Jak narcyz z narcyzem

Jak narcyz z narcyzem

Lubię niektóre historyczne książki Ludwika Stommy, irytują mnie jego felietony. Ich arogancja i narcyzm. Zabawne, gdyż jego irytuje arogancja i narcyzm moich. Ale to zrozumiałe, nic bardziej nie irytuje narcyza niż czyjś narcyzm. Ze stoickim spokojem i ze zrozumieniem przyjmuję zarzut Ludwika, że nie rozumiem dzieł Andrzeja Żuławskiego, jestem w dużym gronie ludzi ode mnie mądrzejszych. Ale przecież ja go jakoś ceniłem, jakoś, bo był wybitny, tylko swoją „potwornością” psuł swoją wybitność. Tak to czuję i tak piszę. A uparcie piszę, co czuję. Jego „potworność” była też oryginalna, bo przecież dawał się lubić, a nawet kochać. Lubiłem go. Co mnie oburza w felietonie Stommy i czego mu nie wybaczam (pewnie zaraz mi przejdzie, jak wezmę prysznic, bo taka agresja brudzi), to to, że zarzuca mi świadome kłamstwo w tak delikatnej sprawie jak wspomnienie o człowieku, który umarł i nie może niczego sprostować. Wyobrażam sobie, jak Andrzej ożywa i woła z góry: kłamiesz, nie ceniłem (bardzo!) twoich tekstów pisanych w paryskiej „Kulturze”, nie zgodziłem się z tobą, że nigdy nikogo nie kochałem, przecież wyrzuciłbym cię za drzwi, gdybyś tak powiedział, itd. (a to przecież wzruszające, że mnie nie wyrzucił, że przyznał mi rację – Stomma nie docenia Andrzeja). Ale Żuławski nie może prostować, więc ja, niegodziwiec, mogę włożyć wszystko w jego usta, a najlepiej to, co mnie postawi w dobrym świetle, a jego pomniejszy. Bo ja, karzeł, chcę pomniejszyć olbrzyma. Na szczęście to mi się nie uda, prawdziwa wielkość obroni się sama. A gdy sama będzie miała kłopot, Stomma pomoże. O Żuławskim dosyć dużo wiemy, dosyć, bo człowiek na szczęście zawsze jest zagadką. Ola Szarłat napisała dobrą (bardzo) biografię Żuławskiego. Polecam Stommie, pisana nie na kolanach, ale życzliwie. Nie mogłaby mi się spodobać, gdybym miał taką opinię o Andrzeju, jak sugeruje Stomma (ja mam na jego temat bardzo mieszane uczucia). Chyba że jestem aż tak zakłamany, jak zdaje się to sugerować. Więc to jednak możliwe.

A co do tego, że się chwalę w swoich felietonach, z kim jadłem obiad itd. A chwalę się. Tak to mi samo wychodzi, bo piszę coś w rodzaju dziennika, zawsze takie były moje felietony. W dzienniku piszę o wszystkim, co mnie dotyka, miło lub przykro. Gdy podobają się moje wiersze na spotkaniu autorskim, odnotowuję to, bo to mnie miło dotyka. Co jest oczywiście ryzykowne, fatalnie znosimy, jak ktoś mówi o sobie dobrze, gdyż nas to umniejsza. Ja też na to źle reaguję, pewność siebie nie jest moją mocną stroną, nie mam w sobie pychy Ludwika. Tak jednak piszę od kilkudziesięciu lat i będę zapewne pisał do końca moich dni. Amen.


Spotykam się z Barbarą Baranowską, utalentowaną graficzką, mieszka w Paryżu. Ma 85 lat, wygląda na 50, porusza się lekko jak młoda dziewczyna. Blisko z nią i serdecznie. Daje swoje zdjęcie z pisarzem Adolfem Rudnickim z roku 1962. Potrzebne mi do książki „Dom pisarzy w czasach zarazy”. Była w latach 50. żoną Rudnickiego, bardzo wtedy cenionego pisarza, odbił mu ją młody wtedy Andrzej Żuławski. Rudnicki, gdy potem mijał Żuławskiego na ulicy, wołał do niego: pan ma krew na sobie. I przeszedł z powodu tego rozstania zawał. Ci dwaj artyści byli siebie warci w galopującym narcyzmie. Ale też mieli w sobie magię. Są kobiety, które jak ćmy lecą do takich ludzi. Z Adolfem byłem blisko, jak blisko można być z kimś tak skupionym na sobie. Rudnicki pokazywał mi na półkach grzbiety kilkudziesięciu zeszytów, pisał je przez wiele lat, znam fragmenty, rewelacyjny dziennik, ale rodzina blokuje druk. Jaka szkoda. Żuławskiego znałem nie tak dobrze jak Ludwik, ale na tyle dobrze, że gdy mnie pocałował (raz) na pożegnanie, sprawdziłem potem, czy nie odgryzł mi ucha. (Stomma znowu się oburza: on nie mógł ciebie całować, mnie nie całował, zmyślasz, a jeśli całował, a ty go zohydzasz swoim uchem, to jesteś judasz). Rudnicki dzisiaj jest zapomniany, jak większość dawnych pisarzy, moja książka na chwilę przypomni tych, co tak bardzo byli, a teraz odeszli w niebyt. Co mnie szczególnie ujmuje w Barbarze, to zupełny brak próżności. Tym promieniuje. Większość ludzi jest zatruta przez próżność. Cały świat tym skażony.


Małgorzata Kidawa-Błońska ma konkurenta, prezydenta Poznania Jacka Jaśkowiaka. A więc prawybory. To na pewno dobry prezydent miasta i samorządowiec, Poznań ogromnie się zmienił na lepsze, lubię to miasto, ale kandydowanie Jaśkowiaka jest błędem. Sztywny, nie ma wdzięku, nie najlepiej mówi. Na jego tle Kidawa-Błońska wiele zyskuje. Nie wiem, czy o to chodziło Platformie.

Wydanie: 49/2019

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy