Jak to z „Plebeyem” było

Jak to z „Plebeyem” było

Nigdy wcześniej ani nigdy później nie ukazało się w Polsce tak oryginalne, zjadliwe, dekadenckie i artystycznie niedościgłe pismo satyryczne

Henryk Waniek w książce „Szalone życie Macieja Z”, której fragment ukazał się w PRZEGLĄDZIE (nr 30), pisze o dodatku satyrycznym dołączanym do tygodnika „itd” w ostatnich miesiącach przed stanem wojennym. Nie wiem, dlaczego Waniek z uporem przekręca nazwę dodatku i zamiast o „Plebeyu” pisze o „Pleybeyu”. Nie wiem też, dlaczego tak duże zasługi w jego powstaniu i ukazywaniu się przypisuje akurat Maciejowi Zembatemu. Zembaty owszem, Waniek także, podobnie Marek Goebel, ale głównymi twórcami i kreatorami Samorządnego i Niezależnego Miesięcznika Społeczno-Pornograficznego „Plebey” (tak brzmiała jego pełna nazwa) byli Andrzej Czeczot i Maciej Rybiński. Jest to o tyle istotne, że nigdy wcześniej ani nigdy później na polskim rynku wydawniczym nie ukazało się tak oryginalne, zjadliwe, dekadenckie i artystycznie niedościgłe pismo satyryczne. Nie ukazało się, bo nie mogło. To było tylko sześć kilkukartkowych numerów formatu A5, które jednak z całą pewnością przeszły do historii polskiej prasy, nie tylko satyrycznej.

A oto kilka słów refleksji opisujących atmosferę towarzyszącą powstawaniu „Plebeya”. Raz w miesiącu do Warszawy zjeżdżał ze Śląska guru i naczelny ilustrator dodatku Andrzej Czeczot. Rezydował przez dwa dni na koszt redakcji w Hotelu Europejskim. Tam się schodzili wszyscy, którzy mieli lub też chcieli mieć w „Plebeyu” coś do powiedzenia. To był satyryczny sabat czarownic, w którym obok Czeczota uczestniczyli Dudziński, Waniek, Goebel, Krauze, Zembaty, Kreczmar, Rybiński, Friedman, bywał chyba nawet Kutz (autor anonimowego jadowitego pocztu reżyserów polskich). O osobach towarzyszących, także zupełnie przypadkowych, nie wspomnę. Kto miał kiedykolwiek w ręku numer słynnego francuskiego skandalizującego pisma satyrycznego „Harakiri”, może sobie wyobrazić atmosferę tych spotkań.

Tak wysmażony, piekielnie zjadliwy, satyryczny pasztet lądował następnie razem z Czeczotem, Rybińskim i Goeblem w gabinecie redaktora naczelnego „itd” Zdzisława Pietrasika (ostatniego naczelnego „itd” przed stanem wojennym) na siódmym piętrze wieżowca przy ul. Wroniej. Tam był poddawany ostatecznej obróbce przed skierowaniem jeszcze nie do druku, ale do cenzury. Towarzyszyły temu karczemne awantury, rwanie włosów, kabalistyczne zaklęcia, powoływanie się na ideologów wszystkich możliwych nurtów filozoficznych i politycznych, nawoływania do zachowania umiaru, próby studzenia artystycznych i publicystycznych emocji. Wszystko po to, aby kolejny numer „Plebeya” wrócił z cenzury możliwie jak najmniej posiekany i wykastrowany.

I to się udawało głównie dzięki Zdzisiowi, który potrafił zapanować nad całą tą artystyczno-publicystyczną erupcją dzięki takim cechom jak wrodzone umiejętności mediacyjne, specyficzne poczucie humoru, subtelna ironia, trzeźwe, ale nie kunktatorskie spojrzenie na rzeczywistość, wreszcie jakieś wewnętrzne ciepło, które rozbrajało nawet najbardziej zapiekłych rewolucjonistów.

Ukazało się pięć albo sześć numerów „Plebeya”, przez wiele lat można je było kupić na bazarze w Rembertowie w cenie dalekiej od umiarkowanej. Niedawno zadzwonił do mnie ktoś z Biblioteki Narodowej, że poszukują brakujących numerów, i pytał, gdzie można je zdobyć. Nie wiem, chyba nigdzie.

Andrzej Szmak był sekretarzem redakcji „itd” w latach 1980-1981

Wydanie: 36/2018

Kategorie: Media

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy