Przegrana Tuska

Przegrana Tuska

Ostatnia debata sejmowa i odrzucenie w pierwszym czytaniu projektów ustaw o związkach partnerskich były testem i chwilą prawdy dla polskiej sceny politycznej. Poziom debaty – żenujący. Nie idzie mi nawet o to, że pojawiła się nowa gwiazda PiS, pani profesor o aparycji, poglądach i manierach przekupy. Przy niej posłanka Kempa, do niedawna mistrzyni w tej klasie, uchodzić może zasadnie za wzór powściągliwości, kultury i logiki. Problem w tym, że chamstwu wypowiedzi towarzyszyła w debacie przerażająca głupota. Większość mówców nie wiedziała, o co chodzi w projektach. Była przeciw, ale albo nie wiedziała dokładnie, przeciw czemu, albo dramatycznie protestowała przeciw czemuś, czego w projektach w ogóle nie było.
Ciarki przechodzą po plecach, gdy się pomyśli, że losy Polski spoczywają w rękach takich ludzi.
Finałową sceną była, powiedzmy delikatnie, kontrowersja między premierem a jego ministrem sprawiedliwości. Jej prostą konsekwencją był wynik głosowania.
Premier Tusk przegrał chyba coś znacznie więcej niż głosowanie w Sejmie. Dotychczas różnice poglądów między premierem i większością Platformy z jednej strony a Gowinem i jego zwolennikami z drugiej były dla PO czymś korzystnym. Pozwalały puszczać równocześnie oko i do postępowego, liberalnego elektoratu, i do elektoratu konserwatywnego, prawicowego, niepochwalającego szaleństw PiS. Przy takiej polityce Platforma, postrzegana jako zapora przed PiS i jego wizją IV RP, mogła spokojnie utrzymywać się przy władzy, choć z każdym dniem przybliżała się do ideału swoistego Frontu Jedności Narodu, stając się coraz bardziej bezideową partią władzy. Taka partia rzeczywiście może przez jakiś czas rządzić, choć coraz bardziej niejasne staje się po co. W rozumnym demokratycznym społeczeństwie władzę jednak zdobywa się po coś. Po to, by zrealizować swój program, by wedle swojej recepty modernizować kraj. Umizgująca się na prawo i lewo, niemogąca pogodzić się co do najważniejszych celów Platforma nie jest już w stanie nic zrobić, nie jest w stanie nie tylko modernizować zapóźnionego pod wieloma względami kraju ani gonić Europy, nie jest w stanie nawet przeprowadzić żadnej koniecznej reformy. Jest w stanie jeszcze trochę trwać przy władzy. Powołując na stanowisko ministra sprawiedliwości Jarosława Gowina, Donald Tusk doskonale znał jego poglądy. Wiedział, że ideowo nie różni się on od Jarosława Kaczyńskiego. Wiedział też, że Gowin, z racji swej niekompetencji, nie może ani usprawnić sądownictwa, ani zrealizować żadnego innego ze stojących przed ministrem sprawiedliwości zadań.
Ta nominacja z założenia nie była korzystna dla państwa ani dla jego obywateli, miała być korzystna dla Platformy. Tusk wolał mieć Gowina na oku, w rządzie, niż jako przywódcę wewnątrzplatformianej opozycji w Sejmie. Interes partii stanął jak za PRL przed interesem narodu. Był to błąd kardynalny. Stanowisko ministra sprawiedliwości, jak to było do przewidzenia, pozwoliło Gowinowi zbudować i umocnić własną pozycję polityczną. Pozwoliło mu na częste występy w mediach, na publiczne wyrażanie swych poglądów, na zabieranie głosu w różnych ważnych kwestiach. Gowin tę szansę wykorzystał. Co więcej, zbudował w Ministerstwie Sprawiedliwości swoistą twierdzę konserwatyzmu, nie tylko prawniczego, ale wręcz mentalnego. Obsesyjna walka ministra sprawiedliwości ze środowiskami prawniczymi nie tylko utrudniała oczekiwane społecznie usprawnianie wymiaru sprawiedliwości, lecz także zniechęcała do Platformy środowiska dotąd należące do jej elektoratu.
Nie udało się upilnowanie Gowina w rządzie. Swą umocnioną dzięki Tuskowi pozycję wykorzystał on cynicznie przeciw niemu. Gowin nie jest szaleńcem ani ryzykantem. Wystąpienie w Sejmie przeciw premierowi, zamanifestowanie nielojalności wobec Tuska nie było obciążone żadnym ryzykiem. Gowin mógł bezkarnie zagrać premierowi na nosie i zagrał. Wiedział, że premier nic mu do najbliższych wyborów nie zrobi, bo nie może. Tusk jest pamiętliwy. Gdy w wyborach w 2015 r. będą układane listy Platformy, Tusk dopilnuje, aby Gowin znalazł się na liście do Senatu lub wcześniej, w wyborach samorządowych, każe mu walczyć o fotel prezydenta Krakowa. Ale nie jest pewne, czy Gowin będzie wtedy chciał startować gdziekolwiek z listy PO. Gdy będą zbliżały się wybory, a sondaże Platformy nie będą najlepsze (a najpewniej nie będą), Gowin dogada się z PJN i PSL i stanie się ozdobą ich być może wspólnej listy. Nie zdziwiłbym się, gdyby wylądował nawet na liście PiS. Byłoby to jego środowisko naturalne.
Na razie wszystko wskazuje na to, że Gowin nadal będzie ministrem sprawiedliwości i mocnym szefem antytuskowej, wewnątrzplatformianej opozycji, błędnie nazywanej konserwatywną. Konserwatyzm bowiem to coś więcej niż antyliberalizm. Konserwatyzm to nie to samo, co zacofanie.
Rządząca koalicja ma zbyt małą przewagę w Sejmie, by ryzykować rozłam w PO, tym bardziej że nowy szef ludowców też wyraźnie zerka na prawo i jeśli nawet nie stworzy czegoś wspólnie z PJN, to w każdym razie ubezpiecza się z tej strony. PSL już w ostatnim 20-leciu pokazało, że gdy trzeba, stworzy koalicję z lewicowym SLD, gdy trzeba, gotowe jest deklarować swój narodowy katolicyzm, gdy trzeba, może być liberalne. Nie od dziś wiadomo, że – jak mówią cynicznie peeselowcy – każde wybory wygrywa koalicjant PSL.
Gowin jak PSL. Będzie trwał w rządzie Tuska i jeśli trzeba, będzie równocześnie wobec premiera w opozycji.
Tusk nie ma wyjścia, musi robić dobrą minę do złej gry, ale jego bezsiła w sprawie Gowina osłabia też jego pozycję w macierzystej partii.
Jak na to wszystko zareagują wyborcy?
Sama myśl o tym, że do gry może wrócić Aleksander Kwaśniewski, tworząc jakąś centrolewicową formację, spowodowała, że 25% wyborców zadeklarowało gotowość zagłosowania na tę formację. Problem w tym, że Leszek Miller gotów jest bronić odrębności SLD i o żadnym jednoczeniu lewicy słyszeć nie chce. W efekcie SLD pozostaje ze swoimi 8% poparcia i z coraz słabszymi bon motami lidera poza głównym nurtem polityki polskiej.

Wydanie: 6/2013

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Komentarze

  1. Emil Zin
    Emil Zin 24 lutego, 2013, 15:21

    Wielce Szanowny Panie Profesorze, więcej takich znakomitych felietonów politycznych.
    Z wyrazami szacunku – EZ

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy