocniejsza niż kiedykolwiek. To, że nic się nie zmieniło, zostało chytrze sprzedane jako wielka zmiana. Rolą lewicy – i tej politycznej, i tej intelektualnej – jest uświadamiać Polaków, że IV RP trwa w najlepsze, i zaproponować dla niej całościową alternatywę.

Autor jest politologiem i kulturoznawcą, redaktorem portalu Lewica.pl

 

Wydanie: 45/2007

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy