Sędziowie, róbcie swoje

Sędziowie, róbcie swoje

Solidnie uzasadnione orzeczenie, zgodne z zasadami prawa obroni się przed każdą krytyką, zwłaszcza polityczną

W autobiograficznej książce „Zajeździmy kobyłę historii. Wyznania poobijanego jeźdźca” (Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2013) wśród wielu faktów ze swojego życia prof. Karol Modzelewski przedstawia także osobiste doświadczenia z wymiarem sprawiedliwości PRL. Jak wiadomo, autor był wieloletnim więźniem politycznym, co w oczywisty sposób wpływa na wartość tych relacji. Wśród wielu procesów sądowych, w jakich uczestniczył, przedstawia kulisy procesu z 1969 r., w którym został oskarżony m.in. o „wejście w porozumienie z wrogą Polsce Ludowej zagraniczną organizacją »IV Międzynarodówka« w celu działania na szkodę PRL”, co zostało zakwalifikowane jako czyn z art. 5 Dekretu z dnia 13 czerwca 1946 r. o przestępstwach szczególnie niebezpiecznych w okresie odbudowy Państwa (dalej cytowanym jako mały kodeks karny). Oddajmy głos prof. Karolowi Modzelewskiemu: „Proces rozpoczął się 2 stycznia 1969 r. Od razu rzuciło mi się w oczy, że sędzia, który przewodniczył rozprawie, nie ma prawej ręki. Pusty rękaw togi miał wsunięty w kieszeń. Adwokaci wyjaśnili mi, że Wiesław Sikorski był za młodu żołnierzem Armii Krajowej i stracił rękę w powstaniu warszawskim. Teraz miał sądzić przeciwników reżimu. Myślę, że był partyjny i miał mocną pozycję, inaczej przecież nie zostałby przewodniczącym najważniejszego wydziału w stołecznym sądzie wojewódzkim. (…) Sędzia Sikorski orientował się zapewne, że oskarżenie nas o agenturalne powiązania z IV Międzynarodówką budzi kontrowersje na najwyższych szczeblach władzy, i rozumiał, że różnice zdań wśród polityków dają sądowi pole manewru. Sędziowie nie mieli przy tym wątpliwości, że zarzut ten, zakwalifikowany z art. 5 mkk, jest sprzeczny z kluczowymi dowodami i nie może się ostać bez rażącego naruszenia prawa. Nie chcieli jednak przygwoździć oskarżycieli wyrokiem uniewinniającym, wybrali więc wyjście salomonowe: umorzyli postępowanie w zakresie tego zarzutu, powołując się na tzw. powagę rzeczy osądzonej (res iudicata). Chodziło o to, że ten sam materiał dowodowy został już w 1965 r. oceniony w prawomocnym orzeczeniu sądowym i sąd nie znalazł wówczas w naszym działaniu znamion przestępstwa z art. 5 mkk. Ponowne rozpatrywanie tych samych okoliczności na podstawie tych samych okoliczności byłoby prawnie niedopuszczalne, gdyż naruszałoby zasadę ne bis in idem (nie wolno powtórnie sądzić za to samo). (…) Omawiając motywy wyroku, Sikorski wytknął jednak prokuratorowi nieznajomość podstawowych zasad postępowania karnego. Przypomniał mu, że sąd nie jest zależny od prokuratury, że sam ocenia dowody i orzeka samodzielnie”.

Wiele można z tego tekstu wyczytać. Choćby to, co wydaje się swoistym paradoksem, że w sprawach bardzo istotnych dla niej ówczesna władza wyznaczała do składów sędziowskich byłych żołnierzy Armii Krajowej, uczestników powstania warszawskiego, ale przede wszystkim to, że w obliczu oczekiwania wyroku po myśli tej władzy (warto podkreślić, że był to okres pomiędzy marcem ’68 a grudniem ’70) orzekający sędziowie temu oczekiwaniu nie czynili zadość. W tym kontekście nie tak ważna wydaje się szczera motywacja sędziów (na podstawie opisu sytuacji można nawet wykluczyć pobudki ideologiczne z ich strony), istotniejsze jest znalezienie takiego rozwiązania, aby zostały poszanowane ugruntowane zasady procesu. Efektem tego była obrona niezależności sędziowskiej w czasach, gdy wydawała się ona jedynie fasadowa.

Jeszcze bardziej znamienny jest przykład procesu toczącego się w Niemczech po pożarze Reichstagu, który wybuchł w nocy z 27 na 28 lutego 1933 r. Proces ten toczył się już po dojściu nazistów do władzy. W jego wyniku większość oskarżonych, mimo ewidentnej presji władzy na wydanie wyroków skazujących, została uniewinniona. Fakty te przedstawia Patryk Stalski w opracowaniu „Sądownictwo III Rzeszy w latach 1933-1945” (Repozytorium Uniwersytetu Wrocławskiego). Czytamy tam: „O podłożenie ognia w budynku Reichstagu oskarżono holenderskiego komunistę Marinusa van der Lubbego, którego ujęto bezpośrednio na miejscu pożaru. Dodatkowo oskarżono także działaczy partii komunistycznej – Ernsta Torglera oraz kilku bułgarskich działaczy Kominternu (m.in. Georgiego Dymitrowa). W wyniku procesu, który toczył się przed Sądem Najwyższym Rzeszy (Reichsgericht), skazano na śmierć Marinusa van der Lubbego. Natomiast resztę oskarżonych, z braku dowodów winy, uniewinniono w grudniu 1933 r. (co jednak nie przeszkodziło w zastosowaniu wobec nich po procesie aresztu prewencyjnego). Podczas procesu, szeroko relacjonowanego przez ówczesne media, oskarżyciele (Joseph Goebbels i Hermann Göring) wyraźnie przegrywali słowne potyczki z Dymitrowem. Było to nie po myśli nazistów, którzy chcieli wykorzystać proces w celach propagandowych, a tymczasem zostali zmuszeni do zmiany planów celem uniknięcia blamażu w oczach opinii publicznej. Tak zamanifestowana przez sądownictwo niemieckie niezawisłość i niezależność od NSDAP była głównym powodem, dla którego został utworzony Volksgerichtshof”. Dla przypomnienia – Volksgerichtshof (Trybunał Ludowy) osądzał m.in. Helmutha Jamesa von Moltkego, założyciela grupy konspiracyjnej Krąg z Krzyżowej oraz spiskowców biorących udział w nieudanym zamachu na Adolfa Hitlera, przeprowadzonym 20 lipca 1944 r. w Wilczym Szańcu koło Kętrzyna. Przykład ten jest znamienny, bo w momencie bezpardonowego przejmowania władzy w Niemczech przez nazistów, w pokazowym procesie, na którym bardzo zależało ówczesnej władzy, sąd okazał się niezawisły i odporny na presję, jaką wywierali najbardziej prominentni działacze NSDAP.

Wracając na grunt polski, warto przytoczyć dane dotyczące sądownictwa w okresie stanu wojennego. W wywiadzie z 1 czerwca 2014 r. udzielonym Polskiej Agencji Prasowej prof. Adam Strzembosz, były minister sprawiedliwości i I prezes Sądu Najwyższego, przedstawia następujące fakty: „Stan wojenny był ciężką próbą dla sądownictwa i różne sądy w tym czasie różnie się zachowywały. Na przykład sądy krakowskie – świetnie. Sąd warszawski – wbrew obiegowej opinii – ogromnie przyzwoicie. 48% wyroków sądów pierwszej instancji wojewódzkiej w sprawach politycznych to były wyroki uniewinniające, gdy normalnie uniewinnienia to 2-4% wyroków”. To również przykład na to, że w bardzo skomplikowanym i trudnym okresie historycznym sądy bynajmniej nie wychodziły naprzeciw oczekiwaniom władzy i bardzo często orzekały ewidentnie wbrew jej potrzebom. Oczywiście nie dotyczyło to całości sądownictwa, ale przedstawione dane mają swoją wymowę.

Powróćmy jeszcze do omawianego wcześniej procesu sądowego z 1969 r. i zacytujmy prof. Karola Modzelewskiego. W wywiadzie udzielonym „Gazecie Wyborczej” 18 sierpnia 2007 r. powiedział on: „W styczniu 1969 r. zostałem skazany na trzy i pół roku więzienia. Sędziowie, którzy mnie skazali, nie buntowali się wprost przeciw roli narzuconej im przez system. W pozytywistyczny, organicznikowski sposób starali się uratować, co się tylko dało, z reguł zawodowej przyzwoitości”. Przytoczone przykłady dowodzą, że w różnych systemach mniej lub bardziej totalitarnych czy autorytarnych sędziowie gotowi byli bronić swojej niezawisłości i niezależności od wpływów aktualnej władzy politycznej. I wcale nie były to deklaracje ideowe, jawne przeciwstawianie się panującemu ustrojowi. Często były to decyzje pragmatyczne, wybieranie mniejszego zła, jednak w efekcie udawało się zachować to, co jest fundamentem nowożytnej myśli prawniczej – niezawisłość orzekania i niezależność od innych władz.

W obliczu radykalnych zmian, mających w zamierzeniu rządzących ukształtować przyszły model sądownictwa, wobec wielu głosów krytycznych (chociażby spontanicznych protestów społeczeństwa w obronie niezawisłości sądów z lipca i sierpnia 2017 r.), warto o tych sytuacjach pamiętać. Chodzi o to, aby orzekający sędziowie korzystali ze swojej wiedzy (znajomości procedur i zasad prawa) właśnie pragmatycznie, powiedzmy za Karolem Modzelewskim – „organicznikowsko” i w ten sposób bronili swojej niezawisłości. Byłoby to swoiste przeciwstawienie rozumu, profesjonalizmu, wiedzy fachowej – bylejakości legislacyjnej i populizmowi wykorzystywanemu w podrywaniu zaufania społeczeństwa do wymiaru sprawiedliwości. Ten swoisty apel płynie z przekonania, że solidnie uzasadnione orzeczenie, zgodne z zasadami prawa (które przecież wciąż obowiązują) obroni się przed każdą krytyką, zwłaszcza polityczną. Może jest to przekonanie nieco naiwne, ale w imię czego mamy się godzić z myślą, że w Polsce oświecenie właśnie się skończyło? Nie pozwólmy na to. To również apel do sędziów. Można spuentować to nieśmiertelnym bon motem zmarłego niespełna rok temu klasyka, nieco parafrazując jego myśl: „Sędziowie, róbcie swoje”.

Jarosław Szymczyk w latach 2004-2016 był prokuratorem, obecnie wykonuje zawód adwokata

Wydanie: 16/2018

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy