Pasmo nieszczęść samych

Pasmo nieszczęść samych

W kraju, gdzie mecz piłkarskiej reprezentacji przeżywany jest niemal jak powstanie narodowe, smutek klęski jest z natury rzeczy ogromny. Nasi „nie wyszli z grupy”, odpadli z dalszych rozgrywek w Euro 2012. Aż dziw bierze, że prezydent nie ogłosił żałoby narodowej.
Dla innych nacji zawody sportowe to rozrywka i zabawa. Ale nie dla nas! Dla nas to bój o honor narodowy. Potrafią wesoło się bawić kibice Irlandii, choć ich drużyna dostała lanie i też została wyeliminowana z dalszych rozgrywek. No, ale przyjechali na Euro, aby się rozerwać, a przy okazji przeżyć jakiś dreszczyk emocji i zobaczyć dobrą piłkę, nie tak jak my… by bronić honoru! Doprawdy, nie wiem, kto tak na nasz honor nastaje, że tak rozpaczliwie i dosłownie wszędzie musimy go bronić. Jakże silne są nasze kompleksy! Ale ich źródeł wolimy nie lokalizować. Na wszelki wypadek.
Jeszcze na polskich i ukraińskich stadionach trwa festiwal europejskiej piłki, a my już z ponurymi minami szukamy winnych i żądamy rozliczeń.
Na nastrojach, podkręcanych przez media, chcą coś ugrać politycy. Plan uzdrowienia polskiej piłki ogłosił sam prezes Jarosław Kaczyński, któremu zapewne dwór szepcze do ucha: „Jarosław, piłkę zbaw!”.
Okazuje się, że prezes wie, co należy zrobić, aby nasi piłkarze lepiej trafiali piłką do bramki. Trzeba, jego zdaniem, po pierwsze, usunąć Tuska, po drugie, usunąć rząd Tuska, a po trzecie, ogłosić piłkę nożną sportem narodowym. Pierwsze dwie propozycje znamy od dawna. Prezes zgłasza je, gdy cokolwiek chce uzdrowić. Ciekawa jest propozycja ostatnia.
„Sport narodowy” – ustanowiony oficjalnie, być może z wpisem do konstytucji? To brzmi dumnie i tajemniczo. Przepis mógłby brzmieć np. tak: „Wśród wszystkich równoprawnych dyscyplin sportowych piłka nożna jest dyscypliną panującą”. Logiczną konsekwencją byłyby przepisy kolejne: „W Polsce w piłkę mogą kopać nogą tylko prawdziwi Polacy” (wychodziłoby to naprzeciw postulatom zgłaszanym od pewnego czasu przez posła, eksbramkarza Tomaszewskiego). Zakaz kopania piłki przez premiera Tuska i jego ministrów byłby też oczywisty. Mecze ekstraklasy rozpoczynałyby się mszą świętą, kadra narodowa występowałaby w zbrojach husarskich, a w rozgrywkach wewnątrzkrajowych drużyny grałyby w strojach ludowych. Fankluby patriotycznych kiboli podzielone byłyby na roty, a na mecze reprezentacji przychodziłyby w mundurach piechoty łanowej. Mecze piłkarskie od razu stałyby się wielkimi lekcjami patriotyzmu.
Politycy wszystkich opcji zastanawiają się, jak usunąć prezesa Latę i wprowadzić komisarza do PZPN. Szukanie winnego po klęsce jest u nas czymś oczywistym. Można bardzo nie lubić PZPN, ale trzeba przyjąć do wiadomości, że, po pierwsze, PZPN to nie agenda rządowa i rządowi nic do tego, kto jest jego prezesem. Prezesa wybiera sobie zgodnie ze statutem organizacja społeczna, jaką jest PZPN. Po drugie, to nie zarząd PZPN z prezesem Latą odpadł z rozgrywek, tylko drużyna. PZPN miał organizować Euro i z tego zadania wywiązał się chyba nie najgorzej. Jeśli na fali niechęci do PZPN (za złą grę drużyny, za buractwo Laty i za co tam jeszcze) domagamy się, by rząd wstawił do PZPN kuratora, to miejmy świadomość, że domagamy się niebezpiecznego precedensu. Dziś kurator rządowy w PZPN, jutro w związku kajakarzy, pojutrze u filatelistów itd. Pokazujemy, że nie mamy pojęcia o tym, co to takiego, ze swej istoty, organizacja pozarządowa. Nikt – prócz zjazdu PZPN – nie odwoła Grzegorza Laty, szkoda więc czasu na jałowe dyskusje na ten temat.
W ramach troski o dobro wspólne politycy tyle uwagi poświęcają piłce nożnej, martwiąc się, że na liście rankingowej FIFA czy UEFA Polska zajmuje dopiero 68. miejsce. Mnie to nie martwi. Stokroć bardziej martwi mnie to, że na liście rankingowej najlepszych wyższych uczelni najlepszy polski uniwersytet, Uniwersytet Jagielloński, znajduje się dopiero w czwartej setce, a wyprzedzają go nawet liczne uniwersytety z Trzeciego Świata, w tym bodaj aż dwa z Tajlandii. Nikt jednak z tego powodu nie chce wprowadzać (na szczęście!) komisarza do PAN, a prezes Kaczyński nie ogłasza projektu (na szczęście, po trzykroć!) uzdrowienia nauki polskiej ani nawet czynienia w Polsce z nauki sportu narodowego.
Politycy i media, zamiast tyle czasu i uwagi poświęcać bezskutecznym (z założenia) próbom zmiany prezesa PZPN, mogliby poświęcić je na zastanawianie się, jak pomóc nauce polskiej.
Narodowe szaleństwo ogniskujące się wokół piłki nożnej doznało nowego impulsu i skierowało się, choć w części, na zupełnie nowe tory. Oto popełnił samobójstwo gen. Petelicki. Prezes Kaczyński natychmiast przestał, przynajmniej na chwilę, ratować polską piłkę, oświadczając na konferencji prasowej, że wiedział, iż gen. Petelicki jest na „krótkiej liście osób”, jak rozumiem, przeznaczonych do zabicia. Krótko mówiąc, prezes w samobójstwo nie wierzy. Dlaczego z tak ważną informacją prezes czekał aż na śmierć generała? Dlaczego jako funkcjonariusz publiczny, zgodnie z obowiązującym prawem, nie ujawnił tych strasznych informacji prokuraturze? Prezes dał sygnał. Jego pretorianie nie wiedzą nic o liście, ale wiedzą, że w samobójstwo generała wierzyć nie należy, a nawet nie wolno! No to nie wierzą. Ale chyba są niedowiarkami, bo tę wiarę/niewiarę natychmiast próbują racjonalizować (prawdziwa wiara nie potrzebuje racjonalizacji). No to opowiadają, że generał do samobójstwa nie był zdolny i na tę ostatnią tezę przytaczają jakieś absurdalne argumenty.
Politycy wszystkich opcji, którzy uważają, że w każdej kwestii muszą mieć własne zdanie (zwykle mają nie tyle własne, ile partyjne), plotą teraz do mediów, a media te bzdury nagłaśniają, jakim to człowiekiem był
gen. Petelicki. Fakty mieszają się z mitami, prawdy z półprawdami i ordynarnymi kłamstwami. Dla PiS, z którym generał ostatnio wyraźnie sympatyzował, po raz pierwszy wywiad PRL nie jest bezpieką, a praca oficera wywiadu PRL „pod przykryciem” wśród amerykańskiej Polonii po raz pierwszy nie jest zdradą narodową. Kochało więc gen. Petelickiego PiS, uwielbiała go Platforma, miała za swojego – choć nie bardzo wiem dlaczego – lewica. No, bo może taki ponadpartyjny był ten generał. Faktycznie, święto GROM ustanowił na św. Antoniego, dla uczczenia, jak sam mówił, Antoniego Macierewicza, jedynego ministra spraw wewnętrznych, który doceniał GROM. Gdy po „nocy teczek” do gmachu na Rakowieckiej wchodził nowy minister, Andrzej Milczanowski, na schodach powitał go bodaj jako pierwszy płk. Petelicki – wręczając dar od GROM: pistolet z wygrawerowaną dedykacją i podziękowaniem za przepędzenie Macierewicza.
Każda śmierć człowieka jest dramatem. Śmierć samobójcza jest dramatem podwójnym. Dramatem tego, kto taką decyzję podjął, i dramatem jego najbliższych. Próba żerowania na takiej śmierci, próba wykorzystania jej do celów politycznych jest czymś obrzydliwym. Taka śmierć, w dodatku osoby znanej, dostarcza też pożywki dla chorej wyobraźni rozmaitych wariatów, którzy na tej kanwie snuć będą najbardziej absurdalne teorie, a w tym przypadku zapewne szukają, czy w pobliżu domu generała nie rośnie jakaś brzoza.

Wydanie: 26/2012

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy