Jarosław Kaczyński

Jarosław Kaczyński

Wie, jak zdobywać i jak powiększać domenę władzy. Nie wie, dlaczego władza mogłaby z sensem służyć społeczeństwu, kiedy już się ją ma

PiS ma wyraziste przywództwo jak żadna inna partia w Polsce. Prezesem jest Jarosław Kaczyński. Z nikim nie dzieli się władzą ani zaufaniem (może z wyjątkiem bliźniaczego brata Lecha, ale tylko jeśli chodzi o lojalność). Z innymi politykami z kręgu kierownictwa partii konsultuje się, jeśli chce i jeśli akurat jest mu to przydatne. Sam wyznacza cele, osoby i procedury. Sam ocenia. Latami budował tę pozycję. Będzie w polityce jedynie jako lider swojego ugrupowania. Innej roli grać nie chce, a może i nie umie.
Jest do tej roli predysponowany. Charakterem i wiedzą. Nie znam w kraju analityka głębszego i trafniejszego, jeśli idzie o grę polityczną. Nie ograniczając tej oceny do

gry gabinetowej,

pośród liderów partii politycznych. Z podobną precyzją i trafnością odnosi się do wielkich procesów społecznych i ich politycznych kontekstów.
Jest cierpliwy, pryncypialny, uczciwy i odważny.
Latami potrafił składać te swoje cegiełki, by partia, której przewodzi, była dokładnie taka, jaką zaplanował.
Jest staroświecki w rozumieniu polityki. Dla niego jest ona zbiorem instytucji i osób, które realizują wytyczone przez niego cele.
Organizacja państwa, powiązania pomiędzy instytucjami, wyznaczanie im zadań i kontrola – to jest to, co się liczy.
Gospodarka, kwestia stosunków międzynarodowych, sprawy społeczne – i wszystko inne, co zazwyczaj we współczesnym państwie jest w centrum uwagi liderów – dla niego sensu nie mają. Tym zajmują się ludzie. Przez niego oczywiście wskazani i przez niego w każdym momencie usuwalni. Wszystko ma być scentralizowane i jemu podporządkowane.
On zna ducha Polski, jej możliwości i grzechy. Nie ma potrzeby, by się z kimkolwiek dzielić, jeśli chodzi o wizję celu. I o drogę.
Demokrację w jakimś sensie akceptuje. Redukując ją do kwestii mandatu. Struktura większości, która daje władzę, jej cele, relacje – nie mają dla niego znaczenia innego niż jako fakty, które należy jakoś uwzględniać. Są czynnikami gry, jaką prowadzi. Stąd bierze się śmieszność pretensji o koalicje. O Leppera. O Giertycha. Liczy się po prostu większość jako instrument jego, Jarosława Kaczyńskiego, gry. Jeśli współgra, reszta nie ma znaczenia. Programy są po to, by pozyskiwać wyborców.

Wyborcy to ciemna masa.

Trzeba nimi kierować, ale pytać nie trzeba. Zrozumiałe, że Lepper odnajduje swój kawałek tortu jakimiś hasłami, a Giertych innymi. Ważna jest siła głosów, którymi może się posłużyć. Czyli lojalność partnerów, a nie ich wyborcze zobowiązania. Oni zresztą to rozumieją. A gdyby ktoś wątpił w to ich rozumienie realiów współczesnej polskiej polityki – wypowiadają głośno słowa lojalne i oddane.
Uczciwość Jarosława Kaczyńskiego widzieć można w dwóch płaszczyznach.
Jeśli analiza, którą przeprowadza, zawiera treści jemu nieprzyjazne – nie zbacza z kursu, nie zmienia założeń, nie oszukuje sam siebie.
I jest lojalny. Od partnerów (jeśli to słowo jest tu właściwie użyte) wymaga podporządkowania się jego woli. Kiedy jest pewny swej dominacji i lojalności partnerów, sam jest do bólu lojalny. Ta cecha łączy braci żelaznym uściskiem. Oni po prostu uważają, że ich wola i determinacja wystarczą do osiągania wielkich celów. Reszta myśleć nie musi. Ale musi być bezwzględnie im oddana. Stąd tyle miernot wokół nich. Ale nie jest to lęk przed wybitniejszymi osobowościami. Przykład Ludwika Dorna czy Andrzeja Urbańskiego (cokolwiek myśli się o ich poglądach) to potwierdza. Byle te osobowości zechciały się podporządkować.
Jarosław Kaczyński jest odważny. Nie krępują go ani wiedza o własnej niedoskonałości, ani kultura, ani prawda.
Jest doskonały. Kultura bywa tarczą ciemnych interesów układu. Prawda, jak wiadomo, jest relatywna.
Gdyby Lech Wałęsa podporządkował mu się swego czasu, był czynnikiem gry Jarosława Kaczyńskiego jak inne czynniki, do dziś mógłby być prezydentem. Chyba że przeważyłaby troska o kadencyjność. Wówczas szef kancelarii zgodziłby się może być następcą prezydenta. Ale niekoniecznie. On nie ma specjalnego pociągu do panowania. Chce po prostu rządzić.
Rządzić, nie dzieląc się z nikim i niczym. Z nikim – pisaliśmy. Z niczym, to oczywiste – prawo ani obyczaj nie mogą go krępować. Prawo ma być narzędziem jego woli. W tym właśnie sensie jest autokratą. Gdyby Hanna Arendt była nam współczesna, może jemu poświęciłaby swą pracę.
Jarosław Kaczyński – tak właśnie, jak napisałem – postanowił sam wziąć tekę premiera.
To naturalne w europejskich demokracjach.

Lider partii zwycięskiej,

zdolnej do pozyskania i utrzymania większości, bierze na siebie pełną odpowiedzialność.
Nienaturalne są przypadki przeciwne. Takie jak Jerzego Buzka i Kazimierza Marcinkiewicza. Epizod Pawlaka to inna sprawa. Podobnie jak Oleksego i Cimoszewicza. Waldemar Pawlak – w obliczu bariery historycznej, jaka dzieliła ówczesne SLD i UD, konieczny koalicjant – mógł dyktować warunki. Jego warunkiem była podwójna prezesura. Małej partii i silnego swą większością rządu. Oleksy i Cimoszewicz byli premierami partii o wielu głowach. Najważniejsza była w pałacu, a nie w Sejmie. Marek Belka to administrator masy upadłościowej. Zresztą bardzo dobry administrator, w kontekście bardzo niedobrego, niestety, Sejmu. Jarosław Kaczyński, obejmując urząd prezesa Rady Ministrów, przywrócił więc stan normalności.
Inna sprawa, jakie będą tej normalności konsekwencje. Ja sądzę, że dla Polski niedobre, ale to materia na inny tekst.
Jarosław Kaczyński wie, jak zdobywać i jak powiększać domenę władzy. Nie wie, dlaczego władza mogłaby z sensem służyć społeczeństwu, kiedy już się ją ma. Nierzadki to przypadek w minionych kilkunastu latach transformacji. Miejmy nadzieję, że ostatni.

Wydanie: 29/2006

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy