Spowiedź naiwnego dogmatyka

Spowiedź naiwnego dogmatyka

Z dostępu do mediów zrobił się monopol, a z pluralizmu – farsa

Wyspowiadam się niniejszym przed ludźmi lewicy z naiwności sprzed 25 lat. Obradował wtedy Okrągły Stół. Brałem w nim udział, i to w dwojakim charakterze. Przy głównym stole jako ghostwriter szefa OPZZ, przy podstoliku prasowym jako uczestnik – byłem jedynym dziennikarzem spoza stolicy po tzw. stronie partyjno-rządowej.
Oba moje ówczesne jestestwa łączył jeden temat: cenzura. Gardłowałem przeciw tej zarazie od Października ‘56. Możecie to sprawdzić w protokołach z zebrań Zarządu Głównego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Mam na to też dokumentację w postaci pism z naganami od tow. Andrzejewskiego z Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk. Nagrań z rozmów na dywaniku u kolejnych szefów Wydziału Prasy KC nie posiadam.
Nie po to o tym wspominam, by grzać się przy czyimś ognisku. Było wielu takich dziennikarzy partyjnych, którzy, jak ja szczerze zaangażowani w Polskę Ludową, usiłowali się „potargować” z władzą o swobodę w krytyce ewidentnego zła. Wspomnę Pawła Dubiela z Krakowa i Klemensa Krzyżagórskiego z Wrocławia. Piszę zaś z takiego powodu, że przygotowywany z musu Okrągły Stół dawał nadzieję na to, co dla dziennikarza zdawało się najważniejsze: możliwość pisania tego, co się myśli.
Od początku wspierałem alternatywny wobec „Solidarności” ruch związkowy. Tak z czasem stałem się jednym z ghostwriterów Alfreda Miodowicza. Jego mowę na otwarcie 6 lutego 1989 r. obrad Okrągłego Stołu napisałem po dość burzliwych konsultacjach z kolegami. Miodowicz mówił wtedy: „(…) Ludziom pracy dlatego najbardziej potrzeba demokracji i wolności, ponieważ byliśmy tego do tej pory najbardziej pozbawieni. Chcemy zapewnić swobodę wyrażenia naszych poglądów i dlatego trzeba znieść cenzurę, ten feudalny przeżytek, instrument możnych tego świata”. W książce wspomnieniowej „Ostatnie zapiski zgryźliwego dogmatyka” (Atut, Wrocław 2009) opublikowałem w aneksie swój pokreślony rękopis. Można, proszę bardzo, porównać protokół z obrad z moimi bazgrołami. To samo dotyczy mojej wypowiedzi w dyskusji przy podstoliku prasowym. W „Dogmatyku” publikuję odpowiedni fragment z zapisu magnetofonowego. Nie godziłem się tam na postulat strony obywatelsko-opozycyjnej, by cenzura została ograniczona. Ja byłem za jej zniesieniem, za swobodą słowa i jawnością. To wszystko zapisane jest czarno na białym.
No i co? Co z tego ma niby wynikać? Nic nie wynika, nic to nie znaczyło dla swobody wyrażania poglądów na piśmie. Sam sobie w tym miejscu zaprzeczę: gdy od 1990 r., po zlikwidowaniu tygodnika „Sprawy i Ludzie” zacząłem wydawać prywatnie ten tytuł jako miesięcznik, zrazu przestraszyłem się, czy mi to puszczą. Tak człowiek tą cenzurą nasiąkł! Nie było już tych, co puszczali lub nie. Byli natomiast inni w postaci różnych nowych kacyków w demokratycznych władzach, którzy szantażowali znojnie przeze mnie zdobytych ogłoszeniodawców, mnie zaś gnębili przez urząd skarbowy i dobili finansowo wyrokami sądowymi z powództwa cywilnego krytykowanych bonzów demokracji. To też jest dokumentowane. Po czterech latach kramik zamknąłem. Miałem wprawdzie różne oferty na wejście do „firmy”, m.in. z SdRP, ale wiedziałem, że ich przyjęcie oznaczałoby koniec niezależności.
W tym miejscu wracam do moich straconych złudzeń. Bardzo trafnie Bronisław Łagowski ocenił w „Przeglądzie”, że pomysł „podzielenia się władzą” musiał się skończyć jej oddaniem. Odchodzący walczyli zażarcie przy Okrągłym Stole, by resorty siłowe pozostały chwilowo przy nich, ale znaczenia dla dalszego rozwoju wydarzeń to nie miało. Walczono zresztą o inne jeszcze pryncypia niby zakontraktowane przez obie strony. Jednym z nich, przy moim podstoliku, był pluralizm mediów, dostęp do radia i telewizji. Z dostępu zrobił się monopol, a z pluralizmu – farsa.
Dlatego z mojego punktu widzenia największy błąd odchodzących polega na tym, że dla ratowania kontraktu zawierającego różne imponderabilia i napędzanego kłębowiskiem interesów większość kontraktowego Sejmu, po którym wkrótce śladu nie zostało, przystała na likwidację RSW Prasa-Książka-Ruch. Choć przed 4 czerwca 1989 r. takiego żądania demokratów nie było, rozebrali koncern między siebie i zrobili sobie własny „pluralizm” – tysiące dziennikarzy znalazło się na bruku i nikt za nimi nie płakał. Z tego grzechu pierworodnego wzięła się beznadziejna dziś sytuacja resztek lewicowego dziennikarstwa.
Kończę spowiedź banałem: poza własnością (wydawcy) miliardowy biznes reklamowy jest potężniejszy od wszystkich biur prasowych, „mysich” urzędów i lokalnych „zapisów” razem wziętych. Nie w cenzurze leżał podstawowy problem. On tkwił, tkwi i tkwić będzie w posiadaniu lub braku środków materialnych, w sile kapitału. Kazus „Nie” Jerzego Urbana, który umiał zarobić pieniądze, by zrobić i utrzymać dobre pismo, tylko to potwierdza.

Wydanie: 9/2014

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy