Jak skutecznie utonąć

Jak skutecznie utonąć

Wolę, żeby dziwne rzeczy zdarzały się podczas powstawania książki. Wtedy przynajmniej mogę z nimi coś zrobić

Agnieszka Wolny-Hamkało – poetka, pisarka, publicystka, autorka powieści „41 utonięć”

Co myśli autorka, której udało się opisać sytuację, jaka kilka miesięcy później zdarzyła się w rzeczywistości? Chodzi o akcję protestacyjną przed spektaklem.
– Taka autorka czuje na pewno ciary na plecach. Kiedy zobaczyłam protesty przed premierą „Śmierci i dziewczyny”, miałam wrażenie, że znalazłam się we wnętrzu własnej książki. To niekoniecznie miłe uczucie. Czasem zdarza się coś takiego. Ale wolę, żeby dziwne rzeczy zdarzały się podczas powstawania książki. Wtedy mogę z nimi coś zrobić, rozpisać je na głosy, poukładać sobie w głowie, przypisać do postaci.
Bohaterowie twojej powieści to pokolenie 40-latków, niespełnionych intelektualistów, których życie utknęło w martwym punkcie i zdaje się, że będzie tak trwać w nieskończoność. Portretujesz pokolenie, ale pokazujesz, że z tego impasu nie ma wyjścia…
– Lubię myśleć, że po prostu spotykamy bohaterów w takim momencie. Są zawieszeni między jedną pracą a drugą, między jednym związkiem a następnym. Do tego trwają wakacje, jest upiornie gorące lato, na ulicach żarcie i szczury. Jest taki upał, że łatwiej żyje się w nocy. Sama mam nadzieję, że oni nie będą tak egzystować w nieskończoność. Na razie jednak drepczą w miejscu, jakby coś krępowało ich ruchy. Wypowiadają w powietrze rozmaite kwestie, jakby bali się podejść bliżej do siebie.
Artyści z książki „41 utonięć” odnoszą sukcesy. Ale są zmęczeni, samotni. Dlaczego akcja dzieje się w tym środowisku? Czy „dekoracje teatralne” i „kulisy powstawania sztuki” należy odczytywać jako dodatkową metaforę?
– Dlatego że to nie tylko bardzo ciekawe środowisko, w którym aktorzy za niskie gaże co wieczór ryzykują sporo na scenie, ale także dlatego, że jest to środowisko w Polsce nieopisane. Poza tym – kto nie lubi zaglądać za kulisy? Niewielu ma to szczęście połazić po korytarzach teatru, zajrzeć do perukarni, uczestniczyć w próbach, sprawdzić, co się dzieje w rekwizytorni. W powieści wprowadza nas w ten świat główna bohaterka Ada. Dzięki niej możemy poznać też inne języki: język nowych mediów i język scenografów. No i te wszystkie emocje, które pojawiają się wszędzie tam, gdzie ludzie wspólnie robią sztukę, udzielają się bohaterom powieści. Teatr Polski we Wrocławiu jest miejscem odważnych eksperymentów artystycznych i ciekawie było z bliska im się poprzyglądać.
Powieść jest dość zabawna – na poziomie językowym, ale także fabularnym – pomysł z portalem Virtual Party czy też sceny z „rytuałem odcięcia” albo Nocą Konfesjonałów. Chciałaś w ten sposób zwrócić uwagę na absurdy współczesności?
– Każdy czas ma swoje absurdy – tacy po prostu jesteśmy. Kiedy atmosfera jest wzniosła, ktoś puszcza bąka, trup wypada z trumny, wiatr podwiewa prezydentowej sukienkę. Ale rzeczywiście Noc Konfesjonałów wydała mi się trochę straszna. I jaki ma potencjał anegdotyczny! W „41 utonięciach” humor był mi potrzebny, żeby na bieżąco kontrować moją sympatię czy nawet słabość do Teatru Polskiego we Wrocławiu. I żeby nie popaść w absolutną nostalgię i smutek. Trzeba dużo się śmiać i świętować – koniecznie wtedy, kiedy robi się dość ponuro.
Akcja powieści dzieje się we Wrocławiu w konkretnych miejscach. Dlaczego zdecydowałaś się na tak konkretną topografię?
– Miasto nigdy nam się nie nudzi, nie tylko dlatego, że jest dynamiczne i ciągle się zmienia, ale także dlatego, że każdy widzi je inaczej. Możemy zwiedzać to samo miasto np. ścieżką religijną – szlakiem kościołów i kaplic. Możemy iść tropem zabytków lub wybrać ścieżkę postaci literackich. Przy czym niektóre ścieżki w ogóle się nie krzyżują. Bohaterowie „41 utonięć” żyją na marginesie oficjalnych miejsc, dlatego ich Wrocław może być nieco inny od Wrocławia, który znają turyści. Krótko mówiąc, opisując istniejące miasto, wciąż możemy je odkrywać.
Czy nie obawiałaś się odczytania „41 utonięć” jako powieści z kluczem?
– Nie, przecież ta historia mogłaby się wydarzyć wszędzie. Moglibyśmy bez strat przenieść ją do jakiegoś innego, sporego europejskiego miasta, w którym ludzie czują się trochę bezradni i samotni, a miasto pomogło im  tylko pozornie. Można ją odczytać jako uniwersalną opowieść w szerszym planie. Ale nie przeszkadza mi, jeśli ktoś zgaduje: czy dyrektor Teatru Polskiego to Krzysztof Mieszkowski? Czy dyrektor szantażuje marszałka? Erotyczne esemesy polityka to prawda czy fikcja? Jeśli książka jest punktem wyjścia takiej zabawy – to czemu nie? Czemu się nie bawić?

Wydanie: 2016 5/2016

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy