I kto to mówi?!

I kto to mówi?!

Od władz politycznych lub kościelnych słyszymy, że zagrażają nam „zboczeńcy pod tęczową flagą”. Przecież nigdy nie nazwalibyśmy tak naszych krewnych i znajomych

W którym mieście Marsz Równości zakończy się pogromem? Gdzie poleje się krew? Czy będą ofiary śmiertelne? Czy władza zareaguje wedle znanego schematu: nie pochwalamy, ale rozumiemy?

Jesteśmy unurzani w paskudnym, propagandowym kłamstwie, które przybiera na sile i stanowi prowokację do zbrodni. Dlatego nie można milczeć. Trzeba demaskować zakłamanie i obłudę prowokatorów.

Po pierwsze, opisywana jako śmiertelne zagrożenie dla dzieci, rodziny, narodu i Kościoła „ideologia LGBT” nie istnieje. Nie istnieje tak samo, jak nie istnieje ideologia heteroseksualności, ideologia karłowatego wzrostu, ideologia gęstych włosów, ideologia dalekowzroczności itd. Orientacja seksualna, podobnie jak wzrost i inne cechy, jest nam dana przez naturę. Czasem natura odstępuje od standardów (popełnia błędy?) i czyni człowieka innym – kochającym przedstawicieli tej samej płci, wyjątkowo wysokim lub niskim, ponadprzeciętnie inteligentnym albo niezdolnym do abstrakcyjnego myślenia. Piszę to z pozycji ateistki. Znajoma katoliczka mówi: takimi ich stworzył Bóg, widocznie miał w tym jakiś cel.

Powtarzam: nie ma ideologii, są ludzie nieheteroseksualni, czyli lesbijki, geje, biseksualiści, transseksualiści. Do niedawna ukrywali się świadomi społecznego piętna i zagrożeń, bo przecież karano ich albo przymusowo „leczono”, traktując odmienną orientację jak chorobę. Jeszcze w latach 60. w Ameryce mężczyźni zadenuncjowani jako para kochanków – dorośli, uprawiający seks za obopólną zgodą – byli narażeni na karę więzienia od pięciu lat do dożywocia. W „leczeniu” homoseksualizmu stosowano wachlarz sadystycznych metod, od kastracji przez elektrowstrząsy po lobotomię. Na szczęście dzięki postępowi medycyny dowiedziono, że to nie choroba, nie zboczenie, nie ekscentryczny wybór. To indywidualna cecha uwarunkowana biologicznie. Zachodnie społeczeństwa dawno tę wiedzę przepracowały, zrozumiały i zaakceptowały. Godzą się na związki partnerskie i małżeństwa jednopłciowe. Inna miłość osób dorosłych, za obopólną zgodą, bez przemocy i wykorzystywania relacji zależności, jest aprobowana. Nigdzie z tego powodu nie obniżyły się standardy moralności, nie osłabły więzi społeczne. Przeciwnie – przybyło ludzi szczęśliwych.

Po drugie, Polacy o nietypowej orientacji seksualnej, obserwując zmiany zachodzące w innych krajach, także zaczęli wychodzić z ukrycia. Ich jedynym celem są równe prawa. Możliwość zalegalizowania związku, dziedziczenia po partnerze, dostępu do informacji medycznych o nim itd. Dlaczego wychodzą na ulice? Bo tak to się zaczęło na świecie. Pierwsze marsze gejów i lesbijek odbyły się w amerykańskich miastach latem 1970 r. Miały upamiętniać starcia z policją, do których rok wcześniej doszło w gejowskim klubie Stonewall w Nowym Jorku. To był początek rewolucji na rzecz równouprawnienia mniejszości. Wzór dla późniejszych Parad Równości.

Są ludzie, którzy mówią: niech już sobie będą tymi odmieńcami, ale dlaczego z tym się obnoszą? Ano dlatego, żeby oznajmić swoje istnienie. Żeby odreagować dotychczasowe życie w ukryciu, strachu i poczuciu gorszości. Żeby wykrzyczeć: żyjemy wśród was, jesteśmy tacy sami jak wy, zasługujemy na takie same prawa i szacunek! Przestaną manifestować, gdy poczują się równi wśród równych. Potrzeba zamanifestowania swojego istnienia towarzyszy mniejszościom od zawsze. To znany mechanizm tkwiący w zbiorowej psychice. Tak samo zachowywali się pierwsi chrześcijanie, gdy byli tylko niewielką sektą. Dopominali się o równe prawa, o możliwość jawnego uprawiania swojego kultu.

Prezes Kaczyński nazwał ostatnio Marsze Równości teatrem, któremu trzeba się przeciwstawić. Jeśli radosny marsz młodych, uśmiechniętych ludzi z pokojowymi hasłami jest teatrem, to jak nazwać ostatnie cotygodniowe występy prezesa ustrojonego np. w hełm strażacki i mającego za tło wianuszek krzepkich niewiast w regionalnych strojach? Cyrkiem?

Po trzecie, jednym z wątków coraz ostrzejszej nagonki na osoby LGBT jest przypisywanie im rozwiązłości i potępianie w czambuł edukacji seksualnej, która ma prowadzić do rozwiązłości powszechnej. Żądanie zakazu wstępu do szkół edukatorów, którzy przekazywaliby wiedzę o mniejszościach seksualnych i uczyli tolerancji. Opowiadanie piramidalnych bzdur o tym, że Światowa Organizacja Zdrowia zaleca naukę masturbacji w przedszkolach. Apelowanie do rodziców, żeby chronili dzieci przed demoralizacją w placówkach oświatowych. Już są dostępne gotowe listy protestacyjne przeciwko edukacji seksualnej – wystarczy je podpisać i dzieci będą uratowane! Jak podobne brednie mogą bez żenady wygłaszać ludzie piastujący funkcje publiczne, ludzie, od których a priori oczekujemy wiedzy i odpowiedzialności za słowo – politycy z pierwszych stron gazet, dostojnicy kościelni? Jak można takie enuncjacje traktować poważnie i upowszechniać za pośrednictwem mediów?

Ludzie ci udają, że nie wiedzą o ciągle obowiązującej ustawie z 1993 r. O planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży. Wtedy ustawodawcy zgodzili się co do tego, że jeśli ograniczają prawo do aborcji, to należy jej zapobiegać poprzez szeroki dostęp do edukacji seksualnej i antykoncepcji. Dlatego ustawa nakładała na szkoły OBOWIĄZEK wprowadzenia takiej edukacji. Jak go realizowano, to temat na inne opowiadanie. Faktem jest, że ustawa obowiązuje i obywatele mają prawo upominać się o respektowanie jej zapisów. Mają prawo żądać tego od Ministerstwa Edukacji Narodowej. Oto jedno z zadań dla lewicy w przyszłym parlamencie. Tymczasem niektórzy mówią: dajcie spokój sprawom obyczajowym, wyciszcie je, są poważniejsze kwestie! Rzeczywiście, na pierwszym planie powinna pozostać (nie)praworządność. Ale czy ciąże nastolatek poniżej 15. roku życia to sprawa niepoważna? Co wiedziała o swojej seksualności 12-letnia dziewczynka, która niedawno urodziła dziecko? Czy ochrona dzieci przed wykorzystywaniem seksualnym poprzez uświadamianie im, czym jest zły dotyk, jak przed nim się bronić, gdzie szukać ratunku przed osobami, które je krzywdzą, to też sprawa niepoważna?

Po czwarte, kolejną falę wrogości i szykan wobec środowiska LGBT wzniecił abp Marek Jędraszewski, anonsując „tęczową zarazę”, która „chce opanować nasze dusze, serca i umysły”. Abp Jędraszewski dał się poznać wszędzie, gdzie pracował, jako niestrudzony obrońca księży, którym udowodniono nadużycia seksualne. Słynne były jego starania o dobrostan abp. Juliusza Paetza, znanego jako miłośnik poznańskich seminarzystów. Wynika stąd, że tęczowi we własnej grupie zawodowej nie budzą dezaprobaty arcybiskupa.

Słowa o „tęczowej zarazie” spotkały się z gromkim aplauzem nie tylko biskupów, ale również elity władzy, z prezesem Kaczyńskim na czele. Tęcza jako symbol „zarazy” jest eliminowana z przestrzeni publicznej. O komicznych tego przejawach donoszą media. Historia wielobarwnego koguta z Pcimia zwiastuje pogrom tęczowych kogucików na łowickich wycinankach, które są filarem polskiego folkloru. A co z tęczą na niebie, wedle biblijnej wykładni symbolizującą przymierze Boga z człowiekiem?

Zdaniem abp. Gądeckiego krytyka abp. Jędraszewskiego świadczy o „zakorzenionym w pewnych środowiskach totalitaryzmie światopoglądowym, polegającym na usuwaniu poza sferę obszaru wolności ludzi myślących inaczej”. Zaraz, zaraz, jakie to środowiska zagrażają ludziom myślącym inaczej? Czy ateiści blokują trasy licznych procesji i pielgrzymek katolików? Czy geje i lesbijki obrzucają ich uczestników wulgarnymi wyzwiskami i kamieniami? Czy te procesje wymagają ochrony policyjnej? Nic takiego się nie dzieje. To wyznawcy Boga, honoru i ojczyzny pod tym hasłem pastwią się nad uczestnikami Marszów Równości. I konia z rzędem temu, kto udowodni mi istnienie totalitaryzmu światopoglądowego poza religiami.

Od paru miesięcy jest w Polsce dostępna książka Frédérica Martela „Sodoma. Hipokryzja i władza w Watykanie”. Autor to francuski socjolog i dziennikarz. Materiały do książki gromadził przez cztery lata, w Watykanie i wielu nuncjaturach papieskich na świecie, także w Polsce. Miał lokalnych współpracowników. Rozmawiał z setkami duchownych, wśród których byli szeregowi księża, biskupi, a nawet kilkudziesięciu kardynałów. Wielu występuje w książce pod nazwiskiem. Na podstawie tych rozmów i innych źródeł Martel – sam gej – opisuje zjawisko homoseksualizmu w Kościele. Dowodzi, że to nie margines, ale system obejmujący wszystkie struktury, od lokalnych seminariów po watykańskie otoczenie papieży. Analizuje przyczyny i skutki takiego oto paradoksu: w Kościele funkcjonuje najliczniejsza społeczność homoseksualna na świecie, a zarazem księża są największymi homofobami. Należą do mniejszości seksualnej, a na zewnątrz demonstrują skrajną nietolerancję wobec własnych upodobań. To rygoryzm moralny na pokaz, aby chronić dobre imię Kościoła. Martel pisze o tym w tonie chłodnej analizy socjologicznej, nie epatuje czytelników tanią sensacją.

Oto jedna z dróg do kapłaństwa: młody mężczyzna, najczęściej z prowincji, orientuje się, że nie interesują go kobiety, jego orientacja seksualna jest inna – naganna, wyszydzana i potępiana. Nie do przyjęcia w homofobicznym środowisku. Mężczyzna szuka bezpiecznej przystani, gdzie mógłby się ukryć i przeżyć. Dochodzi do wniosku, że może nią być Kościół. Od wieków homoseksualiści lgną do Kościoła i ukrywają się pod jego opiekuńczymi skrzydłami. W większości na starcie są pełni najlepszych intencji. To ludzie religijni, ufni, że celibat pomoże im wyzwolić się z „nienaturalnych” upodobań. Żyją w ascezie, zachowują dziewictwo, nierzadko zadają sobie ból, aby powściągnąć nieczyste skłonności. Do czasu.

Już w seminarium orientują się, że ich nauczyciele niekoniecznie przestrzegają ślubów czystości. Bycie duchownym i homoseksualistą wcale się nie wyklucza! W dzień ksiądz, nocą bywalec klubów dla gejów – to nie rzadkość. Wielu duchownych prowadzi intensywne życie seksualne, mają kobiece przezwiska, stałych lub sprowadzanych z ulicy partnerów. Uwodzą młodych seminarzystów. Ci, którzy im ulegają, cieszą się specjalnymi przywilejami. Oporni, których to zniesmacza i przeraża, szukają pomocy u spowiedników. A tam słyszą, że wszystko będzie w porządku, pod warunkiem że zachowają absolutną dyskrecję, publicznie zaś będą potępiać homoseksualizm. Idealistom świat wali się na głowę i rezygnują z kapłaństwa. Pozostali akceptują warunki. Wspinają się po szczeblach kościelnej kariery. Im wyższy stopień w hierarchii, tym większy procent gejów! – przekonuje i udowadnia Martel. Przytacza znane nazwiska i funkcje. W kurii rzymskiej jest ich najwięcej. Ale nie tworzą wspólnoty. Nie ma żadnego gejowskiego lobby w Watykanie – twierdzi francuski socjolog. Geje w watykańskich pałacach są bardzo samotni, tworzą osobne „szafy” – zamknięty, sekretny świat, w którym protektorzy i protegowani czują się bezpiecznie. To świat specyficznej kultury sekretu, nepotyzmu i kłamstwa.

Martel opisuje podwójne, nierzadko rozwiązłe życie części homoseksualnych hierarchów, którzy na zewnątrz demonstrują ostentacyjną homofobię. Podaje wiele nazwisk. Dowodzi, że hipokryzja stoi za najważniejszymi decyzjami, które ukształtowały współczesny katolicyzm. Za wrogością Kościoła wobec gejów, prezerwatyw, antykoncepcji, święcenia kobiet i zniesienia celibatu. I przekonuje, że sytuacja nie zmieni się, dopóki Kościół nie uzna homoseksualizmu ani nie zniesie celibatu. Jak wiadomo, w ostatnich latach systematycznie maleje napływ chętnych do seminariów duchownych. Martel dowodzi, że to wynik coraz większej otwartości i tolerancji wobec osób homoseksualnych. Ci mężczyźni już nie muszą się ukrywać w seminariach, mogą bez lęku ujawnić swoją orientację i żyć, jak chcą.

„Sodoma” wyszła równocześnie w 20 krajach i w ośmiu językach. Watykan jej nie oprotestował.

Po piąte, w maju można było obejrzeć film „Tylko nie mów nikomu”. Bracia Sekielscy udokumentowali w nim kilka spośród ciemnej, wielocyfrowej liczby przypadków przemocy seksualnej księży wobec dzieci. Poruszenie było ogromne, liczne ofiary zaczęły wychodzić z cienia, papież Franciszek otrzymał mapę obrazującą skalę zjawiska w Polsce. Przez chwilę wydawało się, że hierarchia kościelna rozumie powagę sytuacji i oczyści szeregi. Resort sprawiedliwości zareagował jak zawsze – podniósł w drastyczny sposób kary, tym razem za gwałt pedofilski. Minister zapowiedział, że rozliczy wszystkich winnych – z naciskiem na celebrytów, artystów i dziennikarzy – bo „ani Nagroda Nobla, ani Oscar” nie zagwarantują bezkarności. Zabrzmiało groźnie, a zarazem komicznie, bo przecież nikt z garstki polskich noblistów nie był oskarżony nawet o przestępstwo pospolite! Poza tym celebryta, któremu zarzuca się nadużycia seksualne, trafia przed oblicze sądu, a ksiądz… dostaje gorszą parafię. Nie podniesiono kar za inne niż gwałt wykorzystywanie seksualne dzieci, co było wyraźnym ukłonem w stronę księży – oni najczęściej oskarżani są o tzw. inne czynności seksualne. Jak opowiadała jedna z bohaterek filmu Sekielskich: „Ksiądz onanizował się moimi rękami”. Z tego samego powodu księży nie ma w rejestrze pedofilów, którym chwali się ministerstwo.

I tak z wielkiej chmury spadł drobny, krótkotrwały deszczyk. Przestępczość seksualna księży została skutecznie przykryta atakiem na niegodziwe LGBT, które chce „seksualizować dzieci” w przedszkolach i szkołach, żeby je później „oddać w ręce pedofilów”. Dwie zbitki słowne, a ile w nich bredni! Co znaczy „seksualizować”? Ze swoją seksualnością przychodzimy na świat, a dziecko odkrywa ją albo dzięki mądrym wychowawcom, albo w sposób traumatyczny, np. za sprawą drapieżcy seksualnego. Nierzadko jest nim mężczyzna w sutannie. Co do pedofilów, pedofilia, czyli znajdowanie satysfakcji w obcowaniu seksualnym z dziećmi, jest dewiacją. Zdarza się rzadko. Nie ma nic wspólnego z homoseksualizmem. Większość księży, którzy napastują dzieci, to nie są pedofile. To zwyczajni, heteroseksualni mężczyźni, którzy nie mogą rozładować popędu w relacjach z osobami dorosłymi. Zaspokajają go więc w sposób zastępczy. Wykorzystują dzieci, bo te są dostępne – powierzone ich opiece, ufne, bezbronne, często nieświadome, co się dzieje, zastraszane. Rację ma Martel, twierdząc, że dopóki celibat nie zostanie zniesiony, nadużycia seksualne księży nie ustaną. A w Polsce już o nich cicho sza. Prowincja (terytorialna, ale głównie umysłowa) tworzy „strefy wolne od LGBT”. Nikt nie zaprząta sobie głowy niezgodnością tych pomysłów z porządkiem konstytucyjnym. Stref wolnych od drapieżników seksualnych w sutannach nie przewidziano. Byle tylko nikt nie ośmielił się edukować dzieci, jak się przed nimi bronić!

Po szóste, przeciętny zjadacz chleba nie bardzo wie, kto zacz ten elgiebet, podobnie jak wcześniej nie wiedział, z której strony może go zaatakować potwór gender. Z ust kościelnych i politycznych notabli słyszy, że to miks faszyzmu z bolszewizmem przyprawiony zamachem na Kościół. To zaraza, czyli w kategoriach medycznych coś między dżumą a cholerą. W kategoriach obyczajowych – dewiacja, niemoralność, krzywdzenie dzieci, niszczenie tradycyjnej rodziny. A jak jest naprawdę? Nie słyszałam o rodzinie, którą rozbiłoby dziecko o nietypowej orientacji seksualnej. Ale znam takie, które zostały zniszczone przez obmowę, szykany otoczenia, głupie rady o konieczności leczenia, egzorcyzmowania lub wyrzeczenia się „nienormalnego” potomka. Poznałam też dziewczynkę trans, która czuje się chłopcem i nie aprobuje ani swojego żeńskiego imienia, ani lalek, ani sukienek. Wiem, że co najmniej dwie trzecie nastolatków LGBT ma myśli samobójcze, a pojedyncze osoby zamieniają je w czyny.

Wedle szacunków w Polsce jest ok. 1,9 mln osób o nietypowej orientacji seksualnej. Powiedzmy sobie szczerze, każdy z nas poznał takie osoby w najbliższym otoczeniu: w rodzinie, w pracy albo wśród znajomych. Dwie przyjaciółki nierozłączki od szkolnej ławy. Po rozpadzie nieudanego małżeństwa jednej z nich mieszkają razem i wspólnie wychowują dwójkę dzieci. Kuzyn, który z partnerem od dziesięcioleci tworzy zgodny związek, ot, takie stare, dobre małżeństwo. Urodziwy kolega z pracy obojętny na zaloty największych uwodzicielek. Czy oceniamy ich wedle zalet i wad charakteru, kultury, uczciwości, odpowiedzialności, czy wedle orientacji seksualnej? Czy czujemy się od nich lepsi? Czy coś nam z ich strony zagraża? Czy łatwiej nam z tym, że wreszcie wychodzą z ukrycia i nie musimy udawać nieświadomych łączących ich więzi? Wydaje się, że odpowiedzi są oczywiste. A jednak w przestrzeni publicznej ciągle słyszymy od osób z kręgów władz politycznych lub kościelnych, że zagrażają nam „zboczeńcy pod tęczową flagą”. Gdzie oni są? Przecież nigdy nie nazwalibyśmy tak naszych krewnych i znajomych!

Prezes Kaczyński raz po raz wzywa do ochrony polskiej rodziny przed zagrożeniem ze strony LGBT. I kto to mówi? Stary kawaler, żyjący do późnej dorosłości pod kuratelą mamusi. Człowiek, który nie wie, czym jest budowanie związku z drugą osobą, na czym polega odpowiedzialność za powołane na świat dzieci, ile żmudnych starań potrzeba, aby ognisko domowe nie zgasło. Czy taki obrońca rodziny może być wiarygodny?

Po siódme, ktoś musi się upomnieć o dobre imię i prawa osób LGBT. Z pewnością nie zrobi tego pełnomocnik rządu ds. równego traktowania, bo jako członek zakonu PC Adam Lipiński musi myśleć tak jak prezes. Nie zrobi tego opozycja jako całość, bo ten temat to gorący kartofel. Pozostaje lewica. To ona mogłaby (powinna?) demaskować ideologów piramidalnego kłamstwa o LGBT. I pokazywać, jak jest naprawdę. Prof. Zygmunt Bauman definiował lewicowość jako „bunt przeciwko znieczulicy na ludzką niedolę”. Dziś niedola jest udziałem osób LGBT. Jak je wesprzeć? Może należałoby wydrukować i rozkleić gdzie się da mądre plakaty, z których każdy przechodzień dowie się, kim naprawdę są osoby nieheteroseksualne, na czym polegają ich problemy. Powielać i popularyzować zalecenia WHO w sprawie edukacji seksualnej, aby Kowalski mógł odetchnąć z ulgą, że nie musi podpisywać listów protestacyjnych, bo jego dziecku nie grozi w przedszkolu trening z masturbacji? W kulturalnej formie odkłamać to, co zostało trywialnie zakłamane? Może kandydaci do parlamentu powinni o tym rozmawiać podczas spotkań z wyborcami?

Jeśli czegoś nie zrobimy, kolejny Marsz Równości może się skończyć pogromem równości. To nie wszystko. Warto pamiętać, że autorytaryzm nie poprzestaje na szykanach wobec jednej grupy społecznej. Na kogo padnie w następnej kolejności? Skutki krótkowzroczności potencjalnych ofiar przejmująco opisał niemiecki pastor Martin Niemöller, kiedy i on trafił do obozu koncentracyjnego w Dachau. „Kiedy przyszli po Żydów, nie protestowałem. Nie byłem przecież Żydem. Kiedy przyszli po komunistów, nie protestowałem. Nie byłem przecież komunistą. Kiedy przyszli po socjaldemokratów, nie protestowałem. Nie byłem przecież socjaldemokratą. Kiedy przyszli po związkowców, nie protestowałem. Nie byłem przecież związkowcem. Kiedy przyszli po mnie, nikt nie protestował. Nikogo już nie było”.

Autorka jest socjolożką i publicystką

Fot. Wojciech Wojtkielewicz/Polska Press/East News

Wydanie: 37/2019

Kategorie: Opinie

Komentarze

  1. Kazimierz Klimek
    Kazimierz Klimek 10 września, 2019, 19:03

    z ciekawosci poszedlme na Pride Parade w Calgary 1 wrzesnia
    mozna to lubic albo nie, ale nie mozna odmowic entuzjazmu, wsparcia ze strony mieszkancow, ktorzy widza w nim otwartosc i tolerancje a wiec wazne wartosci oraz kolorowosc
    idacy rozdawali cukierki i czekoladki oraz gadzety
    to rozni ta parade od Bozego Ciala
    Jarek Kaczynski wymysla, tak samo jak nie ma szariatow w Szwecji a w Kanadzie nie istnieje prawo, ze dopoki jest pepowina to mozna dokonac aborcji, nawet po urodzeniu
    karmia was jak dzieci niedorzecznosciami i zabobonami oraz ciemnota, bo chca abyscie nie patrzeli na swiat tylko byli zacofani

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy