Jałowy bieg

Jałowy bieg

Napięcie wewnątrz lewicowej koalicji to nie przyczyna, ale skutek problemu

W klubie Lewicy doszło do przesilenia personalnego. Mnożą się listy otwarte i kontrlisty, skrywane wcześniej konflikty wylewają się do mediów, politycy sami dzwonią do dziennikarzy, by powiedzieć coś nieprzyjemnego o partyjnych kolegach i koleżankach. Kwestionowane są przywództwo Włodzimierza Czarzastego i jego styl prowadzenia partii. Krytycy zarzucają przewodniczącemu chęć sprywatyzowania partii i brak komunikacji wewnątrz Nowej Lewicy. Więcej nawet – i to zarzut najpoważniejszy – orientowanie się na jakąś przyszłą koalicję z PiS lub PO za cenę niezależności i autonomii Lewicy.

W najbliższych dniach – także na tych łamach – czytelnicy i czytelniczki znajdą wiele krytycznych analiz stylu, w jakim Czarzasty prowadzi ugrupowanie, i argumentów za koniecznością zmian. Nie jestem jednak przekonany, czy pytanie o to, jakim przewodniczącym był i pozostaje Czarzasty, jest najciekawsze. Kryzys w partii ma także inne niż tylko personalne przyczyny. Niewykluczone, że do podobnego przesilenia i tak by doszło, niezależnie od tego, kto stałby na czele parlamentarnej lewicy.

Lewica wróciła do parlamentu w 2019 r. dzięki porozumieniu trzech środowisk, które miały dalekie od siebie elektoraty i kierowały się radykalnie odmiennymi motywacjami. Jednym z głównych powodów powołania do życia Razem była chęć pogrzebania SLD, a jeszcze całkiem niedawno obydwie partie grały na wzajemną marginalizację. Wiosna zaś powstała jako projekt świadomie unikający określania się jako lewicowy. Pomysł na partię Biedronia był skierowany do ludzi, których mogą drażnić wyraziste ideologiczne i światopoglądowe deklaracje – „fajność” burmistrza Słupska i pozorny dystans wobec rozrywającej Polskę polaryzacji miały być największymi magnesami tego ugrupowania.

Warunek sukcesu koalicji trzech tak różnych partii był jeden. Energie trzech silników miały pchać ten wóz w jednym kierunku. Koalicja miała poszerzać swoją bazę wyborców, a każde z trzech ugrupowań przyciągać do wspólnego projektu nowych sympatyków.

Rzeczywistość zweryfikowała to marzenie. W połowie kadencji parlamentu Lewica nie tyle traci, ile zatrzymała się na stabilnym i przewidywalnym pułapie poparcia. Mniejszym od oczekiwań, ale wystarczającym do przekroczenia progu wyborczego i dalszego trwania. Sondażowa średnia jeszcze przed Strajkiem Kobiet, jesienią 2020 r., wynosiła 8% i dziś również wynosi 8%. Czyli napęd pracuje, ale dociskanie gazu i kręcenie kierownicą nie przynosi efektu. Udaje się co najwyżej nie zwolnić.

Lewica zatrzymała się jednak nie z powodu bezczynności. Przeciwnie, przez ostatni rok była wręcz nadaktywna. Posłowie i posłanki robili za żywe tarcze i pomoc prawną na demonstracjach, klub składał w Sejmie ustawy, lewicowe kanały w mediach społecznościowych kipiały. Pomysłów było wręcz nadmiar. Jak nie konferencja prasowa, to zbiórka podpisów albo wyjazd w teren. I następnego dnia od nowa. Być może większym problemem od rzekomego lenistwa czy bezczynności było właśnie miotanie się od ściany do ściany i od pomysłu do pomysłu. Ale to była tylko odpowiedź na problem, który zaistniał już wcześniej. Lewica wpadła w typowy kryzys połowy kadencji. Niby coś się robi, posłowie są aktywnni, ale efektów nie ma. Co więcej, badania zlecone przez samą Lewicę przestrzegały przed takim scenariuszem. Sympatycy głosowali na nią w 2019 r., bo chcieli jej powrotu do parlamentu. Gdy już w parlamencie się znalazła, determinacja, by ją popierać, spadła.

Dopisywane post factum wyjaśnienia tego kryzysu – zbytnie zbliżenie z PiS czy „kara” za poparcie Funduszu Odbudowy – nie znajdują potwierdzenia w badaniach. Dużo lepiej sondażową stagnację Lewicy tłumaczy popularność Hołowni niż takie lub inne decyzje podjęte późną wiosną 2021 r. Ale zrzucenie odpowiedzialności na przywództwo jest w tej sytuacji oczywistym krokiem. W każdej partii tkwiącej w podobnym impasie znaleźliby się chętni do rozliczenia góry. Triumwirat na Lewicy i tak de facto przestał istnieć, gdy Biedroń zdecydował się na połączenie z SLD i oddanie władzy Czarzastemu.

Nie jest też pewnie bez znaczenia to, że Platforma pozbyła się przewodniczącego Budki i wrócił Tusk. Lewica jednak wpadła w koleiny dużo wcześniej. Teraz wyłącznie otworzyło się okienko na zmiany personalne. Idzie nowy sezon i nowe otwarcie.

j.dymek@tygodnikprzeglad.pl

dymek.substack.com

Fot. Tomasz Jastrzębowski/REPORTER

Wydanie: 29/2021

Kategorie: Kraj

Komentarze

  1. Anonim
    Anonim 13 lipca, 2021, 20:11

    Lewica ma potencjalnych wyborców na wynik ponad 30%. Może potrzebne są zmiany personalne i manewr, jaki zastosowała Platforma z Tuskiem?

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy