Jaruzelski: ostatni rozdział

Jaruzelski: ostatni rozdział

Pierwszy prezydent III RP. W tę grę zaangażowane były służby i Ameryka

19 lipca 1989 r. Zgromadzenie Narodowe wybrało Wojciecha Jaruzelskiego na prezydenta RP. W ten sposób nad reformami w Polsce i – co ważniejsze z perspektywy globalnej – nad reformami w ZSRR otwarty został parasol. Tak planowano, choć nie brakowało momentów, w których ten plan mógł wylecieć w kosmos.

Okrągły Stół: Powiem panu jak czekista czekiście

Idea, by wprowadzić do polskiej konstytucji instytucję prezydenta, nabrała treści podczas obrad Okrągłego Stołu. Był to jeden z kluczowych elementów nowego systemu władzy.

Opowiada o tym Andrzej Gdula, współpracownik gen. Jaruzelskiego. – Powiedzieliśmy, że chcemy wprowadzić urząd prezydenta. Na to Geremek zapytał: „Ale po co?”. Więc tłumaczyliśmy, że taka osoba zadba o stabilność.

I już wtedy wiadomo było, że będzie to stanowisko skrojone dla Wojciecha Jaruzelskiego.

– Michnik do mnie zagadał: „Ja mówię panu jak czekista czekiście: my się w życiu na Jaruzelskiego nie zgodzimy” – opowiada Gdula. – A ja na to: „To ja panu odpowiem jak czekista czekiście: jak nie Jaruzelski, to w ogóle nie skończymy tego stołu. Jaruzelski dla nas jest kamieniem węgielnym, na którym to się opiera. On jest gwarantem i dla nas, i dla sojuszników, że to wszystko pójdzie we właściwym kierunku”. Podszedł do nas Kuroń: „Weź Olka, przyjeżdżajcie do mnie do domu, ja tam będę z Geremkiem, przegadamy”. Pojechaliśmy. Przedstawiliśmy argumenty krajowe, międzynarodowe. Geremek wysłuchał: „Musicie zrozumieć, że my nie możemy generała poprzeć, żeby Solidarność, która przeszła stan wojenny, mogła to zaakceptować. Na to nie ma żadnych szans. Natomiast rozumiemy, że tego wymaga racja stanu. Ale będziecie mieli większość w Sejmie. Zrobicie to jedną ręką”.

Wydawało się to oczywiste. Kandydaci PZPR i tzw. stronnictw sojuszniczych mieli zagwarantowane 299 miejsc w Sejmie. To dawało w Zgromadzeniu Narodowym (460 + 100) bezpieczną większość, nawet zakładając, że cały Senat trafi w ręce opozycji.

Ale oczywiste być przestało już 4 czerwca wieczorem, gdy padła lista krajowa, a Solidarność wzięła cały niemal Senat.

Druga tura wyborów ten stan niepewności pogłębiła – mandaty z list PZPR i stronnictw sojuszniczych zaczęli brać kandydaci popierani przez Solidarność. Część z nich zaczęła deklarować, że nie poprze Jaruzelskiego. I nagle okazało się, że generał może głosowania w Zgromadzeniu Narodowym nie wygrać.

Gry generałów

Teoretycznie wszystko szło zgodnie z planem. 23 czerwca, podczas pierwszego spotkania Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego, przyjęto, że OKP nie będzie wysuwał własnego kandydata na prezydenta. Bomba wybuchła 30 czerwca. Podczas XIII Plenum KC PZPR Wojciech Jaruzelski ogłosił, że nie będzie kandydował na prezydenta i że wysuwa na to stanowisko Czesława Kiszczaka.

Jak do tego doszło? Musiało przecież zdarzyć się coś, co wpłynęło na taką decyzję. Andrzej Gdula: – Nagle przyszły pierwsze notatki, Pożoga to podpisywał, że w Solidarności rodzi się pomysł, żeby nie ten, co odpowiada za stan wojenny, ale ten, kto poprowadził tak skutecznie Okrągły Stół, był kandydatem na prezydenta. Czytałem to… I mówiłem sobie: chłopcy się bawią. Ale potem przyszła informacja, że Wałęsa publicznie powiedział, że w jego rozumieniu lepszym kandydatem na prezydenta byłby Czesław Kiszczak.

W takiej atmosferze rozpoczęło się XIII Plenum KC PZPR. I wtedy Jaruzelski wszystkich zaskoczył. – Na posiedzeniu plenarnym generał ni stąd, ni zowąd powiedział, że on rezygnuje z kandydowania na prezydenta – relacjonuje Andrzej Gdula. – Rezygnuje, ponieważ dochodzą go takie opinie, także od Wałęsy, że Czesław Kiszczak byłby lepszym prezydentem.

– Dlaczego generał tak wszystkich zaskoczył?

– Myślę, że chciał sprawdzić sytuację. Dlaczego tak sądzę? Po plenum zbierałem się do domu i wtedy zadzwonił do mnie szef jego gabinetu: „Natychmiast do szefa!”. Zjechałem, mój pokój był wyżej. I generał do mnie: „Słuchaj, wiem, że jest posiedzenie klubu OKP w Sejmie. Jedź, wyciągnij kierownictwo klubu, całe, i powiedz, że podjąłem taką decyzję, że jeśli oni uważają, oni, Wałęsa, że Kiszczak będzie lepszym kandydatem, to ja nie będę stał na drodze. Jedź, czasu nie ma”. Pojechałem. Oni obradowali, więc podałem kartkę, że proszę kierownictwo o spotkanie w pilnej  sprawie. Za chwilę wyszedł Geremek, po nim Kuroń i Michnik. I mówię, że generał prosił, żeby poinformować, żeby nie dowiadywali się z prasy, bo to za chwilę będzie huczało. Że jest jego decyzja, żeby zrezygnować. Że jeśli wy popieracie Kiszczaka, że Wałęsa to zgłaszał… Pierwszy odezwał się Adam Michnik, w obraźliwych słowach powiedział, co o nas myśli. Jacek Kuroń powiedział to w łagodnych słowach: „Andrzej, jakaś powszechna głupawka was opanowała. Czy wy zdajecie sobie sprawę, co to jest? My tłumaczyliśmy wam, dlaczego nie możemy popierać Jaruzelskiego, ale zdajemy sobie sprawę, jaka jest sytuacja. A ty przynosisz takie informacje!”. Geremek słuchał. A potem powiedział tak: „Proszę przekazać generałowi, że OKP nigdy nie poprze Kiszczaka. To jest niemożliwe. My też nie będziemy głosowali za Jaruzelskim. Ale rozumiemy, że dla dobra państwa, dla spokoju takie rozwiązanie jest konieczne. I waszą rolą jest, żeby przekonać pozostałych członków parlamentu, żeby dokonali właściwego wyboru”.

– A pan co na to?

– Odpowiedziałem Geremkowi, że ta decyzja to dlatego, że są sygnały od Wałęsy. Na to Geremek: „Wałęsa nie ma nic do gadania. To my będziemy w parlamencie decydować. Myśmy to przedyskutowali i absolutnie na takie rozwiązanie, żeby Kiszczak kandydował, się nie zgodzimy. Po prostu nie przyjmiemy go. To musicie kalkulować”.

– Jaruzelski – rozumieją, Kiszczak – sprzeciw.

– Absolutnie! Kuroń dodał: „Andrzej, wyobraź sobie: nowe rozdanie, tyle nadziei, nowa Polska. I policmajster zostaje prezydentem! Czy wyście stracili głowy? Ja nie mam nic do Kiszczaka, jego zasługi, Okrągły Stół, są bez dyskusji. Ale mowy nie ma, żeby on!”. I jak się z nimi żegnałem, to jeszcze Geremek mnie przytrzymał: „Niech pan powie generałowi, że my jako klub konkurencyjnego kandydata nie wystawimy”.

– Powiedział pan?

– Zaraz zadzwoniłem do generała i mówię mu: „Towarzyszu generale, jestem po rozmowie. Dwie informacje najważniejsze – że oni rozumieli, że kandydatem jest gen. Jaruzelski. I nie popieraliby tego w Sejmie, w głosowaniu, ale ze zrozumieniem by się odnosili. Wiedzą, że są wymogi państwa itd. I drugie – że absolutnie nie poprą Kiszczaka”. Generał tego wysłuchał i mówi: „No dobrze, to zadzwoń do Czesława i mu powiedz”. Ja na to: „Ja mam o tym powiedzieć?”. A generał: „Tak, ty. A kto był na rozmowach? Ja czy ty? Bierz telefon i powiedz mu to”.

– I zadzwonił pan?

– Zadzwoniłem. I powiedziałem. Że rozmowa była i że takie ustalenia. Na tym zakończyliśmy. Kiszczak chyba się na mnie obraził. Nawet nie powiedział dziękuję, tylko odłożył słuchawkę.

– A Kiszczak chciał być prezydentem?

– On nawet po tej rozmowie chciał, z Cioskiem się spotkał, z Wałęsą. Namawiali Wałęsę, żeby przekonał posłów OKP do głosowania na niego.

– To było 4 lipca. Wałęsa obiecał Kiszczakowi, że jakąś grupę posłów i senatorów OKP przeciągnie.

– Ale już wtedy były inne działania. Oczywiście, gdy zaczęły się wahania gen. Jaruzelskiego, poinformowano ambasadorów ważnych państw, USA, Związku Radzieckiego, że są takie przymiarki. I wtedy dostaliśmy zwrotną informację, że George Bush w trybie pilnym prosi o wizytę. I przyjechał do Polski 11 lipca, rozmawiał z Wałęsą, no a przede wszystkim z generałem.

Jaruzelski musi to wziąć

Dziś, gdy za sukces polskiej dyplomacji uważa się to, że prezydent RP pogada 10 minut z prezydentem USA, gdzieś na korytarzu, między windą a WC, trudno pojąć, że George Bush przebywał w Polsce przez prawie trzy dni, w dniach 9-11 lipca 1989 r., w zasadzie tylko po to, by Jaruzelski został prezydentem.

W pamiętnikach tak to opisuje: „Po przybyciu do Belwederu to, co miało być 10-minutowym spotkaniem przy kawie, przekształciło się w dwugodzinną dyskusję. Jaruzelski mówił o swojej niechęci kandydowania na fotel prezydenta i pragnieniu uniknięcia wewnętrznych konfliktów tak Polsce niepotrzebnych… Powiedziałem, że jego odmowa kandydowania może mimo woli doprowadzić do groźnego w skutkach braku stabilności, i nalegałem, aby przemyślał ponownie swoją decyzję. Zakrawało to na ironię, że amerykański prezydent usiłuje nakłonić przywódcę komunistycznego do ubiegania się o urząd polityczny. Byłem jednak przekonany, że doświadczenie, jakie posiadał Jaruzelski, stanowiło najlepszą nadzieję na sprawne przeprowadzenie zmian okresu przejściowego w Polsce”.

Potem, wieczorem, miała miejsce uroczysta kolacja w hotelu Europejskim. I znów, w gronie kilkudziesięciu osób, amerykański prezydent otwarcie i głośno namawiał Jaruzelskiego do kandydowania. Pokazał, za kim stoi Ameryka. W tym samym czasie do poparcia Jaruzelskiego namawiał posłów OKP ambasador USA.

Chyba możemy dość łatwo zrekonstruować myślenie Amerykanów. Wiadomo było, że zmianom w Europie sprzyja przywódca ZSRR Michaił Gorbaczow. Ale też było wiadomo, że jego pozycja w systemie władzy w ZSRR jest chwiejna. Że twardogłowi w każdej chwili mogą go odsunąć. Ta obawa została zresztą kilkanaście miesięcy później potwierdzona puczem Janajewa.

Cały proces transformacji imperium zależał zatem w wielkim stopniu od wydarzeń w Polsce. Od tego, czy wszystko będzie się odbywało płynnie, spokojnie, tak by nie dać pretekstu „obrońcom socjalizmu”. W tej przemianie kluczowym elementem był Jaruzelski. Jego obecność na czele państwa wytrącała twardogłowym w Moskwie oręż z ręki, osłaniała Gorbaczowa.

Jaruzelski był tego świadom. „Bardzo dbaliśmy o to, żeby tak przeprowadzać nasze reformy, by Gorbaczow nie musiał się obawiać, że zostanie z tego powodu zaatakowany czy nawet obalony – mówił w wywiadzie dla PRZEGLĄDU. – Żeby nie było pretekstu – do czego się dopuszcza w Polsce! Dla nas było najważniejsze – po pierwsze, nie szkodzić Gorbaczowowi. Pamiętam, jak był u nas z wizytą, jeszcze jako wiceprezydent, George Bush, pamiętam rozmowy z Mitterrandem, z panią Thatcher. Wszyscy oni się dopytywali: czy się utrzyma Gorbaczow? Traktowano mnie trochę jak eksperta od Rosji. Rzeczywiście, ten kraj znam od tajgi po Kreml, od kosmodromu Bajkonur po Teatr Wielki. Starałem się więc mówić, tłumaczyć”.

Jaruzelski gwarantował poza tym, że aparat władzy, resorty siłowe, MON i MSW, będą po stronie zmian. A przynajmniej nie będą przeciw.

A czy generał o tym wiedział? W książce „Rok 1989. Geremek opowiada, Żakowski pyta” Bronisław Geremek mówi o spotkaniu gen. Jaruzelskiego z klubem OKP dwa dni przed głosowaniem. Padło wtedy zdanie, „które oddawało prawdziwy stan świadomości Jaruzelskiego: »Proszę pamiętać, że tylko gen. de Gaulle mógł wyprowadzić Francję z Algierii«. To było wielkie zdanie, bo ono znaczyło, że tylko gen. Jaruzelski może wyprowadzić PZPR z peerelu”.

Wszystko było policzone

Jak więc rozumieć grę Kiszczaka? Ewidentnie zależało mu na stanowisku prezydenta i o nie zabiegał. Świadczą o tym notatki wysyłane przez jego zastępcę gen. Władysława Pożogę, spotkania z Wałęsą, rozmowy. Widać było, że uruchomił wszystkie swoje kanały.

– Dlaczego Kiszczak zdecydował się na taką intrygę? – pytam Andrzeja Gdulę.

– Tego do końca nie wiem. Jeden z moich rozmówców ze strony Solidarności mówił mi tak: „Kto wie, czy to była intryga służb, czy też autorska myśl Wałęsy. Wiesz, to mogło być tak, że Wałęsa mógł sobie kombinować, że Jaruzelski rezygnuje, Kiszczaka nie przyjmiemy i wtedy kto? Tylko on zostaje”.

– Jest również wersja, że po prostu Wałęsa uznał, że lepiej mieć naprzeciw słabego Kiszczaka niż silnego Jaruzelskiego. Z kolei Józef Czyrek mówił mi, że najpierw było tak, że Kiszczak uruchomił swoich ludzi, a potem Amerykanie swoich.

– Być może tak wszystko się zbiegło. Pani Kiszczakowa w którymś momencie poczuła się prezydentową… Kiszczak z Cioskiem rozmawiali z Wałęsą. Prosił go Kiszczak, żeby dał mu wsparcie w klubie OKP. Czyli jeszcze wtedy zabiegał. To tłumaczy w pewnym sensie następną decyzję Jaruzelskiego, który – żeby było elegancko – zaproponował Kiszczakowi, żeby był premierem.

Po interwencji prezydenta Stanów Zjednoczonych głosowanie w Zgromadzeniu Narodowym było formalnością.

Owszem, kilku posłów ZSL i SD zagłosowało przeciwko Jaruzelskiemu i większość, którą teoretycznie miał, okazała się mniejszością. Ale wówczas, kiedy Solidarność musiała być przeciw, do gry wszedł Kościół.

11 posłów OKP nie wzięło udziału w głosowaniu, kilku senatorów oddało głos nieważny… To obniżało wymagany do wyboru próg, było zatem pomocą dla Jaruzelskiego.

Wymagana większość przy 537 głosach ważnych wynosiła 269 głosów. Jaruzelski dostał 270.

– Mieliśmy wszystko policzone, pod kontrolą. Głosowanie było imienne, jawne. Strachu nie było – mówił mi Czyrek. – Kościół był zaangażowany. Niech pan zwróci uwagę, że w głosowaniu z grona OKP nie uczestniczyli ci posłowie i senatorowie, którzy mieli mocne poparcie w Kościele. Którzy mieli na kogo liczyć.

W ten sposób otwarty został ostatni rozdział Polski Ludowej. Albo pierwszy III RP.

Fot. Stanisław Sas/Forum

Wydanie: 30/2021

Kategorie: Historia

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy