Upały szkodzą

Upały szkodzą

Politycy są w sierpniu na wakacjach, więc niby mamy spokój. Ale jeśli to jest sezon ogórkowy polityki, aż strach pomyśleć, co będzie jesienią!

Igrzyska olimpijskie nie dostarczyły nam takich emocji jak zazwyczaj. Jeśli idzie o sport, to złoty medal należy się nam za urodę ministry Muchy (czy ona wciąż jeszcze ministra, czy może z powrotem jednak minister?). Poza tym kiepsko. Z braku olimpijskich emocji politycy, media, a w ślad za nimi reszta narodu, żyli czym innym.

Najpierw, dzięki sekretnym nagraniom, okazało się, że w PSL powszechne są kumoterstwo i nepotyzm. Rzeczywiście, bez tych nagrań nikt by tego nawet nie podejrzewał. Miała o czym mówić przez dwa tygodnie telewizja, po czym sprawę zaczęli komentować politycy i dyżurni intelektualiści. Politycy, zgodnie z oczekiwaniami, mówili wedle partyjnego klucza. Jedni, że to skandal, że to wina Tuska i Platformy. Drudzy, że premier zareagował jak zwykle, natychmiast i z całą determinacją, wymieniając ministra rolnictwa. Trzeci, że w sumie nic się nie stało, a pozostali, że przecież Tusk o niczym nowym się nie dowiedział, bo o praktykach PSL wszyscy wiedzieli od dawna, a jako ten przysłowiowy stryjek, zamienił siekierkę (niby Sawickiego) na kijek (niby Kalembę), a jeśli już, to powinien wyrzucić PSL z koalicji i stworzyć rząd mniejszościowy. Ta ostatnia propozycja była tyleż sprytna, ile nierealna. Przy mniejszościowym rządzie Platformy rola Ruchu Palikota i SLD znacznie by wzrosła.
Po politykach głos zabrali dyżurni intelektualiści, znawcy od wszystkiego. Zjawisko PSL-owskiego nepotyzmu i kolesiostwa zaczęli rozpatrywać w kategoriach historycznych i socjologicznych. Wyszło im na to, że w PSL ujawniła się polska, chłopska natura. Najsurowiej chłopstwo schłostał na łamach „Gazety Wyborczej” prof. Majcherek (jak samo nazwisko wskazuje, przedstawiciel starej krakowskiej arystokracji). Jego opinie wywołały lawinę polemik, równie głębokich jak sam tekst Majcherka, prowadzących na ogół do konkluzji, że chłopi wciąż „żywią i bronią” i krytycznie o nich pisać jest niegodziwie i niepatriotycznie. Dyskutanci na ogół nie zwrócili uwagi na fakt, że chłopi (jeśli już trzymać się tej terminologii) w większości mają PSL w nosie i głosują przeważnie na PiS.
Jeszcze ta dyskusja nie przebrzmiała, gdy zaczęła się afera Amber Gold. Na razie głos w tej sprawie zabierają politycy, wedle znanego nam już partyjnego schematu, i dziennikarze. Intelektualiści są na szczęście na wakacjach i jeszcze historyczno-socjologicznych analiz nie opracowali. Dziennikarze na ten temat wypowiedzieli już setki tysięcy słów, wypisali morze atramentu (do drukarek), z nadzwyczajnym talentem omijając istotę rzeczy. Min. Gowin znalazł już nawet winnego: jakiegoś biednego kuratora sądowego, a prokuratura wszczęła postępowanie sprawdzające wobec jakiegoś prokuratora rejonowego. Rząd jest przekonany, że państwo (oprócz tego jednego kuratora – na pewno i oprócz tego jednego prokuratora – prawdopodobnie) działało i działa świetnie.
Opozycja uważa, że przeciwnie, państwo działa tak źle, że przy pomocy kolejnej komisji śledczej trzeba je jeszcze bardziej zdestabilizować. Z praktyki ostatnich lat wiemy, że żadna komisja śledcza nie jest w stanie niczego wyjaśnić, ale zdestabilizować państwo każda potrafi i robi to z przyjemnością.
Niech rząd się spiera z opozycją. Mnie tam do wielkiej polityki nic. Jako prawnik praktyk wiem, że wymiar sprawiedliwości (o prokuraturze już nawet nie wspominając) działa fatalnie i jest to wina nie tego czy innego rządu, ale wszystkich rządów po kolei. Dam przykład z ubiegłego tygodnia: w sprawie o ułaskawienie, gdzie chodziło tylko o wcześniejsze zatarcie skazania, jeden z prowincjonalnych sądów wystąpił do Krajowego Rejestru Karnego z zapytaniem o osobę, która o to wcześniejsze zatarcie skazania się ubiegała. Okazało się, że nie figuruje ona w tym rejestrze i na dobrą sprawę nie ma czego zacierać! Minister sprawiedliwości troszczy się o moralność narodu, o deregulację taksówkarzy i kominiarzy. Może naprawdę zająłby się swoim resortem?
Wezwanie do pojednania narodów polskiego i rosyjskiego, podpisane przez głowę Cerkwi rosyjskiej i przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski, mogło być epokowym wydarzeniem w stosunkach polsko-rosyjskich. Mogłoby być, gdyby nieco więcej uwagi zechcieli poświęcić mu politycy, dziennikarze, a już szczególnie intelektualiści. Nie poświęcili. Pomijając idiotyczne wypowiedzi PiS-owskiej trzeciej ligi, których nawet wspominać nie warto.
W stosunkach polsko-rosyjskich ważniejszy był proces trzech artystek (?) z Pussy Riot. Ponieważ wyśpiewywały coś przeciw Putinowi, zyskały od razu poparcie w Polsce. Wybaczono im angielską nazwę, wymawianą u nas z całym należnym szacunkiem, nabożeństwem nawet, ale, zdaje się, bez zrozumienia. Otóż pussy to wulgarne określenie waginy, a riot ma więcej znaczeń. Można je tłumaczyć jako „wyuzdanie”, „rozpustę”, „orgię”. Inne znaczenia to „bunt” lub „rozruchy, zamieszki”.
Wszystko jedno, czy te „pussy” są wyuzdane, rozpustne czy zbuntowane. Nazwa zespołu jest wulgarna i w wersji polskiej w telewizji można by ją wymówić dopiero po 23.00.
Nie zwrócono uwagi, że na miejsce swojego, jakże miłego sercu większości Polaków, protestu (?) przeciw Putinowi wybrały sobie cerkiew w czasie nabożeństwa, że parodiowały śpiew cerkiewny. W poparciu dla tych pań zjednoczyli się u nas przeciwnicy Putina i miłośnicy wolności nieograniczonej. Wyobraźmy sobie, że w czasie nabożeństwa w katedrze wawelskiej za plecami kard. Dziwisza wyskakuje kilku członków zespołu Cock Riot (po polsku, w wolnym tłumaczeniu: zbuntowane, wyuzdane bądź rozpustne ch…) i zaczyna, parodiując chór kleryków, wyśpiewywać protest przeciwko Bronisławowi Komorowskiemu. Co by się z nimi stało? Nie stanęliby przed sądem? Na pewno nie zostaliby zesłani do łagru, bo takiej kary nasz kodeks karny nie przewiduje. Ale od sądu swoje by dostali: za złośliwe przeszkadzanie publicznemu wykonywaniu aktu religijnego (art. 195 k.k. – kara do dwóch lat pozbawienia wolności), za naruszenie miru (art. 193 k.k. – kara do roku pozbawienia wolności), za obrazę uczuć religijnych (art. 196 k.k. – kara do dwóch lat pozbawienia wolności). Z tym, że kara wymierzona przez sąd to byłby dopiero początek. Jak na takie zachowanie zareagowałyby media, intelektualiści, moraliści, dewocja w końcu? Jeśli „artyści” uniknęliby linczu od razu w katedrze, mogliby mówić, że mieli szczęście.
Pamiętam, jak przed laty jakiś niemiecki turysta awanturował się głośno w czasie nabożeństwa w kościele Franciszkanów w Krakowie. Został zatrzymany i z miejsca aresztowany na trzy miesiące, przeciw czemu zresztą protestowałem.
„Wyuzdane c…” zdobyły światową sławę i, zdaje się, przy okazji majątek. Gdy wyjdą na wolność, będą sławne i bogate.
Można nie lubić Putina, można być zwolennikiem wolności niemal nieograniczonej (nie ma takiej, jej granicami jest wolność innych, także tych, którzy przychodzą do cerkwi się pomodlić), ale trochę zdrowego rozsądku zachować warto. Gorliwym obrońcom Pussy Riot tego rozsądku prawdopodobnie zabrakło. I elementarnej znajomości angielskiego chyba też.
Wydanie: 35/2012

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy